— Proszę, pojedźmy windą.
Edgar zdobyło się na odwagę i przed samym zejściem do metra przyznał nie tylko przed sobą, ale też przed Artemem, że nie da rady schodzić po schodach. Ból w kostce nasilał się coraz bardziej, promieniując do kolana oraz bioder. Kolejne kroki mogą zakończyć się upadkiem, a przecież nie może upadać, na pewno nie przed nim. Gdyby Artema z nim teraz nie było, to zamówiłby sobie ubera i już dawno siedział w ciepłym mieszkaniu.
Artem się zatrzymał. Spojrzał na tabliczkę z nazwą stacji.
— Przecież to winda dla niepełnosprawnych.
Edgar jęknęło. Czuło się jak niepełnosprawne, bo jeszcze chwilę temu wpadło w wyrytą w chodniku dziurę, źle stanęło i coś sobie uszkodziło. Noga jak na zawołanie dała o sobie znać i pierwszy raz od dłuższej chwili skrzywił się z bólu, próbując tym samym przekonać Artema, by zjechali metrem.
Godzina była już dosyć późna, a stanie w minusowych temperaturach raczej nie należało do najprzyjemniejszych aktywności, więc Artemowi nie zostało nic innego jak zawołać starą, obmalowaną graffiti windę.
Edgar z ulgą wczłapało się do środka i oparło plecami o zimną ścianę. Artem tylko wcisnął odpowiedni guzik na panelu, urządzenie chrząknęło, wypluło ze starych głośników ryk staroświeckiej muzyki i zaczęło zjeżdżać.
Tuż przed najniższym piętrem windą coś szarpnęło. Może w ten sposób chciała oznajmić pasażerom, że dalej nie pojedzie i żeby sobie teraz radzili.
Muzyka grała bez przerwy, zupełnie nieruszona tak samo, jak nieruszona była teraz winda. Artem wlepiał wzrok w zabudowane drzwi windy, zastanawiając się, czy w tym momencie wkurwia go bardziej obecność Edgara, czy zepsuta maszyna, która miała do przejechania trzy albo cztery piętra w dół.
— No to co, skaczemy?
Odwrócił się do Edgara z wymalowanym wrednym uśmieszkiem na twarzy.
— Błagam nie.
— Lepiej się czegoś złap.
Nie słuchając narzekań Edgara, Artem poderwał się do góry. Upadł z hukiem. Maszyna złowrogo się zatrzęsła, muzyka na chwilę przestała grać, ale zaraz zapętlona melodia odnalazła swój tor i dalej upierdliwie brzęczała.
— Może… może poczekajmy, okej?
Edgar podniósł się z ziemi (bo ze strachu musiał przykleić się do brudnego podłoża) i wyciągnął dłoń w stronę Artema.
— Tak, poczekajmy chuj wie ile, aż nas stąd wyciągną.
Artem kopnął w drzwi. Te nawet nie rozwarły się na milimetr. Dwie ściany dalej się ze sobą stykały i nie chciały wypuścić ofiar ze swoich objęć. To prawie tak, jakby pożarł ich metalowy potwór.
— Tutaj się włącza alarm. — Wskazało na panel. — Ten taki czerwony przycisk.
— Wiesz, która jest godzina? Myślisz, że ci ludzie teraz pracują i aż zadzwonią do nich debile, którzy utknęli w windzie dla niepełnosprawnych?
— Mogłeś mi pozwolić zadzwonić po ubera!
— Nawet nie wiedziałem, że chcesz podjechać jakimś uberem, debilu.
Edgar zamilkło. Rzeczywiście nic nie powiedział. Całą drogę udawał, że wszystko jest w porządku, tłumiąc nasilający się ból w kostce. Teraz spocony próbował zapanować nad sytuacją, do której sam doprowadził. Na własne życzenie.
Artem prychnął, ale nadusił na czerwony przycisk. Nic się nie stało. Muzyka za to zaczęła głośniej grać. Może przez przypadek odnalazł tajny sposób, by podgłośnić to ustrojstwo?
Zniesmaczony odwrócił się w stronę drzwi. Czuł, że jeśli stąd nie wyjdzie w ciągu dziesięciu minut, to oszaleje. Nawet nie przez denerwującą obecność Edgara, ale przez dudniącą bez ładu i składu melodię.
— Zadzwonię tam.
Wyciągnął telefon i odnalazł na specjalnej naklejce numer do serwisanta. Pech chciał, że nie zdążył nawet wykręcić numeru, bo w połowie jego wpisywania telefon po prostu się wyłączył. Widział te ostatnie trzy procent baterii, ale myślał, że zdąży. Myślał i się przemyślał, bo teraz ich szanse na ratunek znacząco spadły.
— Zadzwonię do Oriany. Tak będzie szybciej.
Edgar pogmerał w kieszeni, wygrzebał z niej swój telefon i wykręcił numer do przyjaciółki.
Pierwszy sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał.
Artem zaczął się niecierpliwić. Domyślił się już po trzecim, że Oriana nie odbierze.
— Dzwoń po ten serwis.
— Nie mam zasięgu.
— Kłamiesz.
Edgar nie kłamał. Ten pierwszy raz od dawna nie kłamał. Odwrócił telefon wyświetlaczem w stronę Artema i poczekał, aż poirytowany przyjaciel potwierdzi, że rzeczywiście… telefon nie łapał ani jednej kreski zasięgu.
Poczekali chwilę w dłużącej się ciszy. Muzyka drażniła ich w uszy, ale nie dało się jej w żaden sposób wyciszyć. Ani wyłączyć. Jedyne rozwiązanie to wdrapanie się pod sam sufit i zerwanie głośnika, do czego już przymierzał się Artem.
— Dlaczego Oriana akurat teraz musi od ciebie nie odbierać?
Edgar wzruszyło ramionami. Chyba się już do tego przyzwyczaił.
— Może coś robi.
— Dosłownie napisałeś jej, że będziesz za godzinę w domu. Powinna odebrać.
— Daj spokój.
— Nie wkurwiaj mnie — odwarknął ostrzegawczo. — Dzwoń do niej.
Edgar nie zadzwonił. Właściwie to trochę nie chciał, bo wiedział, że bezsensowne dzwonienie do Oriany w niczym nie pomoże. Przyjaciółka i tak nie odbierze. Nie lubiła rozmawiać przez telefon, a sms może nawet w tej sytuacji do niej nie dotrzeć. Pomijając fakt, że siedzą w miejscu, w którym nie ma zasięgu, a gdy już się pojawia jedna kreska to na marne dziesięć sekund, które są i tak niewystarczające, by wezwać pomoc.
Byli skazani na siebie. Na długie siedzenie w małej przestrzeni. Ze sobą. Na patrzenie na siebie i myślenie, czy jeszcze kiedyś stąd wyjdą (pewnie tak, ale po ilu godzinach, to nie wiadomo).
— Nie możesz tego naprawić? W końcu jesteś jakimś tam… mechanikiem?
Artem uniósł brew.
— No… coś tam liczysz. Naprawiasz. Komputery? Winda chyba też ma komputer?
W pierwszej chwili pomyślał, że Edgar żartuje. W drugiej natomiast domyślił się, że to pytanie zadane zupełnie na poważnie.
— Pewnie. Zaraz obliczę siłę, jaką muszę przyłożyć, żeby otworzyć te pierdolone drzwi.
Resztkami woli powstrzymał się przed uderzeniem w panel sterujący. Jeszcze brakowało, żeby wysiadło w tej windzie zasilanie i siedzieli w klatce bez światła.
— Co ci się stało w tę nogą, tak swoją drogą? — zapytał dopiero teraz, bo przez cały ten czas zbyt był zdenerwowany faktem utknięcia w windzie. Zupełnie nie zwracał uwagi na kulejącego Edgara, który w tym momencie siedział wciśnięty w kąt.
— Nic.
— Mam nadzieję, że cierpisz, bo to przez to siedzę teraz w tej rozjebanej windzie.
Znowu zamilkli. Jeden z nich siedział z ręką zaciśniętą wokół kostki, a drugi wpatrywał się w nierozsuwalne drzwi, jakby siłą woli próbował je otworzyć.
— Jakbyś zaczął teraz ze mną skakać, to…
— Nie.
— Nie bądź pizdą. Trzeba to sprowadzić jakoś na dół.
Edgar przegryzło wargę. Naprawdę wolałby tu siedzieć w spokoju i czekać, aż przyjdzie jakiś serwisant i ich wyciągnie.
— Wolę poczekać.
Artem siedział naprzeciwko Edgara. Oparty o ścianę czuł się jak zwierzę w klatce, które czeka, aż wróci właściciel i je nakarmi.
— Grasz w kółko i krzyżyk?
— Co? — Edgar oderwał swoją uwagę od napuchniętej kostki i spojrzał na Artema. — Co to w ogóle za pytanie?
— Co innego chcesz robić w tej sytuacji? Grasz czy nie?
Wygrzebał z kieszeni malutki ołówek i nabazgrolił na ścianie siatkę do gry w kółko i krzyżyk. Nie czekając na policjanta zaczął pierwszy i postawił krzyżyk pośrodku.
Edgar wziął od Artema ołówek i postawił kółko w górnym rogu siatki. Wymieniali się tym nieszczęsnym ołówek jeszcze kilkanaście razy, zmieniając raz po raz pole do gry i zamalowując w ten sposób pół windowej ściany. Obok ich rysunków widniały inne przedstawiające głównie kutasy albo cycki. Ciekawe, czy autorzy też się tutaj zatrzasnęli?
— Znowu wygrałem. — Artem z uśmiechem postawił ostatni krzyżyk i połączył go z pozostałą dwójką. — Dwadzieścia jeden do piętnastu.
Przez te parę godzin zaczęli się zachowywać jak za dawnych lat; dwójka przyjaciół, która poznała się przez przypadek i zupełny przypadek złapała nić porozumienia. I pewnie byłoby tak dalej, gdyby nie to, że Edgar (jak zawsze) musiał zepsuć tę atmosferę.
— Wiesz, że niedługo są walentynki?
Artem spochmurniał.
— Głupie święto dla głupich zakochanych. No i co?
— Chciałem się pośmiać z ludzi, którzy to obchodzą.
— Wcale nie to miałeś na myśli.
— A co? Ty obchodzisz? — złośliwie się uśmiechnął. — Uraziłem cię?
W odpowiedzi tylko trącił wyciągniętą nogę Edgara butem.
— Nigdy nie obchodziłem walentynek. Bezsensowne święto. Może to ciebie uraziłem?
Edgar odpowiedział tak samo, trącając Artema swoim butem.
— Też nigdy nie obchodziłem walentynek. Ktoś w ogóle lubi to święto? Żałosne. Wszystko jest wtedy bez powodu drogie.
Znowu go trącił.
— A co uważasz o tych głupich ciasteczkach albo tortach w kształcie serc? Mdli mnie na ten widok.
Edgar odrobinę się przesunęło.
— Obrzydliwe. To jest dla ciebie apetyczne? Jak te wszystkie walentynkowe ozdoby. Przesycone kolorem różowym jak w bajce dla dzieci.
— Wiesz, co jest jeszcze gorsze? Te wszystkie pary oświadczające się sobie akurat w walentynki.
Edgar się uśmiechnęło i znów przesunęło o parę centymetrów.
— Ale wiesz co? Myślę, że ty to lubisz. Tę całą walentynkową otoczkę. — Posłało Artemowi prowokujący uśmiech.
Artem się przesunął, trochę bardziej, niż Edgar przesuwał się dotychczas.
— Nie. Myślę, że to ty lubisz walentynki. Lubisz te różowe serduszka, lubisz patrzeć na całujące się pary. Jesteś żałosny, Edgar.
— Uważaj, do kogo to mówisz. Tak naprawdę jesteś zazdrosny. Sam chciałbyś siedzieć w słodkiej, różowej kawiarni i jeść urocze ciasteczka w kształcie serduszek.
Artem złapał Edgara za nadgarstek, a Edgar zacisnął palce na rozpiętej kurce Artema.
— Jesteś cwelem, Edgar. Marzysz o tych różowych kawiarniach i różowych polewach. Nakarmić cię takim ciasteczkiem? Zadowoliłoby cię to, żałosna kurwo?
Ich oddechy się ze sobą praktycznie stykały i stawały jednością. Spojrzenia nie uciekały na boki. Palce zaciskały się coraz bardziej. Edgar wydawał się być jeszcze bliżej niż sekundę temu.
— Nie jestem taki łatwy do zadowolenia, wiesz? Musisz zrobić coś więcej, niż tylko nakarmić mnie różowymi ciasteczkami.
— Nic dla ciebie nie zrobię. Mogę cię co najwyżej udusić.
— Nie zrobiłbyś tego. Jesteś słabym skurwysynem, który widzi tylko czubek własnego nosa. Nie pozbyłbyś się mnie. Nigdy.
— Bardzo chętnie zrobię to przy pierwszej możliwej okazji.
Mówiąc to, palce Artema przestały tak gorączkowo ściskać nadgarstek Edgara, a dłoń policjanta zostawiła w spokoju rozpiętą kurtkę Rosjanina; i zamiast wrócić do siebie jakimś cudem powędrowała w stronę odkrytego barku, by zacisnąć się na gorącym karku.
— Zrób to. Pozbądź się mnie i o wszystkim zapomnimy.
— Pierdolony manipulatorze. — Pochylił się do przodu, by złączyć ich czoła. — Marzę o dniu, w którym znikniesz z mojego życia.
Gorące powietrze z ust Edgara otulało jego zaciśnięte wargi.
— Mogę zniknąć teraz. Naprawdę.
Usłyszeli hałas. Chrząknie, brzęczenie i buczenie jednocześnie. Winda ruszyła z wyraźnym trudem. Jechała powoli, bardzo ociężale i z widoczną czyjąś pomocą. Po zatrzymaniu, drzwi się same nie otworzyły, oczywiście, to byłoby zbyt piękne.
Ktoś krzyknął raz, drugi, a potem przy pomocy czegoś, przypominającego łom, otworzył przesuwane drzwi.
W drzwiach stanął mężczyzna ubrany w ciuchy, które nie sugerowały, że pracuje przy naprawach wind albo że jest jakkolwiek powiązany z taką brudną robotą.
— Przepraszam, że trwało to aż trzy godziny. Czasem ten system alarmowy nie daje nam znać od razu.
Artem poderwał się na równe nogi. Zupełnie ignorując Edgara, wyszedł na peron.
— Która jest godzina?
— Za chwilę wybije pierwsza. Macie dużo szczęścia. Zmianę zazwyczaj kończymy o drugiej. — Uśmiechnął się uprzejmie.
Praktycznie pusty pociąg nadjechał dopiero po dziesięciu minutach.
— Nie jedziesz ze mną? — zapytał Edgar, widząc, że Artem za nim nie wchodzi.
— Nie, a co? Nie dasz rady dojść ze stacji do domu?
— Spierdalaj. Jestem samowystarczalny.
Drzwi się zamknęły, pociąg odjechał. Artem musiał odczekać kolejne piętnaście minut, by wrócić do swojego mieszkania.
♡
[1800 słów: Artem otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia + 20 PD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz