Piąte koło u wozu
PARĘ GODZIN WCZEŚNIEJ
Wychudzona, gdyż odkąd został ojcem schudł z parę dobrych kilogramów, ręka Lucasa chwyciła garść popcornu z miski. Wpatrzony oglądał finałowy odcinek ostatniego sezonu tureckiego serialu.
— Myślałem, że będą ze sobą — skomentował, biorąc popcorn do buzi.
Ruby leżała na klacie ojca. Przysypiała, słuchając bicia jego serca i tuląc kamienia do siebie. Tak, kamienia. Tego którego Lucas ma od Louise. Mała uwielbia go, towarzyszy jej przez cały czas. I niech nikt nie próbuje ich rozdzielić! Kończy się to wybuchem płaczu. Ile to razy Lucas biegał po osiedlu szukając kamyka, bo Ruby machała nim na wszystkie strony podczas spaceru?
Kiedy na telewizorze pojawiły się napisy końcowe, Lucas sięgnął po telefon. Wiadomość od Iriela. No tak, największy bezrobotny pewnie znowu coś chce.
„Odbierz, to pilne”
— Słucham?
— Idziesz na tą impreze do Nataniela? Podobno zaprosił każdego z roku!
Lucas nic nie odpowiedział. Zerknął w wiadomości ponownie i faktycznie zauważył od niego powiadomienie.
— No dawaj — zaczął go namawiać Iriel. — Musisz trochę wyjść z domu. Stary, tak dawno sie nie widzieliśmy!
Westchnął. Zerknął na śpiące dziecko. Delikatnie pogłaskał je po pleckach. Przecież nie zostawi jej samej? Iriel ma odrobinę racji. Przydałoby się wyjść do ludzi, mimo iż ma niezbyt dobre wspomnienia z imprez.
— Pod warunkiem, że znajdziesz opiekuna dla Ruby.
— Jak coś stanie się Ruby to nie tylko Izana zatłukę. Ciebie też.
Iriel się roześmiał, pijąc drinka.
— Znam Monice. Jest naprawdę spoko, zaufaj mi. Hej Lucas, gdzie idziesz?!
Nie usłyszał go. Szukał wspomnianej kobiety.
Zaczął chodzić po mieszkaniu. Pewnie wynajmowane lub ktoś tu ma kasiastych rodziców, bo pieniądze było czuć od razu po wejściu. Marmurowe wykończenia, podłogi najwyższej jakości i salon z widokiem na centrum. Nawet pies właściciela miał posłanie warte więcej niż rozwalona kanapa Lucasa.
— Monice? — spytał, widząc jakąś kobietę z jego córką.
Kobieta odwróciła wzrok w kierunku studenta. Uśmiechnęła się do niego, poprawiając swoje czarne, kręcone, bujne włosy.
— To twoja córka, racja?
— Um..tak.. Ruby…
— Jest przesłodka! — Studentka zaczęła bujać dziecko. — Moje przyjaciółki ją uwielbiają.
— Prawda! Nie zamierzam być matką, ale Ruby jest przeurocza! — Przyjaciółka Monice potwierdziła.
Lucas się zarumienił, dziękując za miłe słowa.
— Przyszedłem powiedzieć pare informacji o Ruby. Wiesz… ufam ci, ale…
— Jesteś nadopiekuńczym ojcem, zrozumiano — Monice się zaśmiała, bawiąc się swoimi włosami.
— Więc tak. Ruby jakby była głodna lubi jeść zmielony groszek. Serio. Lubi też krakersy… ale bez soli! Ogólnie jest spokojna… nie sprawia zbyt wielu problemów.
Dziewczyny słuchały jak ojciec dziecka opowiada o jego nawykach i przystosowaniach. Z jednej strony, podziwiały jak bardzo mu zależy na córeczce.
— I najważniejsze! — Na sam koniec przypomniał sobie. — Ruby musi mieć przy sobie kamyk. Ten który… właśnie ma w buzi. Gdy go zgubi, wpada w panikę, więc naprawdę, proszę uważajcie.
— Nie masz czym się martwić — Monice zapewniła Lucasa.
— Tu jesteś!
Lucas doskonale poznał czyj to głos.
— Wzywam cię na karciany pojedynek, frajerze. Muszę się doigrać za tamto — uśmiechnął się wrednie, chwytając go za ramiona. Lucas odwrócił się na sekundę widząc jak Monice mu odmachuje.
— Umiesz grać w oszusta? Albo nieważne, gramy.
W pokoju było ciemno. Koledzy Lucasa postawili przed nim małą szklaneczkę z czystą. Nie tknął tego. Przecież nie będzie pić, jak ma ze sobą dziecko.
Izan rzucił na stół pierwszą kartę. Idealnie się złożyło, że Lucas miał pasującą kartę. Już od samego początku Izan oszukiwał, wykładając dwie karty jednocześnie. W oszuście było to dozwolone, więc Lucas ze stoickim spokojem grał dalej.
— Nie napijesz się? — Izan ćmoknął, zakładając noge na stół.
Lucas zignorował ten gest.
— Nie. Nie będę pił jak mam pod opieką dziecko.
— Oddzwonił? — Monice spytała przyjaciółki.
— Nie… — odpowiedziała. — Ale patrz kto do mnie napisał!
Ruby dalej siedziała na rękach Monice, trzymając kamyka. Do kanapy na której dziewczyny siedziały podszedł pies, czarny labrador. Zaczął merdać ogonem widząc dziecko. Ruby rzuciła kamyk na bok, wyciągając rączki do labradora. Pupila uwagę odwrócił jednak wcześniej trzymany przez dziecko kamyk. Wziął go w pysk i uciekł do innego pokoju.
Po pomieszczeniu rozniósł się ryk dziecka.
Lucas od razu się podniósł, nasłuchując. To była Ruby. Odstawił karty biegnąc do córki.
— Jesteś jak locha gdy ktoś sie zbliży do jej warchlaka — skomentował Izan, pijąc już trzeci kieliszek.
—Co sie stało? — Lucas zaniepokojony wziął córkę na ręce. Zaczął ją lulać, próbując uspokoić.
— Nie wiem… Wszystko było dobrze do momentu… gdzie jest kamyk?
— Kamień? — faktycznie. Brakowało tu kamienia Ruby. — Cholera jasna.
Tym czasem spod stołu wyłonił się pies, a w jego zębach, kamyk. Lucas oddał Ruby osobie, która stała obok. Na nieszczęście był to Izan.
Izan Odsunął dziecko od siebie, przyglądając jej się. Miała ewidetnie oczy po ojcu. Nawet kształt podobny.
— Wyglądasz jak twój paskudny ojciec — skomentował z gorzką miną.
Ruby nie przestawała płakać, a widok kogoś takiego jak Izan tylko sprawiał, że dziewczynka była jeszcze bardziej przerażona.
W międzyczasie przyjaciółka Monice szeptała coś jej na ucho, wskazując na Lucasa. Labrador znowu uciekł pod stół, co zmusiło Lucasa do uklęknięcia na czworaka i wejście również pod stół.
— Hej…. — zmrużył oczy, próbując wyczytać co jest napisane na zawieszce, którą piesek miał na obroży. — Balto? Uroczę imię.
Pies nadal nic. Nadal gryzł kamień, obśliniając go całego.
— Oddasz mi to dobrze? Patrz co mam dla ciebie! — wziął pluszową kość, która najprawdopodobniej należała do Balto.
Labrador jednak nie był chętny na wymianę. Jedynie warknął, gdy ręka Lucasa się zbliżała do jego pyska. Lucas zaczął rozglądać się dookoła. Nie było nic na co Balto byłby chętny, aż do momentu gdzie na podłogę spadł chips. Pies od razu rzucił się po niezdrowy przysmak, a syn Ateny szybko zabrał kamień spod nosa zwierzęcia.
Próbując wygramolić się spod stołu, uderzył o kolano jakieś kobiety. Zarumienił się, gdy zauważył, że to Monice, która właśnie patrzyła na niego z góry, gdy ten przed nią jest na czworaka.
— Mam kamień — odrzekł zdyszany. — Już chwilka, tylko umyje go, uspokój Ruby dobrze?
— Tylko, że… Ruby ma Izan.
— IZAN MA RUBY?!
— Nauczymy cię grać w karty, co ty na to?
Nataniel trzymał na kolanach płaczące dziecko. Naprzeciwko nich siedział Izan, biorąc do dłoni nowe opakowanie kart.
— To jest pik — pokazał pierwszą kartę. — Symbolizuje to siłe i władze, wiesz?
Ruby nie była zainteresowana.
— To kier. Jak ci się podoba? — Izan rzucił Natanielowi kartę, a ten dał ją do rąk dziecka.
Córka Lucasa rzuciła kartą, nadal płacząc.
— ZAPIERDOLE CIE!!
Do pokoju wbił Lucas. Bez pytania zabrał od Nataniela córkę i dał jej ukochanego kamyka. Ruby od razu przestała płakać, znowu się ciesząc z swojego, trochę niemrawego przyjaciela.
— Na twoje szczęście nic się jej nie stało. Inaczej wykastrowałbym cię gołymi rękoma!! — Lucas nakrzyczał na Izana siedzącego przed nim.
— Ej ej blondi! Lepiej skończmy rozgrywkę.
Bez odpowiedzi Lucas wygonił Nataniela z krzesła i usiadł do kart. Wyjątkowo były tak jak wcześniej, zanim pobiegł do Monice sprawdzić co się stało z Ruby.
— WYGRAŁEM!! HA!! I KTO WYGRAŁ!!! WIELKI AMBASADOR MARSA!!!
Była już naprawdę późna godzina. Większość albo leżała gdzieś w kącie pijana, albo wróciła do domu. Lucasowi zamykały się oczy. Zazwyczaj o tej godzinie już dawno spał.
— Ciszej bałwanie, Ruby śpi.
— Było trzeba nie przyprowadzać ze sobą tego bachora! — rzekł naburmuszony Izan.
Lucas niespodziewanie poczuł dotyk czyiś dłoni na swoim ramieniu. Była to Monice. Drapnęła go lekko swoimi długimi paznokciami po barku.
— Już się zbieram — powiedziała cicho, ale wystarczająco, żeby Izan to wszystko usłyszał. — Tu masz mojego Instagrama — pokazała mu na ekranie swojego telefonu jej profil na portalu społecznościowym. — Dodaj mnie, a się zgadmy na kolejne wyjście. Możesz wziąć ze sobą Ruby.
Izanowi wyszły żyłki na czole, a cała jego twarz zrobiła się czerwona.
— Choć wiesz… lepiej by było jakbyś przyszedł sam — Monice puściła oczko Lucasowi, po czym odwróciła się w kierunku wyjścia.
— TO JA JESTEM AMBASADOREM MARSA!!! CO WY WIDZICIE W TYM CHUDERLAWYM KUJONIE!!! I TO JESZCZE SYNU ATENY!!!! — Izan wykrzyczał, wstając z krzesła. Niestety, potknął się o nogę Nataniela.
— Bo ma metr osiemdziesiąt wzrostu. Mówiłem ci stary, że laski lubią wysokich.
— W DUPIE TO MAM!! WRACAJ TY CWELU!!!
Lucas go jednak już nie był w pokoju z Izanem. Wyszedł z mieszkania, wraz z Monice.
[1295 słów: Lucas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia +20 PD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz