To miał być tylko miły gest. To, że przy okazji spłonęła kuchnia, to całkiem niemiły dodatek.
♡
♡
♡
[2200 słów: Kal otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia +20 PD]
czwartek, 26 lutego 2026
Od Kala — „Dramat z kuchnią w roli głównej” — część 2 [walentynki]
– Masz już plany na walentynki? – zapytała go Ezra, gdy akurat zebrali się całą trójką w jego mieszkaniu. Stały skład: zajmująca całe łóżko Mischa, siedząca na dywanie Ezra i skulony na krześle biurowym Kal. Już dawno nauczył dziewczyny, żeby nawet nie próbowały zajmować jego miejsca.
– To znaczy? – zapytał, trochę markotnie, bo tak naprawdę najchętniej by je stąd wyprosił (każdy wie, że to nieprawda).
– No, z Elianne. Idziecie gdzieś?
– O, właśnie! Eli! – zawołała Mischa, gwałtownie podnosząc się do siadu. – A poznamy ją kiedyś? Za mało o niej mówisz, więc to ja muszę porozmawiać z nią – ostro zaargumentowała swoje pytanie i chłopak niekoniecznie wie, czy podejrzewa Elianne o bycie toksyczną, manipulatorską szują, czy raczej ma ochotę dowiedzieć się, jak jej przyjaciel jest słaby w całowaniu i we wszystkich innych związkowych sprawach (chciałby jej przypomnieć, że jego matką jest bogini miłości, a, co za tym idzie, on bardzo dobrze radzi sobie z ogarnianiem takich spraw).
– Ja wciąż myślę, że on sobie ją wymyślił – szepnęła do niej Ezra, ale Kal i tak to usłyszał. Podejrzewał, że miał usłyszeć. Posłał jej poirytowane spojrzenie (liczył, że poprawnie je odczyta) i nie zdobył się na nic więcej, bo właśnie był zajęty odnajdywaniem odpowiedniej daty w kalendarzu. – No i co? Jakie plany?
Kalowi niestety nie udało się wymyślić wspaniałego, zaskakującego planu walentynkowej niespodzianki w parę sekund, więc po chwili milczenia po prostu wzruszył ramionami. Z trochę niewiadomego mu powodu wywołało to ogromne obruszenie Ezry, która emitowała swoją osobą tak duże niedowierzenie, że chłopak też prawie zaskoczył się własnymi słowami.
– Ale jak to nie wiesz?
– No, normalnie, skąd mam wiedzieć? – prychnął Kal, urażony tym pytaniem do żywego.
– Ile wy już ze sobą jesteście? – Ezra zadała pytanie teoretycznie pomocnicze, które półbogowi w ogóle nie pomogło.
– Jakiś rok? – odpowiedziała za niego Mischa, zastanowiwszy się nad tym głęboko. Kalowi trudno było wydusić, że jeszcze nie, że to dopiero od lata, a nie zeszłej zimy, więc ostatecznie tego nie powiedział.
– No, właśnie! – zawołała Ezra, przy czym Kal nie wiedział, o co dokładnie jej chodziło. Poprosiłby ją o rozwinięcie, gdyby nie próbował zlać się z oparciem krzesła. – Dziewczyna zasługuje na coś specjalnego!
– To moje urodziny, nie jej.
W pokoju zapadła cisza, której Kal w ogóle się nie spodziewał. Atmosfera stała się ciężka od zaskoczenia obu dziewczyn i nawet Mischa nie od razu wyskoczyła z błyskotliwą uwagą, którą tylko ona mogłaby wymyślić.
– To ty masz urodziny czternastego lutego? – zapytała, wymawiając słowa tak wolno, że stała się kompletnie niepodobna do osoby, za którą miał ją Kal przez ostatnie trzy… cztery lata? Musiałby wykonać w myślach skomplikowane działania matematyczne, żeby wreszcie dotrzeć do tego, że tak, to były cztery lata.
– No. – Kal, trochę zawstydziwszy się swoim nagłym wyznaniem, zapadł się jeszcze głębiej w krzesło.
– Nareszcie będę mogła męczyć cię głupimi kartkami urodzinowymi – wymamrotała Ezra znad ekranu telefonu, a chłopak obawiał się, że właśnie zapisała sobie datę jego urodzin w kalendarzu. To chyba ostatnie, czego potrzebował.
– A ja ci zawsze piekłam urodzinowe babeczki w październiku – jęknęła bliska płaczu Mischa, choć Kal w żadnym razie nie uważał jej błędu za jakieś pokrętne faux pas.
– To w takim razie powinniście odwrócić role płciowe i to ona powinna cię gdzieś zaprosić – z tym błyskotliwym pomysłem wyskoczyła Ezra, uśmiechając się szeroko. Mischa jej przyklasnęła (dosłownie) i wyszczerzyła jeszcze szerzej, niż ona.
– Tak! Albo, wiesz co – dziewczynę najwyraźniej oświeciło – ty upieczesz jakieś ciasteczka albo inne pierdoły jako urodzinowe ciasteczka albo pierdoły, o których tylko ty będziesz wiedział, że będą urodzinowe i w ten sposób zasygnalizujesz jej, że to dla ciebie specjalny dzień!
– Ale to nie jest żaden specjalny dzień – żachnął się Kal. – I nie chcę jej nic sygnalizować.
– I tak możesz coś upiec, a potem wbić w to samotną, smutną i już dziesięć razy zapalaną świeczkę, żeby wieczorem, w ciemnościach swojego pokoju, zdmuchnąć ją i pomyśleć, jakim smutnym człowiekiem jesteś i jak bardzo nikt cię nie potrzebuje – zasugerowała Ezra i wtedy Kal poprosił Mischę o przepis (nie w celu wykonania zaprezentowanego planu, co zaznaczył później jeszcze jakieś dziesięć razy).
Zepsuł sobie humor. Chciałby powiedzieć, że Elianne po prostu po sobie nie pokazuje, jak bardzo jej też popsuł nastrój, ale niestety czuje jej dziwną w tej sytuacji radość i napięcie, towarzyszące jej od kiedy się dzisiaj zobaczyli, którego źródła Kal do teraz nie potrafi znaleźć. Tamte spalone na węgiel ciasteczka chłopak dopisuje do swoich największych porażek życia, które wywołały w nich zbyt gwałtowną reakcję emocjonalną (nie przyznałby się Elianne, że piekąc je, doznał mikro-ataku paniki, bo przez chwilę pomyślał, że okażą się niejadalne albo dziewczyna ma alergię na czekoladę i to od samego początku był okropny pomysł, a on jest bezużyteczny) i próbuje żyć dalej, skupiając się nie na swoich emocjach, w tym kłujących go w serce niewyjaśnionych wyrzutów sumienia, a na otoczeniu. Na uczuciach Elianne, które trochę poprawiają mu humor, gdy rozgaszczają się w jego umyśle (tym razem świadomie przez niego zaproszone).
Niekoniecznie mu się udaje odczuć choćby ułamek towarzyszącej dziewczynie radości. Oddalanie się od złych myśli też nie działa, bo jego mózg bezmiernie pragnie urządzić mu pokaz slajdów ze wszystkich największych i najdrobniejszych błędów, które popełnił w życiu. Końcówką zdrowego rozsądku trzyma się na granicy popadnięcia we wciągający go wir wyrzutów i wyzwisk. Nagle nie ma ochoty na żadne walentynki, ale teraz, gdy Elianne już jest w jego domu, on nie może uciec do baraku i zakryć głowy kołdrą. Nie może jej nagle wyprosić, do czego już przyzwyczaiły się Mischa i Ezra, nie może zamknąć się w pokoju albo zwyczajnie stwierdzić, że on zaraz wróci i zamknąć się w łazience, żeby poużalać się nad sobą w wannie. W jego oczach relacja jego i Elianne jest jeszcze zbyt krucha, żeby wystawiać ją na próby większe niż wyskakujący z krzaków Izan King.
– Przepraszam – mamrocze, mimo swoich bezskutecznych, ale gorących starań, żeby jednak tego nie mówić. Chcąc jakoś wyrwać się z wykreowanego przez własny umysł piekła, ściska dłoń dziewczyny, jakby to miało sprowadzić go na ziemię.
– Nie masz za co – stwierdza Elianne i posyła mu miły uśmiech, który wręcz nakazuje mu zamknięcie jadaczki i nieprzepraszanie za każdą drobnostkę. Kal próbuje przywołać na twarz coś na kształt uśmiechu, ale porzuca ten pomysł w połowie.
– Chciałem powiedzieć, że mam, ale chyba nie chcesz tego słuchać – mówi wreszcie i kuca, żeby spojrzeć na ciasteczka. Najchętniej nie opuszczałby tego posterunku, żeby żadne z ciasteczek nie przyrumieniło się odrobinę za mocno. – Myślisz, że już?
– Daj im nabrać jakiegoś koloru – śmieje się Elianne i chyba ma powiedzieć coś więcej, ale zaraz gwałtownie i z niejasnego dla chłopaka powodu (postanawia nie pytać) rzuca się do swojej torby, gdy szczęka zamek w drzwiach (po wejściu do mieszkania zapytała Kala, po co je zamyka, a on zupełnie szczerze stwierdził, że nie ufa sąsiadom, co jest stuprocentową prawdą; na szczęście nie wnikała, czemu darzy ich taką niechęcią). Oboje w całym tym ciasteczkowym armagedonie nie zauważyli, że zrobiło się na tyle późno, żeby Anthony wrócił z pracy.
– Co się stało? – Ojciec Kala natychmiast ukazuje się w drzwiach kuchni i heros podejrzewa, że biegł przez krótki korytarz mieszkania. Od razu odnajduje wzrokiem syna w poszukiwaniu oparzeń, bo to oczywiste, że zorientowałby się o szalejącym w mieszkaniu ogniu, dopiero gdy zacząłby parzyć go w stopy (Kal by temu nie zaprzeczył, jako że rzeczywiście nie sądzi, że zauważyłby dym).
– Spaliłem ciasteczka – rzuca chłopak, niepodnosząc się z kucek. Po sekundzie dodaje, zdezorientowany: – Ale skąd ty…?
– Śmierdzi dymem już od wejścia – informuje go ojciec, gdy upewnia się, że wszyscy są cali i wreszcie się uspokaja. – Cześć – zwraca się do Elianne i podaje jej dłoń przez stolik kuchenny, uśmiechając się radośnie, co od razu sprawia, że trudno uwierzyć, że Kal jest jego synem (dostał już takie komentarze od co najmniej trzech osób, które miały szansę zapoznać się z jego ojcem).
– Dzień dobry – grzecznie odpowiada Elianne i wymienia uścisk dłoni z mężczyzną. Anthony siada naprzeciwko niej i siedzą tak w formacji dziwnego trójkąta, z Kalem kucającym przy piekarniku.
– Myślisz, że już? – pyta, zanim ktokolwiek zacznie mówić o pogodzie.
– O, tak, chyba tak – odpowiada Elianne, zerknąwszy na swój zegarek. Kal, jak oparzony, szybko wyłącza piekarnik i gwałtownie go otwiera, uchylając się przed buchającą ze środka parą, jakby ciasteczka mogły spalić się w ułamku sekundy.
Anthony i Elianne odbywają rozmowę typową dla ojca twojego chłopaka i dziewczyny twojego syna, w którą Kal wtrąca się parę razy, żeby bąknąć coś w stylu: „Tato, nie przesadzaj” albo „Przecież miałeś zachowywać się normalnie”. Czuje się trochę wyłączony z rozmowy, która z założenia miała odbyć się głównie pomiędzy Eli a jego ojcem, co przeszkadza mu dopiero teraz, gdy skubie jedno z ciasteczek, sztywno siedząc na krześle. Dopiero gdy Anthony mówi coś o zostawianiu dzieciaków samych sobie i byciu zawalonym pracą (niewiele brakuje do tego, żeby porozumiewawczo mrugnął do syna, za co pewnie zostałby potraktowany milczeniem przez co najmniej tydzień).
Dopiero gdy Kal wraz z Elianne praktycznie tobią się w miękkich poduchach na kanapie, chłopak choć trochę się rozluźnia. Pomijając to, że chciałby natychmiast zasnąć i obudzić się za jakiś tydzień, to czuje się całkiem nieźle.
– Przepraszam za niego.
– Bogowie, przecież nie musisz za nic przepraszać – śmieje się Eli i swoim dziwnym zwyczajem całuje go w policzek. Robi to zawsze, gdy Kal przeprasza za coś, za co według niej nie powinien, ale od zauważenia wzoru wciąż nie doszedł do pełnego zrozumienia celu tego gestu. – Było okej, nawet lepiej, niż się spodziewałam.
– Nie gadaj – prycha chłopak, któremu akurat nie przypadło do gustu siedzenie obok dwójki trajkoczących osób. – Rozmowa kleiła wam się lepiej, niż nam.
– Teraz to ty przesadzasz. – Gdyby Kal naprawdę był wredny, to teraz wskazałby na jej rumieniec. Na szczęście, dla niej akurat ma trochę litości.
– To chcesz może… Nie wiem, mój plan kończył się na ciasteczkach. – Ucieka wzrokiem za okno, bo nagle zdaje sobie sprawę z tego, że nie zrobił niczego, dzięki czemu ten dzień mógłby być dla Elianne choć trochę bardziej wyjątkowy, niż ich codzienność. Niepotrzebnie słuchał się Ezry i Mischy, mógł po prostu poczekać, aż to Eli coś wymyśli, bo pewnie by wymyśliła, albo żeby bogowie zainteresowali się nimi tak samo, jak zrobili to rok temu. Przeżyliby kolejne wspaniałe walentynki, o których nigdy nie będą rozmawiać, zresztą, o tych pewnie też już nigdy nie wspomną. Skończyło się jak każda rzecz, za którą zabierał się on, a zdecydowanie nie miał najmniejszej ochoty na jakąś moralizatorską pogawędkę na temat „nakładania na siebie zbyt wygórowanych oczekiwań” albo czegoś podobnego, dlatego bez większego zastanowienia odwraca się do Elianne. – Ej, jest taki fi-
Urywa w połowie propozycji, bo jego wzrok z twarzy dziewczyny zsuwa się na trzymane przez nią pudełeczko. Mruga, unosi wzrok na rozpromienioną minę Elianne i dopiero wtedy zdobywa się na pytanie:
– To są jakieś oświadczyny?
– Nie – obrusza się dziewczyna i wciska mu w dłonie pudełeczko. Kal ledwo rejestruje moment, gdy dołącza do niego jakiś liścik. – Wszystkiego najlepszego, z okazji urodzin i walentynek. Ten list… przeczytaj potem, okej?
Chłopak nie wie, co powiedzieć. Zwykłe „dziękuję” zawsze dziwnie układa się na jego języku, a inicjowanie przesadnych czułości w takich momentach zdecydowanie nie jest w jego stylu. Jednak zanim zdążył dokładnie przemyśleć wszystkie posiadane opcje, całuje ją.
Gdy ona się uśmiecha, nawet radośniej, niż zazwyczaj, on i tak nie wypowiada podziękowań.
Przygląda się idealnie pasującemu na jego palec pierścionkowi. Zastępuje tamten stary, od Floyda i Kal musi przyznać, że jest zdecydowanie ładniejszy. Kolor trochę go zaskoczył, bo nie trafiał w żaden z jego ulubionych, ale wedle odwiecznej zasady przyjmowania prezentów, nie zamierza narzekać.
– To. Ten. Chcesz obejrzeć taki film? – Kal kończy urwaną myśl, nie chcąc dłużej zastanawiać się nad tym, czy ma jeszcze jakoś zareagować, czy to było wystarczające (właśnie dlatego nienawidzi obchodzić urodzin).
– Jak mi powiesz, czy ci się podoba.
– No, tak. Myślałem, że to jasne – mamrocze, szukając na półce z płytkami „Fantastycznego Pana Lisa” (jego ojciec kategorycznie odmawiał wykupienia Netflixa, HBO, Disney+ i ogólnie czegokolwiek, co wymagałoby internetu do działania). – To mój ulubiony film – wraca do tematu utrzymywanego wyłącznie przez niego, a Elianne najwyraźniej się poddaje i przygląda się, jak Kal wkłada płytę do odtwarzacza. – Oglądałaś już?
– Nie… chyba nie. Przynajmniej nie kojarzę.
– A chcesz obejrzeć? – pyta, przypomniwszy sobie, że przecież mu nie odpowiedziała, a przynajmniej nie odpowiedziała wprost.
– Jeśli mi powiesz, czemu go tak lubisz – odpowiada Elianne, ewidentnie się z niego śmiejąc.
Wzdycha cierpiętniczo i jej mówi. Ma dużo powodów. Ładna animacja poklatkowa, interesująca fabuła, lubialne postaci. Opowiadana historia, jakieś pokonywanie lęków i ograniczeń (w tym momencie każe jej nie uśmiechać się tak, jakby chwalił świnkę Peppę). Ostatecznie dochodzi do tego, że to dlatego, bo ta głupia bajka opowiada o kimś, kto nie pasuje do innych, kto chciałby być kimś innym, kto nie potrafi porzucić swoich ambicji i zainteresowań, do których kompletnie się nie nadaje.
– Mischa też chce cię kiedyś spotkać – informuje ją Kal, gdy dziewczyna już prawie stoi na klatce schodowej. – Ezra w sumie też.
– To czemu ich nie zaprosiłeś?
– Bo to chyba byłoby trochę za dużo, jak na jeden dzień. – Gdy nie czuje, że Elianne podziela jego zdanie, musi przyznać, że trochę go to boli. – Dla mnie byłoby za dużo, więc pomyślałem… Przepraszam?
– Już trudno – Eli wzrusza ramionami, ale Kal wie, że zwyczajnie nie mówi mu o tym, jak jest rozczarowana.
– Okej. To cześć – rzuca tylko i ledwo doczekawszy się cichej odpowiedzi, zatrzaskuje drzwi, bo nie wytrzymałby tam ani chwili dłużej bez kolejnego przepraszania.
Koniec końców dziękuje Elianne za to, że nie kazała mu się odprowadzać (nawet jeśli jego ojciec uznaje to za skrajnie niekulturalne dla młodego mężczyzny).
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz