To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie.
♡
[3555 słów: Arnar otrzymuje 35 Punktów Doświadczenia +20 PD]
sobota, 28 lutego 2026
Od Arnar — „Nie powiedziałbym, że ten stolik wygląda na zarezerwowany” — część 1 [walentynki]
– Lucien, weź mi, ee, popraw ten krawat, ładnie proszę – Arnar zwraca się do partnera z niezręcznym uśmiechem, trzymając w dłoniach coś, co w wyniku jeno planu miało stać się „węzłem eksperymentalnym”. Po wielu próbach i jeszcze większej liczbie błędów, stał się co najwyżej węzłem gordyjskim, do rozwiązania którego Lucien musi użyć więcej siły i cierpliwości (zwłaszcza cierpliwości), niżby chciał.
– Na twoim miejscu to bym w ogóle zmienił ten krawat – stwierdza chłopak, próbując nie udusić Arnar owiniętym wokół jeno szyi kolorowym materiałem.
– Czemu? – mówi to tonem bardzo smutnym, przez który pewnie każdy poczułby się winny za wszystkie wypowiedziane przez siebie słowa.
– Mówiłem ci już – wzdycha Lucien, który aż stanął na palcach, żeby lepiej przyjrzeć się poplątanemu krawatowi. – Jest zbyt… zbyt taki, wiesz…
– Kochanie, jest zjawiskowy – wtrąca się Arnar, mówiąc to jak nauczycielka od matematyki, tłumacząc elementarne zagadnienie wywołanemu do odpytywania uczniowi. – Jak tylko go zobaczyłom, to wiedziałom, że muszę go kupić, odnalazłom z nim jakąś dziwną więź, rozumiesz?
– Świetnie, dobrze, że ja czuję do niego więź nienawiści – stwierdza Lucien ze słyszalnym nawet dla Hermesiaka jadem w głosie. Arnar ma ochotę trochę się odsunąć, żeby partner nie rozpruł pstrokatego krawata na drobniutkie części, z którymi nie poradziłby sobie niejeden krawiec. – Kurwa, to jest bardziej poplątane niż niejeden łańcuszek – dodaje chłopak, wreszcie uwalniając… coś z wielkiego węzła, który równie dobrze mógłby posłużyć za knebel. – Albo jak włosy dzieciaka, który wplątał w nie te takie… rzepy. Wiesz, o czym mówię?
– No – śmieje się Arnar i próbuje jakoś spojrzeć w dół, żeby skontrolować, co tak naprawdę robi Lucien. Neonowy krawat, który aktualnie przypomina linę początkującego marynarza dopiero uczącego się żeglugi, tak naprawdę jest prześliczny i mógłby powstać z jakiegoś obrazu sztuki modernistycznej (zawierał jeden idealny kwadrat w perfekcyjnym niebieskim odcieniu oraz parę innych podobnych ciapek nieprzypominających niczego znanego człowiekowi). – Czekaj, chyba już widzę, co tu się dzieje… – mamrocze i wyrywa materiał z rąk sfrustrowanego Luciena. Chłopak tylko ostentacyjnie wzdycha i zajmuje się swoją marynarką, bo wszystkie pozostałe części jego stroju prezentują się idealnie: wprawnie zawiązany krawat, wyprasowana koszula, spodnie z kantem. Postarał się bardziej, niż gdy próbowali dostać się na ekskluzywną degustację wina jakieś pół roku temu.
Arnar, posługując się swoimi zwinnymi palcami i niesamowitymi możliwoścami skupienia się na jednym zadaniu, dłubie nad krawatem jeszcze przez chwilę, aż krzyczy: „Stabat mater dolorosa!” (zupełnie nie wie, co to znaczy, ale brzmi jak wyszukane łacińskie przekleństwo) i wreszcie udaje mu się rozplątać węzeł. Lucien natychmiast śpieszy z pomocą, żeby ten krawat zawiązać, a Hermesiak rozważa obrażenie się za niufanie jego zdolnościom manualnym.
– To tak naprawdę było cholernie proste – tłumaczy Arnar, unosząc podbródek na prośbę Luciena – bo musiałom po prostu powtórzyć wszystkie kroki, jakie wymyśliłom, żeby go zawiązać, ale od tyłu. I wtedy bum, nagle wszystko było takie proste jak zabawy dla przedszkolaków, a my się z tym tak męczyliśmy i…
– Gotowe – oznajmia Lucien i podaje Arnar jeno marynarkę.
– Mówiłom, że jej nie zakładam. – Z tymi słowami wciska się w zielony frak, który zadzwiająco estetycznie komponuje się z fikuśnym krawatem.
– Skąd ty to w ogóle wytrzasnęłoś? – pyta Lucien, wciąż trzymając arnarową marynarkę, jakby bardzo nie chciał się z nią rozstać.
– W sumie nie wiem, ale patrz, jakie ma fajne złote tegesy szmesy! – Arnar wskazuje na zdobiące poły fraka wzory, które rzeczywiście nie przypominają coś wpisującego się w definicję „tegesów szmesów”, bo ich kształt nie przypomina żadnych kwiatów lub innych gałęzi, zazwyczaj zdobiących takie ubrania.
– Wspaniałe – kąśliwie stwierdza Lucien. – Fajnie byłoby, jakbyś choć raz posłuchało moich rad.
– Włożyłom taką koszulę, jaką chciałeś! – argumentuje Arnar, przesadzonym gestem wskazując na swoją klatkę piersiową.
– Ludzie takie coś określają absolutnym minimum.
– No, daj spokój. – Całuje Luciena w czoło, żeby jakoś go udobruchać i wreszcie wychodzą z mieszkania, choć już godzinę wcześniej krzyczeli na siebie, że czas ich goni.
Na ulicach są chyba najbardziej nietypową parą w całym Nowym Jorku, choć to klasyka dla Arnar, które nie potrafi nie wyglądać jak najdziwniejsza papuga na świecie. Z Lucienem u boku, prezentują się jak małżeństwo pawiów (przy czy to syn Dionizosa jest samicą) i niewiele brakuje, żeby Hermesiątko zostało uznane za dziwnego cosplayera. Pewnie gdyby na głowę wcisnęło zjawiskowy, błyszczący cylinder, to ludzie próbowaliby robić sobie z niem zdjęcia (cylinder miało przygotowany, a nawet odkurzyło go parę dni wcześniej, ale Lucien wzniół protest i przerobił go na doniczkę dla kaktusa od Dahlii).
Walentynki widać wszędzie dookoła nich – róż i czerwień opanowały ulice już co najmniej trzy tygodnie temu. Od tego czasu im obu niekoniecznie chciało się wychodzić z mieszkania, bo nieważne, gdzie się obejrzeli, na językach czuli smak krwistych pączków – tak jest i dzisiaj, gdy desperacko próbują skupić wzrok na czymś, co nie jest różowe i słodkie. Rok temu kompletnie odpuścili sobie choćby zainteresowanie się walentynkami, a dzisiaj z jakiegoś powodu stwierdzili, że jeśli znajdą przynajmniej jedną restaurację, w której nie ma żadnych przesłodzonych dekoracji, to zjedzą uroczysty obiad i stukną się kieliszkami uroczystego szampana, żeby świętować poskromienie swojej traumy. Gorgon nie widać na horyzoncie, tak samo, jak nie widać jakiegokolwiek miejsca, które jeszcze nie zostało ogarnięte serduszkową plagą.
– Zawsze to może być przyjemny walentykowy spacer, co nie? – pyta Arnar, któreno ani na moment nie opuszcza zwyczajowa żartobliwość. – Można iść do jakiegoś parku albo poczekać, aż znajdzie nas jakiś Kupidyn i…
– EJ – przerywa mu Lucien i kiwnięciem głowy wskazuje na wejście do jakiegoś lokalu. Arnar patrzy na niego zdezorientowane i rozgląda się dookoła, jakby w poszukiwaniu kolejnej wściekłej gorgony. – Debilu, chodzi mi o tamtą restaurację.
Zanim Hermesiak postanowi obrócić się wokół własnej osi, żeby przeskanować otoczenie w poszukiwaniu jakiegoś komicznie ogromnego znaku z napisem „RESTAURACJA” i dużą strzałką pod nim, Lucien ciągnie no za ramię i prowadzi do schodków lokalu umieszczonego w piwnicy jakiegoś budynku. Choć od zewnątrz nie wygląda na nic specjalnego, wnętrze ocieka wszystkim, co można określić mianem „obficie bogatego” – wszędzie pełno złota, ciemnego drewna, głębokich zieleni, granatu i tej cholernej czerwieni, która tutaj wydaje się zwykłym wystrojem, a nie sezonową zachcianką. Arnar szepcze ciche „wow” i rozgląda się po sali pogrążonej w dziwnym jak na restaurację półmroku. Źródłem światła są tutaj tylko stylizowane na świece lampy przymocowane do ścian i ewentualnie jakieś letwo tlące się żyrandole, które służą bardziej za dekorację niż rzeczywiście za coś, co ma rozjaśnić przestrzeń. Przy stolikach wyłożonych wypolerowaną zastawą siedzą same ubrane w markowe garnitury i dizajnerskie sukienki osoby, które jedzą swoje malutkie porcje ze sztywno wyprostowanymi plecami, a sztućce trzymają w najbardziej wyrafinowany sposób, w jaki można je trzymać.
– Dzień dobry panom – zwraca się do nich mężczyzna z obsługi, który stoi przy typowym pulpicie z wielką księgą rezerwacji (dziwne, że jeszcze nie jest wymieniona na tablet na rzecz szybszej wymiany informacji). – Panowie rezerwowali stolik na jakie nazwisko?
– O, dzień dobry – Arnar prezentuje facetowi swój popisowy uśmiech typa spod ciemnej gwiazdy, ale świetnie wyszkolony pracownik nie przejawia żadnej negatywnej reakcji ani tym bardziej nie posyła półbogowi pogardliwego spojrzenia. – My na nazwisko Swift – odpowiada uczynnie, podczas gdy Lucien ciągnie no za rękaw, by jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca.
– Dobrze, wyśmienicie – stwierdza mężczyzna i brakuje mu tylko binokla, gdy śledzi wzrokiem zapisane drobnym pismem notatki. – Hm. – Na momet spogląda na herosów, żeby zaraz wrócić do księgi i ponownie prześlidzić listę. – Obawiam się, że nie mamy takiej rezerwacji.
– Och, to na pewno musieli państwo coś przeo-
– Musieliśmy pomylić restauracje, przepraszamy bardzo – wtrąca się Lucien, kłania się nisko i siłą wyprowadza Arnar z przybytku.
– Już prawie mi się udało! – oznajmia donośnie, gdy znajdują się na chodniku. – Byłom o tyle – prawie łączy ze sobą palec wskazujący i kciuk – od sukcesu!
– Tak, byliśmy o tyle od bycia wyprowadzonymi przez ochronę – gorzko stwierdza Lucien, a Arnar ma ochotę wytarmosić tę jego idealnie ułożoną fryzurę i krzyknąć jeszcze parę razy, że załatwiłoby im tam miejsce. Powstrzymuje się wyłącznie dzięki temu, że do głowy wpada nu kolejny, jeszcze lepszy od poprzedniego, plan.
– Okej, dobra, to zamiast tego możemy…
– Po prostu poszukajmy innej restauracji, dobra? – sugeruje Lucien, gotowy odpuścić tak wspaniałą okazję na zjedzenie dobrego obiadu bez walentynkowej otoczki (może nawet bez płacenia, ale to jeszcze niepewne).
– Nie możemy poddać się tak łatwo! – natychmiast sprzeciwia się Arnar. – To przecież nie w naszym stylu!
– Ale co innego możemy zrobić?
Hermesiątko uśmiecha się przebiegle (Lucien już wie, że szykują się kłopoty) i chwyta chłopaka za rękę, żeby zaprowadzić go samo dokładnie nie wie, gdzie. Przez parę minut błądzą wokół budynku, a Arnar pochyla się nad każdym z rzadkich piwnicznych okien, próbując dojrzeć coś w panującej po drugiej stronie ciemności. Ich eskapada walentynkowa szybko zmienia się w misję włamania się do drogiej restauracji i tylko jedno z nich wydaje się tym faktem zachwycone.
– W ogóle mnie nie wspierasz – stwierdza Arnar, gdy otrzepuje spodnie po sprawdzaniu na czworakach, co kryje się za piątym oknem z kolei.
– Wesprę cię, gdy plan przejdzie z fazy A do fazy B – obiecuje Lucien, a Hermesiak pokazuje mu kciuka w górę, już przyciskając czoło do następnej szyby.
Mruży oczy i wreszcie udaje nu się dostrzec trochę wyraźniejsze i bardziej znajome kształty niż za poprzednimi okienkami. Śmieje się samo do siebie, co może wydawać się początkiem ataku psychozy dla losowego przechodnia, ale na szczęście (a przynajmniej Arnar ma taką nadzieję) Lucien zna no na tyle dobrze, żeby jeszcze nie dzwonić po pogotowie. Hermesiak nie chwali się swoim odkryciem od razu, tylko przyciska dłonie do ramy okna, próbując dobrze wykorzystać to, czym podarował go ojciec.
Ogląda mechanizm zamka od środka, przemieszczając się po nim tylko w swojej wyobraźni. Widzi wszystkie małe śrubki, zębatki i metalowe płytki, które tworzą zatrzask okna. Robi wszystko od tyłu, tak samo, jak z krawatem, próbuje odtworzyć sposób, w jaki otwierałoby się zamek od środka, bez najmniejszego wysiłku obracając klamką prostym, każdemu znanym ruchem. Wywraca cały proces na lewą stronę i dobiera się do niego od złej strony, bo przy drzwiach przynajmniej wyczuwa zamek pod palcami, jest w stanie dobrać się do niego od przodu, nieważne, czy stoi wewnątrz pomieszczenia, czy nie. Teraz skupia się prawie tak bardzo, jak podczas ich walki z gorgoną, gdy nagle zapomniało, jak otwiera się najprostsze zamki. Bierze głęboki wdech, robiąc z tego trochę większy teatrzyk, niż trzeba (dla Luciena, żeby nie myślał, że zapomniało, jak się oddycha) i odsuwa się od okienka, które posłusznie się otwiera.
Trwało to znacznie krócej, niż można się spodziewać po tak skomplikowanej gimnastyce mentalnej, bo Lucien najwyraźniej nawet nie zauważył, że Arnar zaczęło majstrować przy zamku.
– Tadam! – oznajmia dobitnie, próbując zwrócić na siebie uwagę partnera i wskazując na okno jak czarodziej po wyciągnięciu królika z kapelusza.
– C- Hę? A. Było otwarte? – Lucien kuca obok Arnar, któreno entuzjazm ucieka właśnie nad Morze Czarne, szyderczo śmiejąc się z półboga. Ono patrzy na chłopaka z istną rozpaczą i próbuje znaleźć w nim coś świadczącego o większym podziwie dla jeno wspaniałych, magicznych umiejętności przechodzenia z fazy A do fazy B swojego cudownego planu, ale Lucien najwyraźniej nie dostrzega w całej sytuacji nic nadzwyczajnego.
– Nie było – odpowiada Arnar obrażonym tonem.
– Oooo, okej, rozumiem. Dobra robota – chwali Hermesiątko, które od razu zapomina o tym, że miało być obrażone, a jego entuzjazm właśnie odwołuje swój lot do Bułgarii. – Tylko co teraz?
– No, a co ma być? Wchodzimy tam, kradniemy komuś rezerwację…
– Jak ty niby chcesz ukraść komuś rezerwację? – pyta Lucien, podczas gdy Arnar już próbuje przejść przez wąskie okienko, ale przeszkadza nu w tym ogromny frak. – Po prostu podejdziesz i powiesz: „przepraszam, to tak naprawdę nasz stolik”?
– Coś się wymyśli – stęka, przeciwsnąwszy do środka już całą dolną część ciała i kawałek fraka. – Jesteśmy przecież mistrzami improwizacji, co nie?
Zeskakuje na wykafelkowaną podłogę pogrążonego w ciemności pomieszczenia. Dzięki światłu wpadającemu przez otwarte okno, Arnar jest w stanie dostrzec, że podłoga ma kolor ciemnej czerwieni, który kojarzy nu się tylko z zaschniętą krwią, ale próbuje nie zwracać większej uwagi na ten niefortunny wybór dizajnerski. Otrzepuje ubranie z kurzu i ziemi, wytrzepuje jakieś paprochy z włosów i próbuje wyprostować coraz bardziej wymiętą koszulę, a Lucienowi udaje się znacznie sprawniej wcisnąć do środka przez malutkie okienko. Dla niego trudniejszym okazuje się zeskoczenie z nieistniejącego parapetu, bo Arnar aż musi go podtrzymać, żeby z głośnym jękiem nie upadł na podłogę.
– Chyba sobie skręciłem kostkę – mamrocze, wisząc w ramionach partnera.
– Na pewno nie, przecież to okno nie jest aż tak wysoko – bagatelizuje sprawę Arnar, próbując postawić chłopaka z powrotem na nogi.
– Kochanie – Lucien zwraca się do nieno przesłodzonym głosem – ono jest pod sufitem.
– No – unosi głowę, jakby oceniając odległość szyby od podłogi – jest, ale…
– Chyba nie zauważyłoś, ale jestem od ciebie niższy. – Lucien rozmasowuje prawdopodobnie poszkodowaną kostkę, opierając się o Arnar. – Dla mnie to jest upadek z bardzo dużej wysokości.
– Rzeczywiście, przepraszam – stwierdza skruszone Hermesiątko i bez ostrzeżenia pochyla się, żeby przyjrzeć się nodze chłopaka (przez utratę podpórki znowu prawie zalicza bolesne spotkanie z ziemią, ale jakimś cudem udaje mu się zachować równowagę – nie jest jednak z tej całej sytuacji jakoś szczególnie zadowolony). – Ale możesz chodzić?
– Nie wiem – mówi sfrustrowany, próbując oprzeć się na Arnar jak na balkoniku dla starszych babć.
– To spróbuj, bo nie jest jeszcze spuchnięta. Ani nic innego. Wygląda jak totalnie normalna kostka. – Hermesiątko oznajmia wyniki swojego profesjonalnego rozpoznania medycznego i podnosi się z podłogi (tym razem syn Dionizosa przestaje się na niem opierać, zanim znów straci równowagę), żeby obserwować, jak Lucien przechadza się w kółko, nie wykazując przy tym żadnych symptomów skręconej kostki. – I co?
– Chyba jednak nie skręciłem – przyznaje, ale Arnar przeczuwa, że z jakiegoś powodu chłopak nie jest z tego faktu zadowolony. – Gdzie my w ogóle jesteśmy? – pyta, rozglądnąwszy się dookoła.
– Słońce, jesteśmy w restauracji? – niepewnie tłumaczy Arnar, podejrzewając, że Lucien nagle zachorował na ciężką demencję, bo inaczej nie potrafi sobie wytłumaczyć tego pytania.
– Nie, w sensie… – Chłopak mruży oczy, próbując dojrzeć coś w półmroku. – Zapalisz światło?
Arnar posłusznie wychodzi z pomieszczenia i pstryka włącznikiem umieszczonym na zewnątrz, po czym, jak gdyby nigdy nic, wraca do środka (mijający go kelner z całych sił stara się zachować profesjonalizm). Lucien wygląda jak człowiek oświecony, stojąc pośrodku łazienki, gdzie krany są złote, a muszle klozetowe wyglądają na takie stylizowane na takie pochodzące z powieści science-fiction i każdy, kto się tutaj załatwia, nie wie, jak aktywuje się spłuczkę.
– Przynajmniej nie schowek na miotły. Ale dziwne, że światło nie włącza się na ruch, wiesz, takie technologie nowoczesne – stwierdza i poprawia fryzurę, która przed przciskaniem się przed okno była bardzo ładnie ułożona. – To co dalej?
– Teraz to juz serio potrzebuję twojej pomocy. – Hermesiątko czuje się jak typowy złoczyńca Disneya, który właśnie przedstawia całemu światu swój złowrogi plan. – Odegrasz jakąś szopkę, żeby…
– Zawsze lepiej się czułem z moimi zdolnościami do pędzenia wina niż aktorstwa, wiesz? – Arnar tylko macha ręką na tę uwagę.
– Ale potrafisz udawać, co nie? – kontynuuje konspiracyjnym szeptem, stwierdziwszy, że ten ton głosu bardziej pasuje do sytuacji. – No i dobra. Potrafisz. Więc robimy tak: ty jakoś wypędzasz którąś z par ze stolika, jakoś to ogarniesz – tymi słowami zbywa wszelkie obawy Luciena, który mruczy: „no jasne” – i potem ja ukradnę im portfele, żeby mieć ich papiery, jakby ktoś chciał nas wylegitymować, czy to na pewno nasza rezerwacja…
– A co ze zdjęciami? – Lucien zadaje same niewygodne pytania i to niekoniecznie podoba się Arnar, które wolałoby, żeby wszystko poszło tak, jak sobie wymyśłiło i ułożyło w głowie. Czyli bez zbędnych przeszkód i zbyt wścibskich kelnerów.
– Zakryje się palcem i tyle, wystarczy nazwisko. – Wzrusza ramionami. – A jak nie wyjdzie, to znowu coś wymyślimy, nie?
– Dobra. – Chłopak już zaciera dłonie i większość jego poprzednich wątpliwości znika (może dlatego, że trudno byłoby o odwrót – po wciśnięciu się do środka przez okno, Lucien nie ma najmniejszych szans wydostać się z restauracji tą samą drogą, którą wszedł; jest zwyczajnie zbyt niski, a Arnar raczej mu nie pomoże). – To ty obserwuj mnie zza jakiegoś kwiatka i ja to ogarnę. Ale najpierw zamknij to okno.
Kiwają do siebie głowami jak rasowi przestępcy i dumnie wychodzą z łazienki, najpierw Lucien, potem Arnar. Hermesiątko rzeczywiście staje tuż za sporą monsterą (niewystarczająco dużą, żeby ukryć no całe) i na tyle dyskretnie, na ile potrafi, obserwuje partnera, który podchodzi do pierwszej lepszej pary. Ze swojego miejsca nie słyszy zbyt wiele, docierają do nieno tylko głośniej wypowiedziane fragmenty i wykrzyknienia. Obserwuje rozmowę jak występ mimów – przesadzoną gestykulację Luciena, która jakimś cudem wydaje się dla dostojnej pary wiarygodna, minę szczerego zaskoczenia na twarzy mężczyzny i przerażenia kobiety. Arnar uśmiecha się, prawie zapominając o swoim zadaniu w tej farsie. Lucien wygląda uroczo, jak mały chłopiec na posyłki albo niegrzeczny uczeń, który próbuje udowodnić dyrektorce, że wcale nie pociągnął McKenzie za warkocza. Z transu, który może wywołać w niem wyłącznie oglądanie bardzo ciekawej rozgrywki w pokera, wybudza się w ostatniej chwili i wychodzi naprzeciw wygonionej ze stolika parze, żeby udawać nierozważnego gościa, który nie patrzy, gdzie idzie. Przechodząc obok, potrąca mężczyznę i tyle wystarcza, żeby wyciągnęło opasły portfel z kieszeni jego nienagannie wyprasowanych spodni.
– Patrz, jak chodzisz – zwraca mu uwagę facet, który najwyraźniej nie może powstrzymać się przed zestrofowaniem młodzika, który śmiał otrzeć się o niego łokciem. Kobieta chce coś dodać, ale Arnar nie daje jej dojść do głosu, nonszalancko chwytając ją za dłoń i całując jej knykcie, kłaniając się nisko.
– Najmocniej państwa przepraszam – wydobywa z siebie najbardziej przekonujący ton głosu, taki niebrzmiący jak głos uliczniaka wychowanego przez bezdomne koty. Przy okazji szybko i naturalnie zbliża się do torebki oszołomionej kobiety, starając się utrzymać uprzejmy wyraz twarzy. – Państwo wyglądają oszałamiająco – rzuca koślawym komplementem, któremu akurat udaje się połechtać ego parki, a nawet uzyskać ich niemrawe podziękowania. – Cóż, nie będę państwa dłużej zatrzymywać.
Odchodzi od nich, żeby objąć talię Luciena i wsunąć mu do kieszeni jeden z portfeli, nawet nie wiedząc, który – wypchany i skórzany, czy cienki i czerwony. Nie ma to większego znaczenia, przynajmniej jeszcze nie teraz. Wymieniają między sobą zadowolone uśmiechy i Arnar ukradkiem odwraca się przez ramię, żeby sprawdzić, czy oszukana przez nich para zniknęła z ich pola widzenia. Dopiero wtedy odsuwa krzsło dla Luciena i oboje siadają przy stoliku, na którym wciąż znajdują się zamknięte menu.
– O, fajnie, jeszcze nic nie zamówili – błyskotliwie zauważa Arnar i natychmiast wczytuje się w nazwy dań i zdecydowanie zbyt duże liczby wypisane tuż obok. – Aż się zrobiłom głodne od tego całego myślenia.
– Ja po prostu jestem głodny – stwierdza Lucien, choć zamiast na dania główne, patrzy na kartę win. – Że też nam się udało – mamrocze pod nosem, przewracając strony z wypisanymi wszystkimi dostępnymi rodzajami drinków.
– No – potakuje Arnar, chichocząc pod nosem. – Ale wszystko już okej – dodaje, gdy dostrzega lekkie drżenie rąk Luciena. Chce też zapytać, czy już sobie coś wybrał, ale zanim otwiera usta, przy ich stoliku, jak spod ziemi, wyrasta kelner.
– Czy mogę już przyjąć zamówienie? – pyta uprzejmie i Arnar wydaje z siebie ciche „ee”, jakby z jeno mózgu uciekły wszystkie myśli.
– Yhm, tak, tylko… momencik… – Lucien kartkuje menu i po paru sekundach unosi wzrok na kelnera. – Dla mnie będzie średnio wysmażony rib eye i wino korzenne. – Kelner słucha uważnie, niczego nie zapisując, po czym wbija spojrzenie w Arnar (ostatnie dwie minuty spędziło na panicznym przeglądaniu menu).
– To dla mnie… empanady chili con carne? – czyta nazwę pierwszego dania, które wpada nu w oczy. – Do tego… kochanie, a poleciłbyś mi coś do picia? – zwraca się do Luciena i czuje się przy tym jak postać z kreskówki, której pot zaczyna spływać po całej twarzy i ubraniu.
– Hugon – bez namysłu odpowiada chłopak.
– To tak, to i jeszcze jakiegoś szampana… yy, nieważne jakiego. Jakiegoś dobrego – dodaje Arnar, a kelner kiwa głową, dziękuje im bardzo i zostawia tylko jedno menu na stoliku. – Co to jest ten Hugo? – pyta, gdy zostają sami.
– Taki drink na bazie wina, zobaczysz.
Nie udaje im się zbyt długo degustować przyjemnym czekaniem na swoje zamówienie w akompaniamencie cichej muzyki klasycznej i stukania sztućców innych gości o talerze. Przed ich stolikiem wyrasta kolejny kelner, tym razem z towarzystwem – parką, którą bezceremonialnie wyrzucili ze stolika.
– Przepraszam panów… – Pracownik restauracji marszczy brwi i intensywnie wpatruje się w frak Arnar, ale zaraz kontynuuje, jakby nic się nie stało: – pan Taylor zawiadomił mnie, że panowie zajęli zarezerwowanych przez niego stolik?
– Nie, nie, to musi być pomyłka – śmieje się Arnar. – To nasza rezerwacja. – Dumnie pokazuje kelnerowi jeden z ukradzionych dowodów.
– Pani Anderson? – Mężczyzna sceptycznie patrzy na herosa.
– Przepraszam, jestem w trakcie tranzycji, haha. – Natychmiast chowa dowód do kieszeni fraka. – Czasem sam o tym zapominam. Kochanie…? – zwraca się do Luciena, który już wygrzebuje portfel z kieszeni spodni.
– Tak, już. – Chłopak pokazuje kelnerowi dokumenty Lawlieta Taylora, przy czym (kompletnie przypadkowo) zasłania większą część jego zdjęcia.
– Hm, cóż… – Ich przekonująca gra aktorska zdaje się działać, a w myślach Arnar krzyczy: „JACKPOTTTTT!!!”. – W takim razie. Przepraszam pa-panów? Niestety, muszę państwa wyprosić – kelner zwraca się do prawdziwego pana Taylora i pani Anderson, którzy zdążyli już przetrząsnąć wszystkie swoje kieszenie w poszukiwaniu zgubionych portfeli.
– Oni bezczelnie kłamią! – wrzeszczy zarumieniony mężczyzna. – Okradli nas i teraz! Teraz…!
– Proszę pana, proszę się uspokoić. – Kelner próbuje załagodzić sytuację. Głowy wszystkich gości z ciekawością zwracają się w stronę kłócącej się grupki, sztućce przestają stukać, a muzyka z ledwo słyszalnej staje się niesłyszalna.
– Ci bezczelni gówniarze…! Że też mają czelność! – miota się Lawliet Taylor, próbując złapać Arnar za poły fraka. – Matka was szacunku nie nauczyła?!
– Kochanie, spokojnie. – Nawet pani Anderson próbuje uspokoić swojego partnera, niestety, równie bezskutecznie, jak kelner.
– Oddajcie mi moje dokumenty! Wy mali…
– A ta pani, to która to? – spokojny głos Luciena wcina się w jego wrzaski na tyle skutecznie, że Taylor momentalnie przestaje się szamotać i krzyczeć. – Wczoraj chyba randkował pan z panią Moore, jeśli się nie mylę? – dopytuje zaczepnie, skupiając na sobie całą uwagę ich restauracyjnej publiczności.
Arnar poprawia swój frak w manierze bardzo poważnego człowieka, podczas gdy Lawliet Taylor desperacko próbuje się wysłowić, a brwi oniemiałej pani Anderson unoszą się wysoko na jej czole. Patrzy na swojego kochanka, na Luciena, na kelnera, na Arnar.
Bierze głęboki wdech i rozpoczyna modernistyczny lament świętokrzyski.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz