poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Cherry do Izana — „Kurs klękania przed pretorem”

Cherry wiedziała, że Vergil jest zajęty, kiedy nie zaczepił jej ani razu w ciągu dnia.
Zazwyczaj to ona była tą bardziej zajętą osobą — musiała równocześnie wykonywać obowiązki centuriona i pełnić funkcję doraźnego lekarza. Obie te rzeczy nie były pracą na pół etatu. Kiedy nie pilnowała trzynastolatków z mieczami, oni trafiali do ambulatorium, bo nadziali się na miecz, a kiedy już ich bandażowała w laboratorium, to nie mogła ich pilnować, więc koło się zamykało.
Wbrew wszystkim plotkom, które rozprzestrzeniał o Vergilu pewien specyficzny osobnik, on wcale nie miał więcej wolnego od niej. Był w końcu pretorem, ktoś cały czas coś od niego chciał, nawet jeśli próbował się chować. Miał do wypełnienia raporty, patrole, zażalenia, jeszcze więcej zażaleń, pilnowanie, żeby wszystko chodziło jak w zegarku i spożywanie fasolek wszystkich smaków. Ani w codziennej rutynie Cherry, ani w codziennej rutynie Vergila, nie było czasu dla siebie, a już tym bardziej dla rzeczy, którymi normalnie zajmowały się pary w ich wieku.
Zawsze musieli coś poświęcać. Cherry niezmiernie to irytowało. Czasem ich codzienne interakcje ograniczały się do wymienianego w biegu „hej”, kiedy oboje rozchodzili się w swoje strony w porannych godzinach rozdziału obowiązków. Czasem, kiedy już spotykali się na koniec dnia, byli już zbyt zmęczeni, żeby w ogóle ze sobą rozmawiać, więc zdarzało się im siedzieć w komfortowej ciszy, dopóki któreś nie usnęło. Mimo wszystko każdy dzień sprowadzał się do jednego; zawsze się widzieli, nawet jeśli były to tylko trzy minuty w ciągu całego dnia.
Ze wszystkich najbardziej pracowitych dni w ich życiu Cherry najbardziej nienawidziła spotkań Senatu. Miała wtedy okazję spotkać się twarzą w twarz z człowiekiem odpowiedzialnym za ponad połowę zażaleń i raportów na stosiku papierów Vergila. Musiała słuchać jego bezsensownego ględzenia, oglądać jego wredny pysk, a potem przeżywać to wszystko na nowo, kiedy rozmawiała z Vergilem, bo ten cholerny ambasador Marsa nie dawał spokoju ani jemu, ani jej, już do końca dnia.
Czasami chciała mu coś wygarnąć. W myślach już wiele razy chwytała go za szyję i dusiła. W rzeczywistości brała kilka głębokich wdechów i… gdyby miała się nad tym dłużej zastanowić, to nigdy nie zamieniła z Izanem Kingiem więcej, niż dwóch zdań, co było szczególnie dziwne, jeśli brało się pod uwagę, ile czasu spędzał, chodząc za Vergilem (zdecydowanie więcej, niż ona, przynajmniej w tygodniu).
Nie widziała Vergila przez cały dzień. Nie było żadnego „hej” wymienionego w połowie drogi. Ani razu nie wpadł do ambulatorium, udając, że koordynuje pracę medyków, a tak naprawdę wymienić z nią krótkie pocałunki. Vergil wsiąkł pod ziemię, a dzień wcześniej nie powiedział ani słowa, że miał zaplanowaną misję albo cokolwiek równie ważnego. Jej pierwsze podejrzenie poszło w stronę Izana Kinga; nikt inny nie zająłby Vergila tak mocno, żeby ignorował jej istnienie przez calutki dzień.
Cherry nie lubiła chodzić nieproszona do pretorium. Wydawało jej się to naginaniem zasad z racji tego, że była dziewczyną pretora. Strażnicy pilnujący budynku i tak by ją wpuścili, nie musiała nawet kłamać, po co przychodzi. To było takie idiotyczne, przyjść do pretorium, miejsca, którego młodsi legioniści bali się jak diabła w obawie przed konsekwencjami, tylko po to, żeby poszukać swojego chłopaka. Wydawało jej się to takie banalne. Cliché. Nie musieli przecież widywać się cały czas, a Vergil nie musiał jej się z niczego tłumaczyć, a czuła się jak durna, zakochana nastolatka, która szukała każdego sposobu na kontakt z obiektem westchnień.
Kiedy przekroczyła próg, szybko zauważyła, że Vergila tutaj nie było. Nawet nie krzyknęła do niego w eter, i tak odpowiedziałaby jej cisza. Tym razem już zaczęła się martwić.
Podeszła do biurka, żeby znaleźć na nim jakąkolwiek wskazówkę. Stos kartek, nic wyróżniającego się. Kilka zagubionych fasolek wszystkich smaków, takich, których Vergil nie lubił. Lepki półksiężyc po postawionej w tym miejscu puszce coli. Pióro, zdecydowanie nadwyraz eleganckie. Notes, który doskonale znała, bo Vergil pisał w nim wiersze i zaznaczał, ile razy ten cholerny półgłówek przychodził, żeby go męczyć, a potem robił z tego statystyki, kiedy mu się najbardziej nudziło.
Odskoczyła od biurka jak oparzona (mimo że nie robiła absolutnie nic nielegalnego), kiedy drzwi za jej plecami zaskrzypiały. Zanim jej wzrok rozpoznał sylwetkę w drzwiach, miała jeszcze nadzieję, że to Vergil wrócił — cokolwiek nie robił wcześniej. Zaraz jednak jej uszu dobiegł znany jej skrzek pewnego mężczyzny, który znalazł sobie na to prawdopodobnie najgorszy możliwy czas i miejsce, bo Cherry najchętniej rozszarpałaby go na miejscu, a jej nieskończona cierpliwość okazała się jednak skończona.
— No i co, pretorze, już spakowałeś swoje manatki? Odwołali cię już? Czy–… — To był moment, kiedy Izan King zobaczył Cherry Amoret. W pierwszej chwili zmarszczył czoło, ale mina kompletnie mu zrzedła, jakby sam nie wiedział, co powinien zrobić i jak w takiej sytuacji zareagować.
— Hej, Izan — rzuciła tak ostro, że prawie poderżnęła mu gardło samymi słowami.
— Uhm. Hej — bąknął pod nosem tak niewyraźnie, że prawie go nie usłyszała. Zielone oczy wbił w jakiś punkt obok jej buta. — To ja już pójdę.
I wziął w tył zwrot z zamiarem bardzo niesubtelnej wycieczki.
— Nie, nie, nie, czekaj chwilę — Cherry powiedziała to z surowością wymawianą do małego dziecka, które doskonale wiedziało, że coś przeskrobało. Izan wyglądał w zasadzie podobnie smętnie. A co gorsza, posłuchaj jej i zatrzymał się w pół kroku, przypominając przy tym wystraszoną łanię przed reflektorami samochodu. — Widziałeś gdzieś Vergila? Może?
— Tak — powiedział zdawkowo.
Cherry uniosła brwi, ale nie dostała kontynuacji.
— No? Gdzie?
— W Nowym Rzymie.
Trochę ją to pocieszyło. To znaczyło, że Vergil faktycznie był zajęty. Nie mogli się minąć, skoro cały dzień był poza samym obozem.
— A wiesz, co tam robił?
— No. No, ten. Rozwiesiłem parę plakatów. O Vergilu. — Nie musiał nic dodawać, żeby Cherry szybko załapała, że rozwiesił cholerne plakaty propagandowe i zapewne przerobił Vergila na Adolfa Hitlera. Nie spodziewała się, że rozwieszał posypane brokatem komiksy wychwalające pretora. — Vergil je zbierał. I próbował rozmawiać z ludźmi. Przynajmniej kiedy ostatni raz go widziałem.
Musiała zagryźć zęby.
— Co. Ty. Do. Jasnej. Kurwy. Zrobiłeś? — syknęła.
— No… możliwe, że parę moich przyjaciół wybuczało go na Forum Romanum. I ktoś rzucił pomidorem. Możliwe. Jestem trochę zajęty, cześć.
— CO TY ZROBIŁEŚ?! — Cherry rzadko krzyczała. Tym razem nie mogła się powstrzymać.
To było tak idiotyczne, absurdalne, głupie, kretyńskie, niemądre, bezmyślne, groteskowe, TĘPE. Ile trzeba było mieć lat i komórek mózgowych, żeby w ogóle wpaść na taki pomysł? Cherry najchętniej wzięłaby go za szmaty i samodzielnie powiesiła na jakiejś ścianie, zamiast plakatu.


Izan?
────
[1032 słowa: Cherry otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz