niedziela, 8 lutego 2026

Od Ishy CD Raine — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

Chciała tylko coś szybko zjeść po pracy - pracy, w której nie miała nawet pięciu minut, żeby usiąść na dupie i złapać oddech. A tu nagle jakiś śmierdzący wieprz się spawnuje i próbuje zapierdolić jej jej własność. Nie miała ochoty na konfrontację. A już tym bardziej nie z jakimś stworem, który najwyraźniej uznał, że uprzykrzanie im życia to jego dzisiejsza misja.
— Oddaj to kurwa, mówię do ciebie, przyjebie.
Kątem oka dostrzegła pusty słoik z krzywym, ręcznie pisanym napisem „Zbieram na atlas grzybów”. Stał nieco z boku lady, jakby ktoś go tam odstawił w pośpiechu albo ze wstydem. Nim jakiekolwiek racjonalne myśli zdołały do niej dotrzeć, nim zdrowy rozsądek zdążył zapukać do drzwi, już miała go w dłoni. Ramiona same napięły się do rzutu, mięśnie zareagowały szybciej niż mózg.
Celowała prosto w pysk stwora.
Trzask tłuczonego szkła rozdarł powietrze stacji benzynowej, odbijając się echem od plastikowych ścian i metalowych półek. Isha zaklnęła szpetnie, cofając dłoń - większy kawałek szkła wbił się w skórę pod wpływem siły odprysku. Krew natychmiast zaczęła sączyć się cienką strużką, ciepłą i lepką.
— Ja pierdolę…
Zacisnęła zęby i bez ceregieli wyciągnęła odłamek, sycząc cicho pod nosem. Bolało, ale nie na tyle, żeby robić z tego scenę. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
Przynajmniej odzyskała swój portfel.
W triceratopsy.
I to te świecące w ciemności.
Wypuściła powietrze zalegające w płucach z cichym, przeciągłym świstem. Ramiona opadły jej minimalnie, nareszcie emocje zaczęły z niej opadać. Serce wciąż waliło jej w piersi jak oszalałe, puls dudnił w skroniach. Ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna dawka stresu, a przecież, według pani doktor, powinna go ograniczać do absolutnego minimum.
Ciekawe, kurwa, jakim cudem miała to zrobić, skoro pracowała z bandą tłuków o IQ marchewki, a na każdym kroku mogło wyskoczyć jakieś paskudztwo marzące o shish kebabie z półboga. Świat najwyraźniej nie dostał notatki od jej kardiolożki.
Sięgnęła po portfel i wyciągnęła z niego dwa banknoty, zmiętoszone i zmęczone życiem niemal tak samo jak ona. Papier był ciepły od jej dłoni, lekko śmierdzący, jak każde pieniądze zresztą.
— Weź mi daj jeszcze Camele żółte. Bez filtra — rzuciła, nie podnosząc wzroku.
A miałaś nie palić mamrotała w myślach.
No cóż. Dobre nawyki poszły jak psu w dupę.
— Kurw… jeszcze zapalniczkę — bąknęła po chwili, wysypując z portfela kolejne monety na ladę. Metaliczny brzęk uderzył ją w głowę niczym irytujący dzwonek alarmowy. Czuła się jak żulica-menelia szukająca drobnych na flaszkę amareny, żeby jakoś przetrwać ten dzień bez trzęsących się dłoni i suchego gardła.
Zawahała się sekundę, po czym dorzuciła jeszcze jeden banknot.
— A to za słoik na napiwki.
Położyła go na ladzie w niemym geście przeprosin, po czym cofnęła dłoń, jakby bała się, że jeśli zostanie tu choć chwilę dłużej, coś jeszcze pójdzie nie tak.

Zmarszczyła brwi zdegustowana, grzebiąc łyżką w talerzu, jakby była pięciolatkiem, którego rodzice na siłę posadzili przy stole i kazali zjeść jałową, rozgotowaną brukselkę. Bulion chlupotał leniwie, a ona mieszała go bez przekonania, rozbijając na kawałki coś, co miało udawać grzyby, a najpewniej było kawałkiem ziemniaka.
Jakim cudem w ogóle zgodziła się iść z obcym na zupę?
Cholera wie.
Może dlatego, że to ona wybierała miejsce. A może dlatego, że skoro poznała normalnego półboga (takiego, który nie mdlał, wpadając na nią co pięć minut, ani nie wciągał jej w jakieś dzikie gówno), to uznała, że warto spróbować. Może faktycznie należało otworzyć się na nowe znajomości. Opuścić te wszystkie ściany uprzedzeń, czy tam inne dyrdymały, o których jej terapeutka potrafiła gadać całymi sesjami.
— To miała być grzybowa — fuknęła z wyrzutem, wyławiając z zupy połówkę pieczarki i kilka nitek makaronu. Najpewniej tagliatelle. Cholernie rozgotowanego tagliatelle, który bardziej przypominał tasiemca, jak makaron. — Jakbym chciała jeść pieczarkową, to bym zamówiła pieczarkową. Gdzie są prawdziwki? Podgrzybki? Już mogą być nawet borowiki, no ale nie, kurwa, pieczarki.
Czy wystarczająco dobrze zakomunikowała, że nie lubi, nienawidzi, pieczarek?
Unosiła zdobycz na łyżce, jakby prezentowała dowód zbrodni. Pieczarka była szaro-blada, gumowata i absolutnie pozbawiona jakiegokolwiek aspektu, który zachęcałby do zjedzenia jej.
Jakby tego było mało, całość była zaciągnięta nie lekką śmietanką, tylko mieszanką mąki i śmietany. I to tej trzydziestosześcio procentowej. Ciężkiej, tłustej, oblepiającej podniebienie jak zaprawa murarska wymieszana przez pijanego wujasa, który robił remont „po kosztach”.
— Zrobiłabym lepszą — skrzywiła się, odkładając łyżkę na bok z cichym brzękiem. — I to za pół tej horrendalnej, złodziejskiej ceny.
Oparła się o krzesło, krzyżując ramiona na piersi w jednoznacznym geście kapitulacji. Nie ma opcji, że ruszy te rzygi szatana.
Raine obruszył się natychmiast, jakby do jego uszu dotarł najgorszy slur świata, prawdziwe oszczerstwo obrażające nie tylko kuchnię tego lokalu, ale też osobiście ukochane grzyby.
— Nawet porządnie nie spróbowałaś — rzucił z wyrzutem, patrząc na jej talerz z autentycznym smutkiem, jakby właśnie obraziła jego osobistego bożka, któremu postawił niedawno kapliczkę. Przez chwilę milczał, ważąc słowa, po czym westchnął cicho i pochylił się nad stołem.
— No dobra… — zaczął ostrożnie. — Znaczy, jasne. Podgrzybki są lepsze. Tu się zgadzamy. Zawsze były, zawsze będą. Mają aromat, charakter, teksturę… pieczarka to przy nich taki… — zawahał się, szukając słowa.
— …grzybowy chleb tostowy. Albo jak porównać craftowego burgera do tego z mcdonalda, którego jesz na kacu szybko…
Uniósł palec, jakby miał wygłosić wykład życia, który miał odmienić światopogląd Ishy w sekund pięć. Niedoczekanie chyba.
— Ale to nie znaczy, że są złe!! Po prostu… inne. Dla mnie wszystkie grzyby są zajebiste. Tylko niektóre bardziej, niektóre mniej. ALE! Wszystkim należy się szacunek.
Entuzjazm w jego głosie przygasł odrobinę, gdy spojrzał z powrotem na nieruszoną zupę. Przez sekundę wyglądał jak ktoś, kto próbuje pogodzić się z trudną prawdą. Isha nic nie mówiła, może dlatego, że nie chciała przerywać nowemu koledze, bo czuła, że ten jeszcze nie skończył a może dlatego, że zwyczajnie nie wiedziała, co powiedzieć.
— Nie bardzo rozumiem, jak można nie lubić konkretnego grzyba — dodał ciszej, już mniej pewnie. — No bo to dalej grzyb. A grzyby są super.
— Są, jednak nie pieczarki. Pieczarki są paskudne.
Przesunął miskę minimalnie w jej stronę, jakby próbując ją zachęcić.
— No zjedz — urwał na sekundę. — Przecież już przed tobą stoi.
Zawahał się, po czym spróbował jeszcze raz, głosem miększym, prawie błagalnym.
— No weź…
— Nie.
Spojrzał na nią spod brwi, a kiedy nadal nie sięgała po łyżkę, westchnął dramatycznie. Jakby właśnie zawiodła nie jego, tylko wszystkie grzyby świata.


Raine?
────
[1016 słów: Isha otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz