„To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie.”
Kelner odprowadził kochanków do drzwi. Pan, który przed chwilą został wrobiony w zdradzanie swojej partnerki, dalej próbował wytłumaczyć kobiecie, że to nie porozumienie, a smarkacz, który powiedział coś takiego, będzie spowiadał się przed policją; próbował nawet wykręcić numer po służby, ale Anderson wyrwała mężczyźnie telefon z dłoni, krzycząc na niego i nazywając skończonym dupkiem.
Dopiero po pięciu minutach, kiedy Lucien stwierdził, że zagrożenie zniknęło, wrócił spojrzeniem do karty menu. Chciał raz jeszcze spojrzeń na dania, które zamówiło Arnar. Nie znał się przecież na tej kuchni (czy kuchnia dla bogatych ma jakąś osobną nazwę?) i był skonfundowany nazwami potraw.
— Oddajcie mi dokumenty. — Pan Lawlient wyrósł przed nimi jak potwór w strasznie słabym horrorze. Był cały czerwony na twarzy. Lucien bał się, że mężczyzna zaraz nie wytrzyma i ich pobije. — Nie chcecie problemów, prawda? Ja też ich nie chcę. — Patrzył raz to na Arnar, raz to na Luciena. — Oddajcie nasze portfele, a się nie doigracie. Mogę zaraz zadzwonić na policję.
— Słyszał pan przecież, że to pomyłka — zaczął z udawanym spokojem Lucien. Czuł się wyjątkowo niekomfortowo w roli aktora, ale geny ojca jakoś pomagały mu zapanować nad nerwami. — Może pomylili państwo restauracje, hm? Tak czasem bywa. — Uniósł brwi i uśmiechnął się delikatnie, chcąc sprawić wrażenie pewnego siebie.
Mężczyzna uderzył dłonią o stół. Dyszał jak stary wieprz. Pewnie jak zaraz się nie uspokoi, to ten napięty guzik w jego marynarce wystrzeli prosto w twarz Luciena i wybije mu zęba.
— Nie mam na to czasu, rozumiecie? Nie mam!
Arnar otwierało już usta, by wtrącić swoje trzy grosze. Lucien zareagował szybciej, przy okazji strzelając ostrzegawczym spojrzeniem. W końcu on miał udawać aktora i to on chciał pozbyć się tego nachalnego gbura, który za chwilę zrobi im krzywdę, jeśli nie wybrnie z sytuacji.
— Proszę pana, psuje nam pan bardzo ważny wieczór — westchnął ostentacyjnie Lucien. — Widzi pan, dzisiaj wypada nasza rocznica. Tak romantycznie. W same walentynki… — Musnął palcami leżącą na stoliku dłoń Arnar. — Mógłby pan się odsunąć? Za chwilę przyjdą nasze zamówienia i…
Taylorowi puściły nerwy. Chwycił za marynarkę Luciena i pociągnął go do siebie (co nie było szczególnie trudne, zważywszy na to, że Lucien był naprawdę drobną osobą). Potrząsnął nim kilka razy i w tym szale wściekłości z kieszeni chłopaka wypadł plastikowy dokument.
Lucien wyrwał się z uścisku mężczyzny, ale nim zdążył się schylić, by podnieść „swoją” własność, Lawlient Taylor trzymał już w dłoni plastikowy dokument. Najpierw groźnie zmarszczył brwi, a potem z ulgą odetchnął. Przestał nawet zwracać uwagę na Arnar i Luciena — miał w końcu dokument potwierdzający, że on to on, a dwójka smarkaczy próbowała wykopać go z drogiej restauracji.
— Kurwa — przeklął Lucien.
Lawlient Taylor poszedł najpierw po partnerkę, a potem zaczepił kelnera, który całe zamieszanie oglądał z bezpiecznej odległości. Lucien patrzył na żywą rozmowę całej trójki i w głowie próbował wymyślić odpowiednią wymówkę; ale co wymówka mogłaby zmienić w takich okolicznościach?
— Wyciągaj winorośla. — Arnar poderwało się z siedzenia.
— Co?
— Zaraz przyniosą nam jedzenie. Nie chcę, żeby popsuli nam randkę, okej?
Lucien nie rzucił nawet żadnym „ale”, jak to miał w zwyczaju, tylko przycisnął dłoń do zimnej podłogi i poprosił w myślach młode pędy, by zaczęły rosnąć tu i teraz. Nie musiał nawet długo czekać, bo pierwsze pnącze zdążyło przesunąć się po podłodze i owinąć najpierw wokół nóg Lawlienta Taylora, następnie wokół smukłych nóg partnerki wściekłego mężczyzny, a na koniec zacisnęło się wokół stóp kelnera.
Lucien poprosił (zawsze zwracał się do winorośli w ten sposób), by zaciągnęły trójkę uwiązanych w stronę toalet.
— Teraz — szepnął do Arnar, które wykorzystało własne zdolności i w mgnieniu oka podbiegł (a tak naprawdę poleciał) w stronę trójki, która zaczęła się szamotać.
Złapał ich i wrzucił do restauracyjnej toalety dla kobiet.
— Wiąż ich.
Lucien przywołał kolejne pnącze, które złączyło trójkę ludzi ze sobą. Udało mu się nawet zacisnąć pędy wokół ich ust, by zapobiec ewentualnemu rozpaczliwemu wołaniu o pomoc.
— Co my robimy? — Spojrzał na Arnar, które teraz triumfalnie pokazywało uwiązanym środkowy palec. — Co jak ktoś będzie chciał skorzystać z toalety?
— Spokojnie, spokojnie.
Luciena zaczął ogarniać niepokój. Za każdym razem, gdy Arnar mówiło mu, by był spokojny, to działy się naprawdę złe rzeczy. Stał się może trochę zbyt podejrzany.
— Właśnie związaliśmy trójkę ludzi bo tak.
— Nie „bo tak”, tylko dlatego, bo było trzeba. — Uśmiechnęło się. — Zaraz jakąś kartkę wywieszę, że nieczynne.
— Skąd weźmiesz kartkę?
— Z kieszeni?
Sięgnęło dłonią do głębokiej kieszeni spodni (naprawdę głębokiej) i wyciągnęło trochę pogniecioną, czystą kartkę. Znalazło nawet marker (dlaczego nosiło marker w kieszeni spodni garniturowych pozostawało tajemnicą) i koślawymi literami napisało: NIE CCZYNNE! WODA SIĘ WYLIEWA! Olało też narzekanie Luciena, że robi straszne błędy.
Dumne z siebie herosiątko wyszło przed drzwi i przywiesiło kartkę na dwa skrawki przezroczystej taśmy klejącej, którą — tak, to też — wygrzebało z kieszeni.
Lucienowi nawet nie chciało się komentować, że kartka wisi strasznie krzywo i że najprawdopodobniej zaraz odpadnie.
Ich pierwsze dania przyszły niecałe dziesięć minut później. Pachniały… wybitnie. Lucienowi pociekła ślinka na sam wygląd jedzenia. Samo podanie było już nieziemskie, a to przecież dopiero początek, bo nie zdążył nawet spróbować swojego steka.
— Cieszę się, że tutaj jesteśmy — zaczęło Arnar.
— No, trochę przy okazji zniszczyliśmy komuś wieczór i…
Arnar pochyliło się nad stołem i przyłożyło palec wskazujący do ust Luciena.
— Shhhh… nikomu nic nie psujemy. To się nazywa wymiana.
— W takim razie daj mi spróbować swojego. — Spróbował wbić widelec w jedzenie Arnar, ale tamto szybciutko odsunęło talerz, uciekając przed sztućcem. — To się nazywa wymiana, Arnar.
— Ale… daj mi spróbować najpierw, okej?
Lucien przewrócił oczami, ale pozwolił Arnarowi pierwszejmu ugryźć meksykańskiego pierożka (straszny misz-masz kuchni tutaj mieli).
— Smakuje trochę jak burrito — oceniło.
— To meksykańskie jedzenie, jak inaczej niby miało to smakować?
— To co mówisz jest rasistowskie.
— Jakie są jeszcze inne smaki meksykańskiej kuchni, hm? — Zaczął kroić swojego steka. Nóż ledwo ledwo dawał sobie radę z takim rodzajem mięsa.
— Guacamole na przykład.
— Guacamole też masz w burrito. Wszystko sprowadza się do burrito — odpowiedział pomiędzy kolejnymi kęsami. Może mięso wyglądało na twarde i gumowate, ale w ustach rozpływało się jak wata cukrowa.
— Nieprawda! — zaprzeczyło. — Po pierwsze, guacamole może być w formie dipu.
— Aha.
— No? Możesz w tym maczać takiego pierożka.
— No to czemu nie maczasz?
— Nie mam guacamole. Chyba nie było w zestawie.
Arnar widocznie posmutniało z tego faktu. Położyło widelec i sięgnęło po menu, żeby sprawdzić, czy restauracja sprzedaje guacamole oddzielnie i czy może sobie zamówić.
— Nie sprzedają guacamole. A się nazywają taką świetną i wykwintną restauracją.
— Scam — skwitował Lucien. — Dobrze, że jednak jemy tu za nieswoje pieniądze.
Zaśmiali się razem z tego podsumowania ich obecności tutaj. Portfel pana Lawlienta wciąż miał w sobie pełno dolarów (kto w tych czasach nosi przy sobie tyle gotówki?), a portfel pani Anderson skrywał kilka kart kredytowych (kto nosi tyle kart kredytowych?).
Po chwili zjawił się inny kelner, który zapytał, czy chcą zamówić coś jeszcze, na co Lucien odpowiedział, że z chęcią, a Arnar zaczęło dopytywać o to nieszczęsne guacamole. Jak się okazało, guacamole mogą zrobić oddzielnie specjalnie na życzenie klienta, na co oczywiście herosiątko się zgodziło. Lucien natomiast zamówił dla nich kilka mniejszych pozycji, żeby spróbować innych dziwactw, które restauracja miała w swojej ofercie.
— Co zamówiłeś?
— To niespodzianka — odpowiedział z dumą, bo przecież nie mógłby być z niczego tak bardzo dumny, jak nie z tego, że zamówił właśnie miskę ślimaków. — Uwierz mi, spodoba ci się.
Arnar zaufało i pożałowało bardzo szybko, kiedy na ich stole kelner postawił talerzyk z muszelkami ślimaków.
— No co? — spytał, widząc niepewność na twarzy Arnara (a raczej obrzydzenie, ale wolał sobie wmawiać, że to tylko niepewność). — To jest jedzenie, które jedzą bogaci ludzie.
— To ja jednak nie chcę być bogate.
— Spróbuj chociaż — zachęcał. — Jeden gryz.
Arnar skrzyżowało ręce na piersi i pokręciło głową.
— Mój limit to ślimak.
— Zrób to dla mnieee — zajęczał. — Jeden ślimak i po sprawie, okej?
Lucien nie był zbyt zachęcający. Tak samo, jak nie był, kiedy odgrywał aktora przed parą kochanków.
— No dalej… — Wyciągnął ślimaka z muszelki specjalnym widelczykiem i podsunął dziwactwo pod nos Arnar. — Powiedz AAAAA…. za mamusię, za tatusia, za twoje karty…
Widelec podjeżdżał coraz bliżej ust Arnar. Dotykał już prawie jeno warg. Pewnie, gdyby Arnar nie zauważyło dwójki ludzim kręcących się przed toaletą dla kobiet, zmuszone zostałoby do spróbowania glutowatego mięsa.
— Poczekaj.
— No co znowu…
— Ktoś się tam kręci, widzisz?
Lucien się odwrócił. Dwójka mężczyzn. Jeden z nich wszedł do łazienki. Oznaczało to tylko jedno — zawieszona przez półbogów kartka spadła, a ktoś z obsługi usłyszał niepokojące odgłosy i poszedł to sprawdzić. Mogli zaraz zostać skończeni.
— Jeśli zadzwonili po policję — zaczął martwić się Lucien — to będziemy mieć kłopoty. Nie chcę iść do więzienia.
Arnar wybuchnęłoby głośnym śmiechem, gdyby nie to, że siedzieli w restauracji, w której panowała tak gęsta atmosfera, że można by ją pociąć nożem na kawałeczki.
— Nikt nie pójdzie do więzienia. Spokojnie.
— Jak spokojnie?! — uniósł głos. — Ty myślisz, że ci ludzie są debilami? Zobaczyli pewnie związanych ludzi! Nikt z nich nie jest półbogiem, żeby wiedzieć, że to tylko winorośla.
Podszedł do nich kelner z kolejnymi daniami. Na stół powędrował półmisek z ostrygami, talerz z kałamarnicami, meksykańskie tacos i deska z włoskimi wędlinami.
— Myślisz, że tacosy mają guacamole? — Arnar przywłaszczyło sobie talerz z meksykańskim żarciem. — Mam nadzieję, że tak. Inaczej wystawię im opinię z jedną gwiazdką.
— Tacosy chyba nie mają guacamole.
Lucien wziął dla siebie półmisek ostryg. Kochał kuchnię śródziemnomorską i owoce morza (w przeciwieństwie do Arnar, jak się zdaje). Ostrygi mógłby wciągać nawet nosem, gdyby było to fizycznie możliwe.
— Jest guacamole! — Ucieszony Arnar przytknął Lucienowi jedno taco do ust. — Spróbuj! Szybko, żeby nie wyparowało.
Lucien wziął gryza. Poczuł tylko mielone mięso, kolendrę, która smakowała jak mydło i coś jeszcze, czego nie mógł już zidentyfikować przez psujący smak okropne mydlane zielsko.
— Tak, kochanie, jest guacamole. — Uśmiechnął się.
Tak naprawdę nie wyczuł guacamole. Czuł tylko mydło.
Byli przy ostatnim daniu, kiedy do restauracji weszli nieproszeni goście. Dwójka policjantów rozejrzała się po ludziach, po czym poszła w stronę kelnera, który na nich czekał.
— Przyszli — szepnął Lucien do Arnar. — Co robimy?
— Czekamy. Uciekniemy przy najbliżej okazji, ale teraz nie możemy się ruszyć.
Lucien więc czekał zestresowany do granic możliwości. Patrzył z uwagą, jak jeden z policjantów ze znudzeniem ogląda kartkę, którą Arnar przywiesił jakiś czas temu. Nie wyczytał z niej zbyt dużo, bo bardzo szybko oddał ją kelnerowi i wszedł do łazienek.
Lucien wgryzł się w czekoladowe ciastko. Na sam koniec zamówili desery, żeby jakoś podsumować ich wyjście.
— Co to ma być? Nie obchodzą mnie naćpani ludzie.
Policjant wycofał się, skinął głową do towarzysza i zaczął kierować się w stronę wyjścia.
— Ale… chwileczkę! — Kelner zatrzymał dwójkę śledczych. Miał tak błagalne spojrzenie, że jeszcze chwila, a padnie na kolana i zacznie lizać im buty. — To nieporozumienie! Nikt z naszych gości ani naszych pracowników nie bierze narkotyków! Oni zostali związani!
— Co pan bredzi? — warknął ze zniecierpliwieniem mundurowy. Odgarnął z twarzy dłuższe ciemne włosy. — Nikt z nich nie jest związany. Widział pan ich oczy? Całe czerwone od ćpania! Może pan też coś bierze, hm?
— Nie! O co tutaj chodzi?! Ta dwójka smarkaczy od początku zachowuje się podejrzanie! Proszę ich przepytać! — Wskazał na siedzących przy stoliku Luciena i Arnar.
Lucien od razu poczuł na sobie znerwicowane spojrzenie kelnera. Zrobiło mu się niedobrze. Nie chciał być przesłuchiwany przez policjantów.
— Jeśli panu tak na tym zależy, to dobrze, przesłucham ich.
Dzieciak Dinizosa złapał Arnar za dłoń. Chciał pociągnąć półboże do wyjścia, ale Arnar odtrącił jego rękę. Był zbyt zajęty dojadaniem swojego deseru.
— Rozumiem, że to o was chodzi?
Policjant stanął przed ich stolikiem.
— Nie, skądże — odpowiedział Arnar z uśmiechem. — Mieliśmy tutaj rezerwację.
— I związaliście dla zabawy trójkę przygłupów winoroślami. Rozumiem.
— Jakimi winoroślami? — zaśmiał się Lucien. — Nie wiemy nawet, że ktoś siedział w łazience.
Policjant westchnął. Nie miał humoru do takich głupich rozmów.
— W tym mieście nie mieszkają tylko zwykli ludzie. Musicie o tym pamiętać. — Poprawił zsuwające się z nosa okulary. — Wiem, co widziałem. Uwolnijcie ich, jak już stąd wyjdziecie. W raporcie wpiszę, że cała trójka brała narkotyki i zwariowała. Nie chce mi się tłumaczyć głupich żartów półbogów, jasne? Mam co robić po pracy.
Lucien nawet nie zdążył odpowiedzieć. Głos ugrzązł mu w gardle. Nie spodziewał się, że… jeden z policjantów okaże się półbogiem i jeszcze zachce im pomóc.
— Nic tu po nas! — krzyknął do kelnera. — W raporcie wpisuje, że cała trójka brała narkotyki. Do widzenia! Proszę więcej nie dzwonić.
Wyszedł razem ze swoim kolegą, który był równie zszokowany, co drugi kelner. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji.
— A co jeśli wpisał, że to wszystko wina półbogów? — zaczął Lucien, kiedy wyszli z restauracji. Przed samym wyjściem poluźnił ucisk winorośli, a na stoliku zostawił portfel z dokumentami. Nie potrzebował czyjegoś dowodu osobistego (w przeciwieństwie do Arnar, które wszystko ze sobą zabrało).
— Nikt w to nie uwierzy. — Wzruszyło ramionami. — Kto w tych czasach wierzy w mitologię grecką?
— Cóż… ja?
— Kochanie, ty jesteś półbogiem — zachichotało. — To oczywiste, że wierzysz w mitologię. Chodźmy, zaraz zrobi się zbyt ciemno i będziesz się bał wracać do domu.
— Nieprawda! — zaprzeczył, chociaż ostatnim razem, gdy wracali po zmierzchu, mocno ściskał dłoń Arnar, bo całą drogę miał paranoję, że zaraz napadnie na nich jakiś krwiożerczy potwór (w śmietniku siedziały tylko trzy szczury, które go wystraszyły). — Nie boję się ciemności.
Arnar nie dyskutowało. Lucien po tym wyjściu był już dość zestresowany.
♡
[2153 słowa: Lucien otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia + 20 PD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz