Lato, w końcu lato! - tak cieszyła się Wanda, a z nią i Philip — lato oznaczało dłuższe wieczory, pikniki, truskawki maczane w roztopionej czekoladzie — pyszny sposób na korzystanie z coraz wyższych temperatur. Jeśli chodzi o czekoladę, opalanie się czy siedzenie w cieniu — tu słońce nie stanowiło aż takiego problemu. Gorzej było na przykład ze stajnią, jak dziś rano przekonała się Philip. O świcie — coś koło czwartej, wstała i ubrała się, ruszyła w kierunku stajni, na krótką przejażdżkę z Juanem. Wracając jakiś czas później, odrzucił ją smród — kiedy budynek zaczął bardziej się nagrzewać razem ze wznoszącym się ponad horyzont słońcem, zapach stawał się coraz bardziej intensywny. Tak być nie może, stajnia musi być natychmiast posprzątana.
Już to rano popsuło jej nastrój, nie mówiąc już o tej okropnej, domorosłej pokrace chemika. Myślała, że skoro jakiś czas temu trafił na obserwację w ambulatorium, trochę przystopuje — ale najwyraźniej nic nie stłamsi w nim ducha odkrywcy i poszukiwacza nowych doznań. Bogowie, niech ten dzień się już skończy. Do otumanionych nieco snem i zapewne toksycznym dymem legionistów wykrzyczała polecenia na dziś, i myślała, że po kłopocie, może iść po zimny kompres na pękającą od złości i gorąca głowę, ale nie — właśnie, kiedy skończyła jeść śniadanie, załatwiła zaledwie połowę najpilniejszych spraw i dowiedziała się o kolejnych dziesiątkach takich, i była wolna choć na ułamek chwili — jakiś karzełek w kołtunach zastąpił jej drogę. Na szczęście szybko wykrztusił — wykrztusiła, Philip po chwili rozpoznała w zmęczonej i sponiewieranej istocie Kuźmę Grzegorczyk, swoją legionistkę — z siebie problem, z którym przyszła, bez zbędnych przeprosin, tytułów i innych pierdół słowem wstępu. Tyle z plusów.
– Czemu? – zapytała, choć nie ciekawił ją wcale powód, dla którego ktoś nie chciał wykonać jej polecenie. Coraz bardziej miękcy robią się ci legioniści, ona nawet nie pomyślałaby o wypowiedzeniu takich słów, jakie teraz usłyszała! Pamięta jeszcze czasy, kiedy to małe dziecko nosiło tabliczkę in probatio… matko, z czym do ludzi…
– One się mnie boją. Z jakąś pomocą dam radę, jakby, w sensie, żeby ktoś uspokajał konie…
– Kiedyś posprzątałaś sama.
– Twoja dziewczyna mi wtedy pomogła.
O czym ona gada? Philip z trudem wysiliła bolącą głowę, i faktycznie — przypomniała sobie podobną sytuację. Wanda opowiadała jej o dziewczynce, której bały się konie.
Nie była to całkowita subordynacja, jedynie jakieś dziwne, niezrozumiałe dla niej wymagania. No ale stajnia ma być posprzątana. Nie zmusi Kuźmy do tego, skoro faktycznie istniały przeszkody na drodze do właściwego wykonania zadania, znajdzie jej jakiegoś chwilowo nieużytecznego legionistę i sprawa załatwiona.
Tylko że — kiedy się rozejrzała się dookoła — nikogo nie było w zasięgu wzroku. Wyjęła z kieszeni pomiętą listę zadań i policzyła nazwiska — wszyscy coś robili. Przeklęty Ricky Haru i jego eksperymenty, tak by na pewno kogoś znalazła.
– Cóż, w takim razie – westchnęła zrezygnowana Philip – to ja ci potowarzyszę. Tylko najpierw muszę coś zrobić z tym koszmarnym bólem głowy. Nie ma chwili do stracenia.
────
[464 słowa: Philip otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz