„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”.
Walentynki nigdy nie były dla Lynn jakimś szczególnym dniem. Nie, żeby nigdy nie wzdychała za jakimś legionistą czy legionistką, jednak zawsze na przeszkodzie stawała nauka, kompleksy, i zdroworozsądkowe odkładanie związków na później, kiedy już będzie ustabilizowana, najlepiej z pracą i sznureczkiem tytułów z nią związanych. Parę imprez walentynkowych, na których była, spędziła ściskając kubeczek w kącie.
Jednak Nalin lubił to święto. Do któregoś momentu zawsze budził ją rano, zawsze zaskakując ją jakimś prezentem czy miłym słowem. Nawet w ostatnich latach ich wspólnego życia starał się podtrzymywać tę tradycję, chyba żeby poczuć się lepiej, znaleźć jakąś nieszkodliwą dla akademickiego sukcesu odskocznię od codzienności. Tym bardziej czułe były te ostatnie podarunki, nawet jeśli było to tylko serduszko na kartce, które narysował pewnie na kolanie, Lynn czuła od niego taką miłość, że bazgrolik stawał dla niej droższy niż wszystko, co posiadała. A może jej się wydawało. Może obaj siebie oszukiwali. Może Nalin traktował tę tradycję również jako element rutyny, razem z budzikiem, wykreślaniem zrobionych zadań w kalendarzu i zaznaczaniu w agresywne kółko czerwonym markerem tych, których nie udało mu się zrobić na koniec dnia. Może mimochodem kupował czekoladki w drodze z zajęć. Może pozbywał się niechcianych prezentów od tajemniczych adoratorek. Nie brakowało ich przecież — Nalin wyglądał jak lustrzane odbicie Lynn i z jakiegoś powodu przez jego milczenie i odizolowanie się od otaczających go ludzi był odbierany jako tajemniczy, seksowny melancholik — nie jak jego siostra, która była dla wszystkich cichą dziwaczką.
Wolała jednak wyobrażać sobie, że w całym tym chaosie, jaki towarzyszył kresowi ich czasu razem, Walentynki były jednym z niezmiennych wydarzeń, które cyklicznie, na powrót ich zbliżało. Znikał chłód, traciły znaczenie niewypowiedziane słowa, liczyło się to parę sekund radosnego uśmiechu, zanim któreś z nich odchrząknęło, że musi się szykować na zajęcia albo powtórzyć słówka. Chciała wierzyć, że trzymał te wszystkie momenty w sercu tak jak ona. Miała nadzieję, że w swoich ostatnich chwilach przypomniał sobie chociaż parę. Że umiliły mu cierpienie, zanim wszystko rozpłynęło się w nicość. Może, gdyby ona również starałaby się, żeby uczynić te dni specjalnymi, wspomnienia byłyby żywsze, może powstrzymałyby tę kroplę, która przelała czarę smutku Nalina.
Dziś również były walentynki, tak samo jak owe lata temu. Jednak nie obudził jej łagodny głos jej brata, ale walenie w drzwi. Zaspana wygramoliła się z pościeli, żeby spojrzeć przez wizjer — jakiś kurier. Przecież nic nie zamawiała ani nic nikt do niej nie wysłał. Biedny chłopak, taki kawał drogi zajechał na nic.
— Kwiaty dla pani! — powitał ją z uśmiechem, ignorując jej zapewne koszmarny wygląd o tak wczesnej porze. Wyglądał tak miło, że Lynn zrobiło się szkoda, że zaraz go odprawi i każe mu szukać właściwego adresata owego bukietu.
— Nic nie zamawiałam…
— Jestem pewien, proszę spojrzeć — pokazał Lynn karteczkę przytwierdzoną do wstążki. Przetarła jeszcze zamglone oczy. Chyba jej nie myliły. Ale coś było zdecydowanie nie tak.
— Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres — protestowała dalej. Odwróciła jednak karteczkę — gdzie pewnie widniało imię właściwego adresata, żeby pokazać kurierowi, że jest pewna na sto procent. — Widzi pan? — westchnęła. — To nie... Och.
„Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek, siostrzyczko”.
[505 słów: Lynn otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 20 PD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz