ZIMA
Caroline była zmęczona, głodna i zniecierpliwiona. A to był całkiem niebezpieczny zbieg okoliczności dla osób, które akurat przy niej przebywały.
— Przemoc nie jest rozwiązaniem — wymamrotała pod nosem, niezbyt przejmując się tym, czy Mikołaj ją usłyszał, czy nie. I tak gadała do siebie. Podobno to pomaga.
Miała w planach wziąć bardzo głęboki oddech i policzyć do dziesięciu, ale doliczyła tylko do pięciu, kiedy usłyszała szelest podłoża za sobą. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła jedynie plecy odchodzącego od niej Mikołaja. Całkiem odważnie; nie sądziła, że faktycznie będzie w stanie odejść i pójść w swoją stronę. Szkoda, że zamiast iść w kierunku wyjścia z lasu, ruszył w jego głąb.
Wymruczała coś o durnych winodojarach i podeszła do pnia drzewa, które wcześniej wskazał jej chłopak. Nie wyglądało na aż tak wysokie, jak z daleka. A Caroline nie była na tyle ciężka, żeby łamały się pod nią wszystkie gałęzie, prawda? Była zdesperowana i pokrzepiona faktem, że nawet jeśli spadnie i obije sobie dupę, to przecież nikt tego nie zobaczy, skoro Mikołaj już sobie poszedł.
Wytarła dłonie o spodnie, żeby pozbyć się śliskiej warstewki potu, i zaczęła jeszcze raz oceniać swoje możliwości. Kora pnia drzewa była mocno porowata, więc Caroline pewnie znalazłaby na niej oparcie dla stóp. Problem polegał na tym, że pierwsze, drobne gałęzie pojawiały się dopiero jakiś metr nad jej głową. Niezbyt często musiała wspinać się na drzewa i ciężko było jej ocenić, jakiego kalibru jest to problem. Wypowiadając w głowie krótką modlitwę do ojca, rozpoczęła swoje pierwsze podejście.
Zsunęła się po jakichś trzydziestu sekundach, zdzierając sobie skórę z dłoni. Poirytowana, naciągnęła rękaw sportowej bluzki aż po czubki palców. Pewnie ją porwie, ale materiał przynajmniej sprawnie przyczepiał się do kory. Poza tym mogła w ten sposób ochronić podrażnioną już skórę przed szorstką powierzchnią.
Znajdowała się nieco ponad dwa metry nad ziemią, stojąc na najstabilniejszej gałęzi, jaką znalazła, kiedy w zasięgu jej wzroku znów znalazł się Mikołaj. Z nieprzyjemnym grymasem na twarzy. Niezadowolenie? Wkurwienie? Desperacja? Ciężko było jej stwierdzić.
— Co, nie znalazłeś drogi powrotnej? — zawołała, zwracając na siebie jego uwagę.
— Spierdalaj!
Jednak podszedł pod drzewo, na które usiłowała się wdrapać. Tak, z bliska mogła stwierdzić, że to właśnie desperację widziała na jego twarzy. Całkiem sprawnie zamaskowaną, ale jednak desperację. Za dobrze znała ten wyraz twarzy, żeby móc go przeoczyć.
Caroline posłała Mikołajowi bezczelny uśmiech.
— Roślinki ci nie pomogły trafić do obozu? Zaprowadzić się za rączkę? — zapytała, opierając się plecami o chropowaty pień. Dłonią trzymała się gałęzi nad swoją głową.
— Przynajmniej nie jestem takim idiotą, żeby włazić na drzewo po durną jemiołę — prychnął w odpowiedzi, krzyżując ramiona na piersi.
— To idź się nażryj tego swojego cisu — powiedziała Caroline, manewrując na gałęzi tak, żeby odwrócić się do Mikołaja plecami.
Dzięki temu nie widziała, jak chłopak prezentuje jej swój arsenał dwóch środkowych palców. Niestety miała na głowie większe zmartwienie, takie jak podciągnięcie się na gałęzi. Nagle pożałowała, że częściej nie trenowała z cięższą bronią. W tej chwili zdecydowanie przydałyby się jej trochę mniej wiotkie ręce. Ostatecznie jej się udało, chociaż boleśnie obiła sobie biodro i była pewna, że załatwiła sobie pokaźnego siniaka.
— Tylko nie spadnij!
Był jeden plus: teraz mogła naprawdę spiorunować chłopaka wzrokiem z góry. Nie zaszczyciła go jednak żadnym słowem, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. Choć stojąc na ziemi wiatr odczuwała jako lekki powiew, im wyżej się znajdowała, tym silniejszy ten powiew się stawał. Mogła o tym pomyśleć, kiedy ustalała swoje szanse na nie połamanie obu nóg. Niestety było już na to za późno, a ona nie miała zamiaru się poddawać, skoro została jej tylko mniejsza połowa drogi.
Na szczęście tutaj nie musiała się głowić, żeby znaleźć oparcie dla stóp i dłoni, bo gałęzie były wszędzie. Trudniej było za to skupić się na tyle, żeby nie wydłubać sobie oka jedną z nich. Gdyby wiedziała, że będzie łazić po drzewach, zabrałaby ze sobą okulary.
Nie musiała włazić na sam czubek, żeby dostać się do krzaczków jemioły, bo te sukcesywnie pożerały całą koronę drzewa. Przylgnęła plecami do pnia drzewa i upewniła się, że stopy ma porządnie zaczepione o gałęzie. Zlecenie z jakichś pięciu metrów nie było jej marzeniem. Lubiła mieć sprawne wszystkie kończyny, a miała już tę nieprzyjemność dowiedzieć się, jak to jest funkcjonować z połamanymi kośćmi. Sięgnęła po zielony kłębek najbliżej niej i z grymasem na twarzy zaczęła odrywać go od gałęzi. Przypadkiem zgniotła w palcach parę mętnych, białych owoców i teraz jej skóra była pokryta lepkim sokiem. Ohyda.
— Złapiesz, jak to zrzucę na dół? — zawołała, mając nadzieję, że Mikołaj wciąż sterczy pod drzewem.
— Nic im się nie stanie, jak spadną! — poinformował ją z dołu chłopak.
Dziwne, że wciąż chciał z nią rozmawiać.
Po kolejnej minucie krzaczek poszybował w dół, po drodze obijając się o kilka gałęzi. Caroline miała nadzieję, że ostało się na nim chociaż kilka owoców.
— Fuj — mruknęła, wycierając dłonie o spodnie. Miała nadzieję, że dopierze potem te plamy.
Potem zerknęła w dół.
— O kurwa.
Wcześniej tego nie robiła, żeby się nie rozpraszać. Teraz jednak musiała pokonać tę drogę, ale ziemia wydawała się wyjątkowo odległa, gałęzie rzadsze, a jej nogi nagle zrobiły się dziwnie miękkie.
— Złazisz czy nie? — ponaglił ją Mikołaj, widocznie zniecierpliwiony.
— Na chuj na mnie czekasz, jak ci się spieszy? — prychnęła, tym razem zerkając w górę. Zdecydowanie się ściemniało, a była pewna, że po ciemku na pewno stąd nie zejdzie.
— Chcę widzieć, jak spadasz!
Caroline tego nie skomentowała, tylko jeszcze raz skalkulowała swoje możliwości.
Miała przejebane.
────
[885 słów: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz