To miał być tylko miły gest. To, że przy okazji spłonęła kuchnia, to całkiem niemiły dodatek.
Elianne w Walentynkach najbardziej podobało się to, że w końcu nie spędzi ich na uganianiu się za zachciankami bogów. Szczególnie biorąc pod uwagę przebieg tych poprzednich. Można by nawet powiedzieć, że od zeszłego roku miała do tego święta pewien uraz.
Początkowo miała w planach zaciągnąć Kala na wycieczkę do San Francisco. Ostatnio udało jej się nawet wyhaczyć całkiem miłą kawiarnię, w której zawsze było co najmniej kilka wolnych stolików, chociaż nie miała pojęcia, dlaczego tak jest, bo w żadnym innym miejscu nie można było wypić tak świetnej herbaty. Zanim jednak zdążyła cokolwiek zaproponować, Kal wyszedł z inicjatywą.
— Mój ojciec w soboty pracuje do późna. Mogłabyś wpaść — bąknął jakiś tydzień przed Walentynkami, kiedy Eli próbowała przebrnąć przez swoją drugą kawę tego dnia i jednocześnie zastanawiać się na głos na temat tego, czy w Walentynki będzie ładna pogoda (bo przecież powinna być, co nie?). — Ale jeśli nie chcesz, to możemy zrobić coś innego — dodał równie szybko, jak wtrącił się z propozycją.
Eli oderwała wzrok od swojego kubka i posłała mu jeden z najładniejszych uśmiechów, jaki miała w zanadrzu.
— Jasne, że chcę! Głupio pytasz — powiedziała ze śmiechem.
Następny łyk kawy, jaki wzięła, smakował lepiej, niż poprzedni.
Spotkanie przebiegało jednak inaczej, niż to sobie wyobrażała. Kal najpierw zrobił jej herbatę, a potem powiedział, że coś jeszcze musi załatwić i zabronił jej wchodzić do kuchni. A potem się w niej zamknął. Elianne skwitowała to rozbawionym uniesieniem brwi.
Wolny poranek wykorzystała na wyspanie się, a ogarnięcie gniazda, w które przez noc zamieniły się jej włosy zajęło jej zdecydowanie zbyt dużo czasu. Kiedy pojawiła się w mieszkaniu Kala po południu, nie wyglądała zbyt świątecznie. Od początku miała w planach malować się tutaj, nie u siebie w domu, ale nie sądziła, że będzie miała ku temu aż taką sposobność. Zostało jej tylko usadowić się przed lustrem z kosmetyczką.
Zwykle miała na głowie ważniejsze sprawy, niż makijaż. Wczesne pobudki sprawiały, że dużo bardziej ceniła sobie dodatkowe trzydzieści minut snu, które musiałaby poświęcić na malowanie się. Lubiła kolory, więc jej makijaż zawsze był niekonwencjonalny, a to wymagało czasu. Tym razem jednak miała go aż nadto.
W pewnym momencie uświadomiła sobie, że zastygła z pędzelkiem do cieni w dłoni, bezczynnie wpatrując się w lustro. Zastanawiała się nad tym, czy ojciec Kala ją polubi, kiedy w końcu się spotkają. Wiedziała, że nowo poznani ludzie raczej nie mają z nią problemu, ale sprawy przecież mają się inaczej, kiedy poznajesz dziewczynę swojego syna, a skoro już była u nich w domu, to pewnie szanse na spotkanie były coraz większe. Sama już kilka razy rozmyślała nad zaproszeniem Kala do siebie, ale zdawała sobie sprawę z tego, że jej rodzina może być przytłaczająca. Zbyt przytłaczająca. Byli kochani, ale pewnie rzuciliby się na chłopaka całą bandą i zamęczyliby go na śmierć. Tego raczej wolałaby uniknąć. Poza tym, chciała poczekać, aż Christopher na dłużej przyjedzie do domu, żeby też mógł go poznać. Sprawa była skomplikowana i wymagała poważnej rozmowy z jej rodzicami i braćmi. Camille przy każdej okazji wypytywała, kiedy przyprowadzi Kala do domu, a Eli wiedziała, że powinna w końcu coś z tym zrobić. Na szczęście „w końcu" nie musiało oznaczać „w najbliższym czasie". Jedna rzecz zaraz.
Zamrugała kilkukrotnie i wróciła do nakładaniu różowego brokatu na powieki. Dawno nie miała okazji używać swojej ulubionej paletki, a to była dobra ku temu okazja. Po chwili namysłu nałożyła ten sam brokat na policzki zamiast rozświetlacza.
Kiedy skończyła i zdążyła już wrzucić wszystkie kosmetyki z powrotem do torby, Kal wciąż nie wychylił głowy z kuchni. Minęło jakieś czterdzieści minut, odkąd tam zniknął i powoli zaczynała się martwić, ale stwierdziła, że pewnie wie co robi.
Zmieniła zdanie zaledwie kilka chwil później, kiedy przechodząc obok drzwi poczuła coś, co bardzo przypominało spaleniznę. Zmarszczyła brwi i zapukała.
— Wszystko w porządku? — zapytała, kładąc dłoń na klamce. Zastukała w drzwi jeszcze raz, a kiedy nie otrzymała odpowiedzi, weszła do pomieszczenia.
Zastała tam stojącego w kłębie dymu Kala, który próbował jednocześnie wyciągnąć blachę z piekarnika i stłumić kaszel. Eli w ciągu kilku sekund otwierała okna na oścież, wpuszczając do środka zimne, ale świeże powietrze. Złapała w dłonie pierwszą ścierkę, jaka się jej napatoczyła i próbowała przyspieszyć wywiewanie dymu.
— …Nie macie alarmu przeciwpożarowego, co? — zapytała, spoglądając na Kala, który odstawiał blachę kompletnie zwęglonych ciasteczek na blat.
— Kurwa — mruknął jedynie, ale brak piszczącego pikania udzielił jej odpowiedzi. Nawet najgorzej działający alarm przeciwpożarowy na świecie już zdążyłby się uruchomić.
Elianne zakaszlała w ramię, upewniając się, że okna na pewno są otwarte najszerzej, jak tylko mogą. Miała przy tym nadzieję, że żaden z sąsiadów nie wezwie straży pożarnej z myślą, że w mieszkaniu wybuchł pożar. To dopiero byłyby świetne Walentynki.
Kiedy przebywanie w kuchni nie groziło już uduszeniem, tylko narażało na przykry zapach spalenizny, skupiła się na Kalu.
— Nie poparzyłeś się? — zapytała, zerkając mu przez ramię, żeby się upewnić. Nie była pewna, czy widziała, żeby trzymał blachę przez ścierkę, ale na jego dłoniach nie zauważyła żadnych oparzeń.
Chłopak wciąż się nie odezwał, wpatrując się w smutną blachę spalonych ciastek. Eli położyła dłoń na jego ramieniu i lekko je ścisnęła.
— Daj spokój, to nic. Zaraz coś wymyślimy — powiedziała, już zakasując rękawy.
— Miały być czekoladowe. Dla ciebie — rzucił w końcu Kal, trzymając dłonie zaciśnięte na brzegu blatu.
Dla Elianne liczyło się głównie to, że był dla niej w stanie ubabrać sobie ręce w cieście. Produkt finalny był mniej ważny. Wspierając się na ramieniu Kala, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
— Dziękuję, że pomyślałeś. Chodź, ogarniemy ten bałagan.
Kal wciąż niewiele mówił, ale kiedy już Eli odciągnęła jego dłonie od blatu robił to, o co go poprosiła. Dziewczyna najpierw chciała wyrzucić ciastka do śmietnika, ale z drugiej strony wolała zrobić to poza jego polem widzenia.
— Strasznie tu cicho. Da się załatwić jakąś muzykę? — zapytała, a kiedy Kal wyszedł z pomieszczenia, ciastka szybko wylądowały w koszu.
Wrócił po kilku chwilach z radiem. Eli całe wieki nie widziała takiego ustrojstwa, ale skoro działało, to co z tego? Pogrzebała w stacjach i po chwili cichą kuchnię wypełniła muzyka.
— Z jakiego przepisu robiłeś te ciastka? Możemy zrobić je jeszcze raz — zaproponowała, zamykając okna.
Cały dym się wywietrzył, a na jej rękach pojawiła się gęsia skórka, więc postanowiła, że tyle świeżego powietrza im wystarczy. Kal podał jej kartkę.
— Jakiś z internetu. Przyjaciółka mi dała. Nie wiem, czy wyjdą — mruknął, opierając się o blat. — Tamte te nie wyszły.
— W takim razie te wyjdą. — Eli klasnęła w dłonie. — No, to wyciągaj składniki.
Co prawda pieczenie ciastek było niezaplanowane i chaotyczne, ale miała nadzieję, że jeśli szybko zajmie czymś Kala, to chłopak nie zdąży popaść w ponury nastrój po nieudanym wypieku. Jeśli wcześniej kuchnia nie wyglądała, jakby przeszło przez nią tornado, to po tym, jak druga tura ciasteczek wylądowała w piekarniku, prezentowała się jak strefa klęski żywiołowej.
Elianne próbowała strzepać mąkę z koszulki, podczas gdy Kal mył ręce (enty raz). Sama znalazła sobie miotłę i pozamiatała podłogę, a kiedy pomieszczenie wyglądało na nieco czystsze, oparła się o stół.
— Katastrofa zażegnana — powiedziała z uśmiechem.
— Muszę iść się przebrać — wtrącił Kal w tym samym czasie, marszcząc nos.
— Popilnuję ciastek.
Chłopak rzucił zaniepokojone spojrzenie w stronę piekarnika, jakby miał znowu zacząć się dymić, ale w końcu skinął głową i zostawił Elianne samą w kuchni.
Czas mijał szybko, a dni były krótkie, więc na zewnątrz słońce powoli zaczynało się zniżać. Eli zmieniła miejsce, żeby usiąść przy stole, i podparła podbródek na dłoni. Może i ciasteczka nie znalazły dla siebie miejsca w jej walentynkowym bingo, ale wszystko dobrze się skończyło, więc nie było na co narzekać. Próbowała nie zapomnieć o tym, żeby po wyjęciu ciastek z piekarnika znaleźć swoją torbę, bo nie pamiętała już, gdzie ją rzuciła, a musiała przecież dać Kalowi jego prezent. Długo szukała pierścionka, który miał kryształki w dokładnie tym odcieniu niebieskiego, na którym jej zależało. Wstyd byłoby teraz o nim zapomnieć.
— Nie palą się? — zapytał Kal, zanim jeszcze wszedł do kuchni.
— Zobaczyłbyś, gdyby się paliły — powiedziała Eli z rozbawieniem. — Potrzebują jeszcze dziesięciu minut. Około.
Kal nie wydawał się specjalnie przekonany, bo jego wzrok co parę chwil przelatywał z zegara na piekarnik i z powrotem.
— … Nie mam pojęcia, dlaczego te poprzednie się spaliły. Nie patrzyłem na nie tylko przez chwilę — powiedział w końcu, opierając się dłońmi o blat.
— Ciastka bardzo się szybko palą, chwila wystarczy. Nie chcesz wiedzieć, jak wyglądały pierwsze ciasteczka, jakie piekłam — zaśmiała się.
Pomimo tego niepokój Kala na nią działał i sama zaczęła częściej spoglądać na piekarnik. Wcześniej nawet by nie pomyślała, że przez ciastka może powstać taki raban. Powinna już dawno nauczyć się, że wszystko jest możliwe.
♡
[1401 słów: Elianne otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia +20 PD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz