sobota, 14 lutego 2026

Od Vex — „Darcie ryja w języku dziwnie podobnym do greckiego”

Sianie zniszczenia jest jednym z wielu wyrafinowanych zainteresowań Vex. Od dawna przygotowywało coś naprawdę WOW, co mogłoby stanowić idealne zakończenie jeno zbyt długiego stażu w Obozie Jupiter. Wcześniej miało być to coś w stylu wielu wybuchów i ostatecznej walki dobra ze złem (Vex byłoby złem) na samym końcu filmu o superbohaterach, ale jeno relacja z Cherry zainspirowała no do calkowitej zmiany konceptu.
Głośnik ukradło od Kylo, schowało pod łóżkiem w kartonie po intensywnie fioletowych kubkach i modliło się, żeby Cherry nie wymyśliła kolejnej rewizji całego baraku. Jeśli stałoby się najgorsze, było przygotowane – to tylko głośnik, głośnik nieużywany i wyłączony, nie jest nawet najgłupszą podróbą zagrożenia. Jednak centurionka chyba uwierzyła w redemption arc, jakie przeszło Vex i nie podejrzewała, że coś idiotycznego znowu może strzelić nu do głowy.
Na tę myśl Vex śmieje się pod nosem, wyciągając długo przetrzymywany w zakurzonym pudełku głośnik i wciśnięty między materac a ramę łóżka telefon. Chwilę zajmuje nu sprawienie, żeby obydwie te rzeczy się włączyły, a jeszcze dłużej trwa połączenie ich ze sobą. Vex musi na moment przerwać, żeby na szybko wyrecytować parę wersów jednej z piosenek Mindless Self Indulgence, żeby się jako tako uspokoić, gdy jeno telefon już od dobrych paru minut odmawia wyczucia istnienia głośnika, który dosłownie leży obok niego. Wreszcie rozlega się charakterystyczna melodyjka oznajmiająca połączenie się z urządzeniem mobilnym i wsuwa to wszystko głęboko do swojego plecaka, bo, jako że nie słyszy choćby najcichszego odgłosu zwiastującego nagłe pojawienie się w Obozie hordy szarżujących na barykady potworów, czuje się nadzwyczajnie bezpiecznie. Wesoło stuka startymi podeszwami martensów o bruk obozowych ulic, kierując się na pewno nie tam, gdzie dzisiaj ma być. Ma urodziny (o których nie poinformowało nikogo i o których nikt nawet nie może pamiętać, co nu jest tylko na rękę), więc ma też wolne, o czym nie raczyło powiedzieć żadnemu z centurionów. Dowiedzą się sami.
Drzwi do ambulatorium otwiera z takim rozmachem, że prawie przysparza biedną Elianne o wstrząśnienie mózgu i złamanie jakiejś kości czaszki.
– Co ty…?!
– CHERRY!!! – Vex przewrzaskuje Eli, która wpatruje się w legioniszczze z czystym szokiem wymalowanym na twarzy. – PRZYSZŁOM SIĘ POŻEGNAĆ!!! – Donośny głos odbija się echem od ścian ambulatorium i Cherry wreszcie wychodzi Vex na spotkanie, oczywiście w tych swoich często obrzygiwanych crocsach. Przyjmuje pozę poirytowanej matki nr 3, podczas gdy legioniszcze z szerokim i niewróżącym niczego dobrego uśmiechem zsuwa z ramion swój plecak, żeby chwilę w nim pogrzebać.
– To… bardzo miłe z twojej strony, ale wrzeszczenie w ambulatorium jest… – Chery przerywa na rzecz zmęczonego westchnięcia i ściśnięcia skóry pomiędzy swoimi brwiami w bezsilnym geście poddania się. – Czy ty masz telefon? – mówi, choć jest to pytanie czysto retoryczne, bo wszyscy obecni już od dawna znają odpowiedź.
– Tak. – Brakuje tylko, żeby dodało „uwu”. Zamiast tego z podekscytowania prawie rozbija ekran i zamaszyście wyciąga z plecaka głośnik, z którego zaczynają płynąć pierwsze nuty bardzo głośnej muzyki.
– W tym momencie tylko się upokarzasz – informuje go Cherry w rytm pierwszych taktów „Θεία μανία” od Ὁπλίτης, ale Vex jest zbyt dumne z siebie, żeby jej posłuchać. Dalej w kolejce, po tym greckim darciu mordy i zrywaniu strun, ustawiło jakieś polskie piosenki podchodzące pod gatunek poezji śpiewanej, której po angielsku to jest tyle, co nic (Sanah brzmiała dla nieno bardzo jak ktoś, kto śpiewa po angielsku).
Do rękoczynów dochodzi jeszcze przed tym, jak Cherry udaje się usłyszeć śliczny głos Sanah. Centurionka nie musi robić nic, to zirytowani greckim darciem ryja legioniści wbiegają do ambulatorium, żeby zlokalizować źródło tych strasznych dla uszu odgłosów. Nikt nie mógłby drzeć się w tak piekielnie nieznośny sposób OPRÓCZ Greka. W członkach Obozu Jupiter budzi to odwieczny, przekazywany z pokolenia na pokolenie gniew, przez który nawet nie myślą, tylko rzucają się na fioletowego inicjatora jednoosobowej imprezy w rytm heavy metalu.
– KURWAAAAAAAAAAAAA ZOSTAW MNIE!!! – wydziera się Vex, zachowując się jak rozwścieczone dziecko boga wojny po wypiciu niezdrowej ilości energetyków i wypalenia równie dużej liczby blantów. Wokalista Ὁπλίτης zapewnia nu wsparcie w postaci swoich własnych krzyków, nieźle skomponowanych z rzucanymi przez nie przekleństwami.
Wbrew oczekiwaniom, nikt nie uspokaja się, gdy zaczyna grać Sanah. Można nawet stwierdzić, że z niewyjaśnionego powodu wszyscy stają się jeszcze bardziej wściekli i agresywniejsi.
– Czy możesz mi wyjaśnić, co to miało być? – pyta Vergil, intensywnie wpatrując się w posiniaczoną i umazaną bogowie wiedzą czyją krwią postać Vex, które wygląda na znacznie mniej pewne siebie, niż zazwyczaj (co nie znaczy znowu, że nagle schowa głowę w piasek i zrezygnuje z bycia największym buntownikiem wśród herosów). – Co ci strzeliło do głowy?
– A tak jakoś. Chciałom kogoś wkurwić – wzrusza ramionami i uśmiecha się jak typowy przestępca z anime, który mimo porażki doświadczył wewnętrznego katharsis i dopiął swego (przynajmniej na podłożu emocjonalnym).
– Gratuluję sukcesu – stwierdza pretor, najwyraźniej nie widząc sensu w karaniu kogoś, kto wieczorem i tak ma wynieść się z Obozu ze wszyskimi należącymi do niego rzeczami.
Vex jest z takiego obrotu spraw bardzo zadowolone. Wymienia uścisk prezesa z Vergilem i nawet kradnie mu z gabinetu całe opakowanie fasolek wszystkich smaków, czując się absolutnie bezkarnie (odebrano mu nienależący do nieno głośnik i sklejony srebrną taśmą telefon, więc w gruncie rzeczy, straty określa jako nieistniejące).
Pakuje się bez najmniejszego nawet poczucia żalu i z nikim się nie żegna, co w jeno głowie symbolizuje to, że albo nigdy tutaj nie wróci i mówi wszystkim, żeby się pierdolili, albo tutaj jeszcze wróci i wtedy powie wszystkim, żeby się pierdolili.


────
[875 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz