sobota, 21 lutego 2026

Od Aye — „The Wildflower Bouquet i zły adres" — część 2 [Walentynki]

Poprzednie opowiadanie

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”

Rozsądnie byłoby zamknąć te drzwi i udawać, że wcale nie spotkał (znowu) Chaita. W walentynki. Warto byłoby to podkreślić, bo ostatnim razem, jak dane było im się spotkać w święto zakochanych, to wyszli z tego z uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym.
Mimo to Aye się zatrzymało. Omiotło spojrzeniem Chaita, jego spięta posturę ciała i smutno wyglądający bukiet kwiatów. Postanowiło mu pomóc. Jakoś zrobiło jejmu się szkoda, że ten nieszczęsny półbóg znowu zostawił wmieszany w zajęcie, które widocznie nie sprawia mu radości.
— Mogę adres? — zapytało, puściwszy klamkę od drzwi.
Chait wygrzebał z kieszeni karteczkę, na której miał podane dane klienta oraz adres. Podał świstek papieru Aye, a półboże chwilę wpatrywało się w koślawe litery.
— To… chyba po drugiej stronie miasta — wypowiedziało te słowa ostrożnie. Wolało Chaita nie dobijać. Jakimś cudem przeoczył dwie literki w nazwie ulicy, przez co trafił w zupełnie inne miejsce.
— Och… tak. — Ścisnął mocniej bukiet. — Ha-ha, to naprawdę…
Aye westchnęło. Patrzenie na Chaita w tym stanie nie sprawiało jejmu żadnej radości. Nie czuło satysfakcji, szczęścia, że ten denerwujący bachor Iris przyjechał jeden koniec miasta zamiast na drugi. Szczerze chciało mu jakoś pomóc.
Widząc, że Chait już zabiera się do odejścia, wyciągnęło ku niemu rękę.
— Poczekaj.
Chait powoli się odwrócił. Bukiet trzymał już kwiatami do dołu, tak, jak powinno się go poprawnie transportować.
— Wiem, jak tam dojechać. Może będzie ci łatwiej, jeśli pojedziemy razem? Przynajmniej się nie zgubisz…
Chait w mgnieniu oka cały się rozpromienił. Nie wiedział, czy powinien uściskać Aye (czego w końcu nie zrobił, bo byłoby to zbyt dziwne), podać jejmu rękę (też sobie dał spokój), czy po prostu się uśmiechnąć najszerzej, jak tylko potrafił.
 
— Na pewno nie masz na dzisiaj planów? — zapytał, kiedy siedzieli już w wagoniku metra obok obściskującej się parki. — Bo wiesz… jeśli ci przeszkadzam, to możesz wrócić do domu. Stąd chyba sobie poradę.
Aye pokręciło głową. Siedząca obok nich para naprawdę głośno się całowała. Wręcz pożerała siebie nawzajem.
— Nie obchodzę walentynek.
— Głupie święto, prawda? — zaśmiał się Chait w odpowiedzi. Nie wiadomo, czy istnieje dwójka półbogów, która tak bardzo nienawidziła tego święta, co oni.
— Nie wiem, to ty siedzisz w różowej bluzie z bukietem kwiatów. — Uśmiechnęło się rozbawione. Jakoś ten specyficzny ubiór Chaita wywoływał w niej sprzeczne emocje; bo z jednej strony uśmiech sam z siebie pojawiał się na jejgo ustach, a z drugiej odczuwało taką żenadę, że czuło ciarki przebiegające wzdłuż kręgosłupa.
Wysiedli na przedostatnim przystanku. Jeśli Chait rozwoził te kwiaty od rana, to właśnie musiał dobijać dwunastej godziny pracy, bo słońce zaczynało zbliżać się ku horyzontowi. Pomarańczowe zabarwienie nieba przypomniało im, że to idealna godzina dla wszystkich par, by wyjść na miasto w celu udania się do restauracji, w której mieli rezerwacji. Musieli więc przepychać się przez tłum zakochańców na stacji metra, a potem jeszcze przez tłum ludzi na ulicach, zanim dotarli pod wskazany adres (tym razem już poprawny).
Stanęli przed starymi, rozpadającymi się drzwiami; gdzieniegdzie odpadała niebieska farba, a klamka była tak wytarta, który służyła pięciu pokoleniom.
Chait zadzwonił dzwonkiem. Przez pierwszą minutę nikt nie raczył otworzyć im drzwi, więc Aye zdecydowało się zapukać.
Chwila ciszy i w końcu drzwi otworzyła starsza kobieta. Dłonie widocznie się jej trzesły, mocno zaciskała palce na lasce, która pomagała jej chodzić.
— W czym mogę pomóc? — Uśmiechnęła się, odsłaniając piękną protezę.
— Poczta kwiatowa — zaczyna ze spokojem Chait. — Przyszliśmy dostarczyć ten bukiet. Pani Marianna zgadza się?
Kobieta nie dosłyszała. Uśmiechała się cały czas tak samo szeroko i trochę niepokojąco.
— Moi kochani, wejdźcie do środka! — Kiedy żadno z nich się nie ruszyło, starsza kobieta próbowała zgarnąć ich do domu przy pomocy swojej laski. — No, już, już! Szybciutko. Dzisiaj mrozi.
Weszli do środka. Nie z własnej woli. Babcia bardzo nalegała i raczej nie pozwoliłaby im nawet odejść (nie z tą laską, którą tak zwinnie wymachiwała).
Aye grzecznie ściągnęło buty. Nie chciało nabrudzić starszej kobiecie w przedpokoju. Zgadywał, że pewnie już i tak ciężko jest jej utrzymywać porządek w niemałym mieszkaniu.
Pociągnięty za nim Chait również zrzucił ze stóp swoje buty.
— Proszę pani — zaczął jeszcze raz, starając się mówić głośno i wyraźnie. — Przychodzimy jako poczta kwiatowa. Chcę dostarczyć dla pani bukiet.
Kobieta znikła w kuchni. Usłyszeli stukot naczyń.
— Piękna z was para, moi kochani — powiedziała, wracając do nich. Przez cały czas się uśmiechała. — Naprawdę piękna. Przepiękna! W tych czasach już nie ma takiej miłości. Teraz ludzie się nie kochają. Zapominają, czym jest miłość — mówiła do siebie, znosząc do drugiego pokoju talerze. — Nikt teraz nikogo nie szanuje. Wielka szkoda, wielka! Wy wyglądacie tak uroczo razem. Pasujecie do siebie.
— Przepraszam, my przychodzimy z poczty…
— No, chodźcie do mnie, chodźcie! Poczęstuję was ciastem i herbatą! — zawołała, a oni nie mając innego wyboru, udali się do jadalni, w której kobieta ułożyła na stole talerze oraz przekąski.
Aye starało się usiąść z dala od Chaita, ale w małym mieszkanku kobiety nie było dużo miejsca, więc syn Iris i tak musiał zająć miejsce obok dziecka Hefajstosa. Było im do granic możliwości niekomfortowo. Nie mogli jednak pokazać tego przed starszą kobietą, która na dodatek niedosłyszała i — może też — niedowidziała.
Dostarczony bukiet wcisnęli do wazonu, w którym stały już uschnięte róże.
— Bardzo proszę, moje gołąbeczki. — Postawiła na stole dzbanek z herbatą. — Mam nadzieję, że lubicie zieloną. Kupuję ją od mojej wieloletniej przyjaciółki. Prowadzi sklep z herbatami.
— Tak, bardzo dziękuję — odpowiedział Chait z uśmiechem. — Chcę powiedzieć… jeśli mnie pani oczywiście słyszy.
— Ach, więc mówisz, że jesteś w szczęśliwym związku?
— Nie to miałem…
— Spokojnie, mój kochany. — Babcia klepnęła Chaita w ramię. — Ja też stresowałam się przed ślubem.
Kobieta z trudem usiadła na swoim (tak się wydaje) ulubionym fotelu. Laskę oparła o oparcie mebla.
— Kiedy brałam ślub z moim Johnem… — Uśmiechnęła się szeroko. — Pamiętam, jakby było to wczoraj. Byliśmy młodzi. Mieliśmy niespełna dwadzieścia lat i całe życie przed sobą — zaczęła się rozmarzać. — Dzień przed ślubem strasznie się stresowałam. Dostałam, jakby to powiedzieć… no, mówiąc wprost, to sraczki.
Chait prawie udławił się herbatą. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Aye musiało klepnąć kolegę w plecy.
— Cały dzień nie mogłam zejść z toalety. Słuchajcie, tak mnie brzuch bolał, że sobie nie wyobrażacie. Myślałam, że będziemy musieli ten ślub przełożyć!
Nastała cisza. Chait w tym czasie siorbał ciepłą herbatę, a Aye niechętnie wbijało widelec w kawałek sernika. Był dobry. Babciny.
Nieoczekiwanie kobieta głośno charknęła i zawyła.
— Mój John! Zostawił mnie jakieś trzy lata temu…
Zaczęła zanosić się płaczem. Nikt z ich dwójki nie wiedział, co powinni zrobić, ale nie ruszyli się nawet o milimetr. Zbyt nieprzewidywalna ta babcia była. Jeszcze któregoś z nich wzięłaby za tego martwego męża i nie pozwoliła wyjść z domu.
— To on był przy mnie, gdy miałam tę sraczkę! Pomagał mi! — szlochała. — Zabrała go ona… śmiercionośna choroba. Paskudztwo jakich mało.
Z nosa kobiety pociekły naprawdę długie gile. Obrzydziło to Aye jedzenie. Przestało jejmu się podobać sernik, który próbowało dojeść.
— Mam nadzieję, że wy będziecie szczęśliwi. — Otarła twarz z łez i z glutów rękawem za dużej koszulki. — Wyglądacie tak młodo… tak szczęśliwe. Jak ja z Johnem.
Jeszcze jedno słowo o małżeństwie, a Aye poczuje chęć wyskoczenia przez okno. Nawet zastanawiało się, czy tak nie będzie łatwiej. Po prostu wyskoczyć i zakończyć cierpienie, przez które właśnie muszą przechodzić.
Kobieta podniosła się z fotela z trudem. Dopiero teraz dostrzegła świeży bukiet w wazonie.
— Och, od kogo to?
— Jak już mówiłem, jesteśmy…
Kobieta wyjęła karteczkę spośród kwiatów. Niespodziewanie krzyknęła. Nagle cały smutek z niej odleciał.
— Jonathan! Mój skarb najkochańszy! — Chciała skoczyć, ale upomniał ją schorowany kręgosłup i zwyrodniałe kolana. Głośno sapnęła, próbując unormować oddech. — Mój syn wysłał mi bukiet. Mój jedyny synalek… wyglądał zupełnie jak ty. — Wskazała na dzieciaka Hefajstosa. — Jonathan? Czy to ty?
Aye wstało. Miało już dość tego cyrku. Czuło się, jakby trafiło do zakładu zamkniętego, a ta pani była najgroźniejszym pacjentem ze wszystkich. Rozumiał, że starsi ludzie chorują na… demencję albo mają problem ze słuchem. To jednak było przesadą.
— Pomyliła mnie pani z kimś — powiedział, nerwowo pociągając za długie kosmyki włosów, których tym razem nie upięło w żadną ładną fryzurę. — Bukiet został dostarczony, a my chcemy wrócić do domu. Rozumie pani?
Kobieta jednak miała inne plany i złapała Aye za ramię. Mocno zacisnęła swoją dłoń.
— Jonathan proszę…
Aye próbowało się wyślizgnąć z tego uścisku, ale nie mogło się ruszyć. Jak na babkę o lasce, to miała całkiem sporo siły.
— Jesteśmy tylko pocztą kwiatową — wtrącił się Chait. Po miłym gościu pozostało już tylko wspomnienie. Teraz wyglądał na wyjątkowo zniecierpliwionego i zirytowanego. — Skończyliśmy pracę. Dziękujemy pani za poczęstunek oraz herbatę. Nikt z nas jednak nie jest pani synem, okej?
Niedosłysząca starsza kobieta słyszała tylko to, co chciała usłyszeć, więc nawet nie ruszyła się o krok.
— Jonathan… pamiętasz, jak mamusia cię karmiła groszkiem? Nienawidziłeś groszku.
— Ja nie jestem…
Wtedy cały świat zawirował. Aye zobaczyło tęcze, a potem bardzo jasny błysk i… obudził się na jednej z ulic Nowego Jorku. Spojrzało z szokiem na Chaita. Zapomniało, że był na obiedzie u staruszki z synem Irys, który potrafił się poruszać przy pomocy takiego narzędzia, jak właśnie tęcza.
— Nie zorientuje się? — zapytało tylko.
Chait machnął dłonią.
— Miała najprawdopodobniej demencję. Albo coś podobnego. Myślę, że ten syn z nią mieszka i wróci później do domu.
Pokiwało powoli głową. Wciąż do niejgo nie dochodziło, co się tak właściwie stało. Przynajmniej ten sernik był smaczny.
— Dziękuję za pomoc. Znowu. — Chait złapał za zamek bluzy i powoli ją rozpiął. Ta sytuacja najwidoczniej bardzo go rozgrzała. — I przepraszam, że znowu wciągnąłem cię w jakieś problemy. Nie wiedziałem, że trafimy pod adres chorej babci.
— W porządku.
Nie było to w porządku, ale wolało nie smucić Chaita. Już wystarczająco był zestresowany i zażenowany tym, co się chwilę wcześniej wydarzyło. To, ile razy zostali nazwani małżeństwem, przechodzi wszelkie oczekiwania. Nawet w zeszłym roku nie było aż tak źle.
— Dasz radę stąd wrócić?
— Och, um… nie wiem, czy dam radę utworzyć znowu tęczę, ale… — jęknął niepewnie. Jak na dzieciaka Irys nie był tak wprawiony w użytkowanie tęczy. Zdołał ich teleportować tylko dwie ulice dalej.
— Nieważne. — Machnęło ręką. — Wróć ze mną. Darujmy sobie to wszystko. Jeśli się znowu zgubisz i znajdziesz mnie przypadkowo, to urwę ci łeb.
Chait się rozpromienił. Wyglądał jak najszczęśliwszy dzieciak na świecie. W tym szczęściu chwycił Aye za dłonie i mocno je uściskał.
— Przepraszam! — Cofnął się jak poparzony.
— Zaraz urwę ci ten łeb i tutaj. — Uśmiechnąło się. Nie obchodziło jejgo już, czy Chait uściskał jejmu dłonie bez pytania, czy zaraz jejgo przypadkiem nie przytuli. Marzył tylko o tym, by wrócić do domu. Spokojnego mieszkania, w którym nie mieszkały żadne babcie z demencją. — Ruszaj się. Chcę wrócić przed osiemnastą.

[1714 słów: Aye otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz