czwartek, 26 lutego 2026

Od Kuźmy — „7 minutes in bardzo brudna winda” – część 2 [walentynki]

Poprzednie opowiadanie

Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?

Windowa piosenka*

*Polecam włączyć, gdy Kuźma mówi: „Ja pierdolę” i wyłączyć dopiero, gdy wyjdą z windy, żeby dobrze wczuć się w przeżywane przez postacie cierpienie.

To nie pierwszy raz, gdy Kuźma ucieka się do niewygody transportu publicznego, uzasadniając to niekoniecznie efektywnym buntem przed prowadzeniem wygodnickiego trybu życia (żaden szanujący się heros nie nazwałby przechodzenia przez Labirynt Dedala „wygodnickim trybem życia”). Rano pluła sobie w brodę, bo wstała za późno, żeby zdążyć na jedyny kurs autobusu spod tunelu Caldecott, który, jak na złość, odjeżdżał stamtąd w stronę Piedmont Fields wyłącznie o ósmej trzydzieści siedem, od poniedziałku do piątku, nie licząc świąt i dni wolnych od szkoły. Zaspanie na autobus przybrawiło ją tylko o poranny pakiet przemium: parszywy humor oraz chęć zostania w łóżku na jeszcze pięć minutek i leżenie tak, ni to śpiąc, ni to będąc w pełni świadomą. Nie pomagało to, że na specjalnej karteczce, którą przypięła do ramy łóżka, wszystkie godziny kursów swojego drugiego ulubionego autobusu rozpisała bardzo malutkimi i bardzo gęsto postawionymi cyframi, których teraz nie mogła od siebie odróżnić i czuła się, jakby wpatrywała się w gąszcz wirujących mrówek. Gdy tak patrzyła na ten świstek papieru, wszystko skakało jej przed oczami bardziej przez niedobudzenie niż dysleksję, a jeśli już coś odszyfrowała, to jej mózg odmawiał przyjęcia i zakodowania informacji.
Wciąż czuje się niekoniecznie obudzona, a raczej w ogóle nieobudzona, gdy opiera się o ścianę windy i próbuje pokonać mgłę w mózgu, żeby dobić się do tego, o której odjedzie jej autobus (nie pamięta nic z tego, co wyczytała ze swojej notatki, a tym bardziej nie pamięta połowy drogi z Obozu na stację metra). Nagle, będąc chyba najbardziej niespodziewanym wydarzeniem w ciągu kuźmowego dnia, do windy wpada mała kometa w kształcie nastoletniego chłopaka. Rozpędzony intruz ledwo przeciska się między zamykającymi się drzwiami, które zszokowane aż się zatrzymują i, trochę zdezorientowane, ponownie otwierają. W metalowej klitce rozlega się ostry huk, gdy chłopakowi nie udaje się zatrzymać (albo buty poślizgnęły mu się na wypolerowanej posadzce) i prawie łamie sobie nos na panelu kontrolnym. Wszystko dzieje się w ciągu czasu potrzebnego na mrugnięcie, a na samym początku tych wydarzeń Kuźma była w trakcie opuszczania powiek, więc wiele nie zarejestrowała.
– NEODYM BIZMUT!!! – Ten wrzask budzi dziewczynę lepiej niż wszystkie alarmy, które kiedykolwiek nastawiła.
– Kurwa, czy ty jesteś jakiś popierdolony? – wymyka się z jej ust i nie żałuje tych słów nawet po tym, jak orientuje się, że mówi do swojego przyjaciela. – Ricky??
– Hejka – wita się z nią chłopak, który mimo odzyskania równowagi, wciąż opiera się o pięć guzików windy. – Przyszedłem, żeby, wiesz, tak sobie. Pochodzić razem po San Francisco i w ogóle.
Kuźma definitywnie stwierdza, że jeszcze się nie obudziła, a to część jej koszmaru. Wpatruje się w Ricky'ego z miną jeszcze bardziej zaskoczoną, niż gdy opowiedział jej o ołowianej trumnie na Marię Skłodowską-Curie. Dziewczyna próbuje ułożyć sobie to wszystko w głowie i zdecydować, czy bardziej szokuje ją nagłe pojawienie się Ricky'ego, czy to, że chłopak chce spędzić z nią czas tak bardzo, żeby ryzykując zatrzaśnięciem się w drzwiach windy, próbować do niej wskoczyć i nadążyć za ciągle uciekającą mu Kuźmą. Jej mózg zdecydowanie potrzebuje jakiejś naprawy od dzieciaków Wulkana, bo jego styki przepaliły się dobre parę godzin temu.
– Ty chcesz ze mną… w walentynki? – pyta nieskładnie, nagle odczuwając silną potrzebę ulotnienia się z windy, która wreszcie zamknęła swoje drzwi i teraz jedzie w górę, w akompaniamencie brzdąknięć gitary wypływających z głośniczka pod sufitem. – To jest chyba nielegalne, wiesz? A już na pewno nieakceptowalne społecznie.
– Co. Co ty mówisz w ogóle? – Ricky patrzy na nią tak, jakby to ona była tą bardziej zwariowaną. – Tak dobrze nam się szło po grzyby, to wiesz, pomyślałem sobie, że tak fajnie będzie przejść się gdzieś. Znowu. Czemu ty tak na mnie patrzysz, co ja zrobiłem?
– Ty mnie zapraszasz na randkę? – mówi to z takim poziomem zdegustowania i niedowierzenia, że każdy normalny adorator uciekłby z podkulonym ogonem, żeby stać w kącie przez co najmniej godzinę i przepraszać świat za popełnione grzechy.
– Nie??? – Kuźma odczuwa bezgraniczną ulgę i postanawia jeszcze nie cancelować Ricky'ego za próbę groomingu. – Przepraszam, ale… nie jesteś w moim typie.
– Aha? – Mimo że pomysł randki z nim bardziej ją przerażał niż fascynował, mówi to tonem osoby urażonej do żywego.
– Nie, że jesteś brzydka! – Od razu wzbrania się Ricky, podnosząc ramiona w poddańczym geście. – Ja po prostu… zawsze wyobrażałem sobie siebie z chemiczką u boku. Ewentualnie fizyczką albo biologistką, ale to ostateczność, jak się nie znajdzie jakaś fajna chemiczka.
– Ty to masz standar-
Winda przerywa Kuźmie w pół słowa. Wszystko chwieje się, jak podczas trzęsienia ziemi albo huraganu, dziewczyna traci grunt pod nogami i prawie łamie sobie palce, nie trafiając w uchwyt przymocowany do ściany. Próbując zamortyzować upadek jedną ręką, ląduje na ubrudzonej błotem podłodze i robi wszystko, co w jej mocy, żeby nie pocałować grudek ziemi.
Chwila strachu i po krzyku – oboje leżą na podłodze, ale są cali i zdrowi, a winda znowu wisi nawet prosto. Może lekko przechyla się w stronę, po której upadł Ricky, ale Kuźma ma ważniejsze sprawy na głowie, niż przejmowanie się czymś takim. Wspomagając się tłustym uchwytem, podnosi się do pionu i próbuje wytrzepać grudki błota z włosów i z ubrań, co nie kończy się dokładnie tak, jakby chciała. Widok brązowych smug na spodniach napawa ją mieszanką gniewu i smutku, bo akurat te dżinsy wróciły do niej z obozowej pralni zeszłego popołudnia. Podczas gdy jej dłonie giną w dawno nierozczesywanych kołtunach, Ricky przegląda wszystkie kieszenie, zapewne w poszukiwaniu rozbitych probówek czy innych zlewek. Jeżeli rozlałby tu napar z toksycznych grzybków, to Kuźma zabiłaby go, zanim oboje zdążyliby udusić się trującymi oparami.
– Żyjesz?! – woła do niej Ricky, podnosząc głos tak, jakby znajdowali się w dwóch różnych budynkach.
– Ta – mruczy Kuźma, porzucając wszelkie próby wygrzebania wilgotnego błota z włosów. – Ta winda chyba stanęła. – Wcześniej wznosiła się ledwo wyczuwalnym ruchem, ale stania w miejscu nie można pomylić nawet z najbardziej płynną jazdą. Brakuje tylko tego, żeby zgasły światła i oni spędzili całą wieczność w ciemnej puszce i dostali paranoi, bo zobaczyliby coś w mroku.
– O, rzeczywiście – przyznaje Ricky i rozgląda się po ścianach windy, jakby szukał dla nich natychmiastowego ratunku. Kuźma, nie ufając jego procesom myślowym i ich wynikom, wolałaby, żeby wcale żadnego ratunku nie szukał. – Ej, ten przycisk chyba wzywa serwis! – Wskazuje na jeden guzik na panelu kontrolnym, który ewidentnie krzyczy na nich niejasnym „ALARM”, które może oznaczać… cokolwiek autor miał na myśli. – Myślisz, że ktoś przyjdzie? Jakbym miał telefon, to bym do nich zadzwonił, ale mój ostatni spalił się, gdy robiłem jakieś eksperymenty z magnezem… albo to wtedy, gdy wybuchnął nam barak, całkiem niedawno. Nie wiem, bo w sumie to go nie używałem, mam ciekawsze rzeczy do roboty…
– Po prostu naciśnij – przerywa mu dziewczyna i Ricky natychmiast jej słucha, jak to już z nim zazwyczaj jest.
Nie dzieje się absolutnie nic, choć sama nie wiem, czego mogła się spodziewać. Nagłego odliczania do samodestrukcji? Głośnego alarmu, który huczałby gorzej, niż niejedna syrena? Kuźma patrzy w oczy Ricky'ego, który chyba też spodziewał się czegoś więcej. Na przykład tego, że dioda pod przyciskiem przynajmniej niemrawo zamruga.
– Nie działa. – Dziewczyna wzrusza ramionami, udając, że w ogóle jej to nie rusza. Bycie uwięzionym w windzie nie wywołuje w niej najmniejszego ułamka paniki, bo przecież ona, córka boga strachu, nie boi się niczego (oprócz paru rzeczy, których akurat nie ma w tym pomieszczeniu).
Kuźma nie potrafi powiedzieć, czy Ricky jest tak zaintrygowany guzikiem i klikaniem nim w rytm piosenki grającej tylko w jego głowie, ale chyba po raz pierwszy heroska jest w stanie doświadczyć ciszy, gdy chłopiec stoi obok. Spodziewałaby się, że zacząłby chociaż mówić o swoich wspaniałych pomysłach dotyczących wydostania ich z metalowej puszki, ale nie – milczy podobnie, jak w ambulatorium, gdy Cherry miała badać go pod kątem trujących grzybów zalegających w żołądku.
Gdyby dziewczyna przygotowałaby się na zostanie zamkniętą w windzie, to pewnie wyciągnęłaby z kieszeni krzyżówki i zajęłaby się sobą, zanim ktoś by ją uratował. Żaden śmiertelnik nie musiałby się przygotowywać na zostanie zamkniętym w windzie z zaprzyjaźnionym szalonym chemikiem, po prostu wyciągnąłby z kieszeni telefon i pograłby w jakieś Subway Surfers lub pasjansa, albo nawet lepiej, bo zadzwoniłby do kogoś, kto mógłby go z tej windy wyciągnąć. To, co aktualnie przeżywa Kuźma (bez telefonu, bez krzyżówek, bez głupiego zeszytu, żeby pograć w statki) brzmi jak scenariusz rodem z jej snów, ale w nich zazwyczaj przejawiał się motyw wiecznie otwartych drzwi, a nie zamkniętych. Nie narzekałaby na przerwanie tej monotonnej passy, bo prawie przestała się bać klamek naciskanych przez niewidoczne z jej perspektywy kreatury i nieprzyjemnego pisku powoli poruszanych zawiasów.
– Ja pierdolę – wymyka się wyrwanej z zamyślenia Kuźmie, gdy głośniczek windy przestaje wygrywać jakąś generyczną akustyczną piosenkę, na którą nawet nie zwracała wcześniej uwagi. Leciała sobie w tle, gdzieś z tyłu jej mózgu, stanowiąca najbardziej nijaki z nijakich podkładów muzycznych do podróży na ulice wspaniałego Oakland. Zmiana z podprzedniego brzęczenie dociera do Kuźmy dopiero, gdy po gitarowym wstępie pojawiają się pierwsze słowa.
I want to meet your madre, pay my respects to your padre, mi amor,
Bonita, bien lo sabes, y esa forma de mirarme en tus ojos…
Pomijając nudny podkład muzyczny, jeszcze nudniejszą linię melodyczną i dziwny tekst (Kuźmie wydaje się, że gdzieś w drugiej zwrotce śpiewają o cyckowej pułapce), to głos piosenkarza brzmi, jakby został wygenerowany przez sztuczną inteligencję albo został przez nią mocno przerobiony. Kuźma nie zna się na tym całym fenomenie AI, który jej koleżanki uważają za znacznie bardziej gorący i interesujący temat, niż rozsiewane po szkole plotki, co dla heroski jest ekstremalnie trudne do pojęcia. To, że nie zna się na komputerach jest wybaczalne, ale gdy nie ma pojęcia, kim jest ten cały „Chat GPT”, to każdy patrzy na nią, jakby urwała się z choinki. Po paru miesiącach domyśliła się wreszcie, że chodzi o jakiegoś internetowego korepetytora, który nagle stał się bardzo popularny i potrafi praktycznie wszystko oprócz matematyki, ale nauczyciele i tak wyzywają go za złe metody nauczania.
Skupiwszy się na muzyce (na zrozumieniu, czemu podmiot liryczny tak bardzo chce spotkać jej matkę i ojca), Kuźma dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że Ricky coś do niej mówi.
– Co? – mimowolnie wyrywa się z jej ust, zanim uświadomi sobie, że zrozumiała każde słowo chłopaka.
– Pytałem, czy masz śrubo-
– Nie mam – trochę za szybko odpowiada Kuźma, bo nie chce jej się czekać, aż Ricky dokończy zdanie. – Nie wiem, czemu w ogóle zakładałeś, że mogę mieć.
– Bo masz tę torbę i myślałem, że… nie wiem, co dokładnie myślałem – przyznaje i wzrusza ramionami. – Myślisz, że mógłbym odkręcić te śrubki monetą?
Kuźma unosi głowę, żeby spojrzeć tam, gdzie wskazuje Ricky. Na sufit. Potem z powrotem patrzy na chłopaka, który jest niewiele wyższy od niej, a to akurat nie jest największym osiągnięciem. Raczej mało kto jest od niej niższy, nie licząc dzieci chodzących do pierwszych klas podstawówki.
– Myślę, że nie sięgiesz sufitu.
– Jakbyś mnie podniosła…
– Ty się dobrze czujesz? – prycha dziewczyna, bo nawet nie chce sobie wyobrażać tego, jak ONA miałaby podnieść GO. Już pal licho podnieść, ale utrzymać na swoich ramionach? Bez upadania? Awykonalne.
– To może ja ciebie podniosę?
Pytanie Ricky'ego idealnie zgrywa się ze słowami piosenkarza, który śpiewa o robieniu ryzykownych rzeczy w domu. Gdy Kuźma już myśli, że utwór się skończył i jest wolna od słuchania o proszeniu jej o numer, gitarowy wstęp tego szajsu ponownie rozbrzmiewa, chyba jeszcze głośniej, niż wcześniej.
– Chyba na głowę upadłeś – mówi i puka się w czoło jak typowy ojciec, gdy zapyta się go, czy można pojechać na weekend do znajomych. – Po co ty w ogóle chcesz to odkręcać? – pyta i znowu Ricky patrzy na nią, jak zazwyczaj patrzy na osoby, które nie wiedzą, z jakiego kraju pochodziła Maria Skłodowska-Curie.
– A to nie logiczne?
– Nie.
– Wyjdziemy przez ten otwór na górę, a potem… potem coś się wymyśli, ale coś na pewno wymyślimy – radośnie tłumaczy Ricky, uśmiechając się promiennie.
– Tak robią tylko w komiksach o superbohaterach – stwierdza Kuźma. Prędzej spodziewałaby się, że chłopak będzie próbował wylać jakiś żrący kwas na podłogę, żeby wydostać ich dołem i liczyć na to, że jeszcze nie wjechali zbyt wysoko. Woli mu tego nie mówić, bo zna go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że akurat miałby coś wystarczająco toksycznego w kieszeniach, żeby wypalić nie tylko podłogę i ściany windy, ale również całe ich ciała i budynek. Albo przypadkiem pomyliłby fiolki i wystrzeliłby ich w powietrze.
Najchętniej oddałaby się rozpaczy, usiadłaby na tej uwalonej błotem podłodze, oparłaby się o tłustą od dziecięcych palców ścianę i spróbowała usnąć. Pewnie utrudniłby jej to ten obrzydliwy hiszpański, który wbija się w jej uszy i rozrywa jej nerwy na strzępy.
Zamiast usiąść, krąży wokół Ricky'ego, który samodzielnie próbuje dobrać się do upatrzonej płyty w suficie. Kuźma nie może patrzeć ani na niego, ani na ograniczające ją ściany, co jest nieco trudne, bo ogranicza ją to do wpatrywania się w obrzydliwe grudy szarego błota.
Ciekawe, ile już tu siedzą. Godzinę? Kilka godzin? Jest już wieczór? Wszystkie jej plany się rozsypały (nie miała planów, wykorzystywała wolny dzień od pracy w Obozie i nauki w szkole), od rana ma parszywy humor, chciała odpocząć od ludzi… Ma jeszcze gorszego pecha, niż zazwyczaj.
– A jakby tak-
– Ricky, daj spokój.
– Ale to jest serio dobry po-
– Mówię, żebyś, kurwa, dał spokój – powtarza, niepotrzebnie podnosząc głos. Wciska zaciśnięte pięści do kieszeni płaszcza i maszeruje po windzie szybciej, niż wcześniej, próbując skupić się na kiczeniu kroków. – Nieważne, co wymyślisz, to nas stąd nie wyciągniesz, zrozumiesz to wreszcie?
Przestaje patrzeć na Ricky'ego, przestaje w ogóle zwracać uwagę na cokolwiek, co związane z byciem zamkniętą w windzie. Nie potrzebuje rozwiązania, potrzebuje świętego spokoju, gorącego kakao i PRZERWY OD TEJ PIOSENKI. Wybucha, gdy po raz setny słyszy I see your body is like Coca-Cola i gdyby nie jakieś resztki jej umiejętności zachowania zimnej krwi, to oprócz wywrzeszczenia niecenzuralnych wyzwisk skierowanych do piosenkarza, próbowałaby roztrzaskać głośnik, posługując się tylko swoimi paznokciami i czołem. Wpatruje się w pulsującą od basów kratkę przy suficie z czystą nienawiścią, boleśnie zaciskając zęby. Próbuje nie myśleć o tym, czemu zaczęła krzyczeć.
– Hej, spokojnie? – Słyszy drżący głos Ricky'ego i zerka na niego tylko kątem oka, bo nie ma ochoty na ujrzenie jego przerażonej miny w całej okazałości. Wygląda jak wtedy w jaskini, przed wyczarowaniem różowych chmurek przez Kuźmę. Teraz co najwyżej wyhaluconowałaby mu jakiegoś Slendermana w kącie. Odwraca się do ściany i próbuje zmusić się do policzenia do dziesięciu, łudząc się, że to pomoże. Próbuje tylko przez to, że Ricky nigdy wcześniej nie bał się jej, tylko ciemności i badań w ambulatorium. Nie chciałaby dołączyć do tych lęków.
– Sorry – mamrocze wreszcie, a przy zdrowych zmysłach trzyma ją tylko wizja tego, że jeśli przesadzi, straci przyjaciela. – Poniosło mnie.
– Wiem – odpowiada Ricky i uśmiecha się do niej, jak na gust Kuźmy, zbyt radośnie. – Tak poza tym, to znowu jedziemy. Ale na dół.
– Co? – Nie wie, jakim cudem tego nie zauważyła. Chyba za bardzo wkręciła się w ignorowanie całego świata.
– Wiesz, porządnie mnie niestraszyłaś – śmieje się Ricky, gdy oboje wpatrują się w drzwi windy, które mają się zaraz otworzyć.
– Widać było – mruczy pod nosem i wbija wzrok w swoje buty. Słyszy, jak drzwi się rozsuwają i przez grzywkę dostrzega brzuchatego pana, który najwyraźniej ich stąd wyciągnął.
– No, dzieciaki, koniec jazdy, wysiada kazdy! – woła raźno i specjalnie sepleni. Jego radosny uśmiech nie maleje nawet, gdy Kuźma przechodzi tuż obok niego, prawie trącając go łokciem.
Z jakiegoś powodu, powietrze na stacji metra wydaje jej się dziwnie świeże. Nie chce o tym za dużo myśleć, bo szybko by oszalała.
– Gdzie teraz? – pyta Ricky, jak zawsze cały w skowronkach. W myślach, Kuźma znowu nazywa go wariatem, bo nie wyobraża sobie mieć tyle energii, ile on, zwłaszcza po tym, co przeżyli.
– Jadę do do… do mieszkania – zacina się w połowie i ma ochotę uderzyć się otwartą dłonią w czoło.
– Pojadę z tobą! – oznajmia, a nie prosi o pozwolenie, chłopak i mało brakuje, żeby zaczął prowadzić ją do celu.
– Jeśli kupisz mi kakao.
Parę minut później Kuźma dowiaduje się, że Ricky nie ma przy sobie złamanego grosza i za podły napój kakaopodobny (i tak smakuje lepiej niż gorąca czekolada Anastazego) musi zapłacić sama. Ogrzewa dłonie, oplatając je wokół papierowego kubka i tylko udaje, że słucha nieustającej paplaniny Ricky'ego, gdy razem stoją na przystanku. Autobus o numerze osiemdziesiąt osiem przyjeżdża szybciej, niż się tego spodziewała (to dużo powiedziane, ona po prostu nie ma pojęcia, która jest godzina, a nie ma zamiaru posuwać się do oceniania czasu za pomocą pozycji słońca na niebie) i gdy lokuje się na jednym z ostatnich wolnych siedzeń, nie zasypia tylko przez ciągłą gadaninę Ricky'ego nad swoim uchem. Kuźma ledwo pamięta o pilnowaniu przystanków i przesiadce do odpowiedniego pociągu metra, a gdy wreszcie wysiadają w San Francisco, to orientuje się, że wciąż ściska pusty kubek. Otrząsa się z sennego otumanienia, bo inaczej zapomniałaby, jak idzie się do mieszkania Gabriela i Anastazego.
– Na pewno chcesz ze mną iść? – pyta Ricky'ego, który właśnie próbował opowiedzieć jej o tym, jak Nikola Tesla kłócił się z Nicholasem Eddisonem i Kuźma nie ma pojęcia, czemu teraz opowiada jej o martwych fizykach.
– Tak! – entuzjazm w jego głosie jest niepokojąco duży. Na tyle, że można byłoby osądzić go o spożywanie substancji zabronionych i nie mowa tutaj o fioletowych grzybkach.

Kuźma otwiera drzwi bez pukania, wchodząc jak do siebie (co poniekąd jest prawdą). Rzuca torbę gdzieś w kąt i od razu zauważa, że drzwi do pokoju Anastazego są szeroko otwarte, podobnie jak okno. Jest to widok na tyle dziwny i niepodobny do syna Hefajstosa, że Kuźma nie może uwierzyć własnym oczom. Nawet jeśli Nastek dusiłby się w swojej jaskini, to nie uchyliłby okna nawet na centymetr, bo zrzuciłoby to całą górę gazet poukładanych w chwiejną piramidę na parapecie. Musi go nie być akurat teraz, gdy Kuźma chce poprosić go o zrobienie dla niej niewariującego przy niej telefonu (jest jedyną osobą, którą dziewczyna uznaje za kompetentną do podjęcia się tego zadania).
– Gdzie Anastazy? – pyta Gabriela, zanim chociaż ściągnie buty.
– W Nowym Jorku – mamrocze mężczyzna i unosi wzrok znad swojego tabletu na stojącą u progu parę nastolatków. – To twój chłopak? – Wskazuje kubkiem kawy na Ricky'ego.
– Fuj. Nie. Nie pytaj o to nigdy więcej.
– Dzień dobry!!! Jestem Ricky!!! Miło mi pana poznać, panie tato Kuźmy!!!
– Co? – równocześnie pytają zszokowani Gabriel i Kuźma, gapiąc się na roześmianego Ricky'ego, któremu mina bardzo szybko rzednie.
– To nie jest twój tata? – pyta, trochę smutny, jakby naprawdę chciał poznać rodziców przyjaciółki.
– Nie – ucina Kuźma. – I ty też nigdy więcej o to nie pytaj.



[3000 słów: Kuźma otrzymuje 30 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz