piątek, 13 lutego 2026

Od Kala — „Pierścionki” cz. 9

Poprzednie opowiadanie

Uciekanie od problemów jest najbardziej udoskonaloną umiejętnością Kala (wkłada w nią wszystkie otrzymywane Punkty Doświadczenia) i mógłby szczerze przyznać, że w tej sztuce stał się profesjonalistą. Coraz częściej uciekał z Obozu Jupiter do szkoły przed niebezpieczną przyjaźnią z Elianne i jeszcze częściej uciekał ze szkoły do Obozu Jupiter przed niebezpieczną nieprzyjaźnią z Floydem, aż wreszcie kończył zamknięty w miejscu gdzieś pomiędzy, nie potrafiąc zdecydować się, czy powinien wstać z łóżka, czy udawać, że po prostu zaspał i poczekać, aż świat naprawi się sam z siebie, bez najmniejszego wkładu z jego strony. Wykonuje parę kroków, które pomagają mu wreszcie wygrzebać się spod warstw kołder i koców, żeby potem z całych sił ignorować niechęć do stawienia czoła kolejnemu dniu:

1) otwiera oczy, zawsze niezadowolony, że to mu się rzeczywiście udaje;
2) zdecydowanym ruchem podnosi górną połowę ciała, wspierając się na dłoniach – załatwia to raz, a szybko, jak wyrywanie rozchwianego mleczaka trzymającego się na ostatnim nerwie;
3) palcami przeczesuje splątane włosy, odgarnia kołdrę i przeciera lepkie powieki, zanim pozwoli sobie na nieprzyjemne spotkanie bosych stóp z chłodną podłogą;
4) opiera łokcie na kolanach, a głowę na dłoniach i oddycha tak przez chwilę, pokonując chęć zwinięcia się w kulkę (nie myśli o tym, od czego będzie uciekał tego dnia);
5) odważnie odgarnia włosy z oczu i wreszcie podnosi się do pionu, ignoruje poczucie, że wcale się nie obudził i podłoga próbuje usunąć się spod jego stóp;
6) ścieli łóżko, żeby zabić w sobie chęć ponownego ułożenia się pod jeszcze ciepłą kołdrą – gdy wszystko jest ładnie ułożone, otrzepuje dłonie i nie chce od razu niszczyć efektów swojej pracy, jakkolwiek prostą nie wydaje się czynność zwykłego pościelenia łóżka.

Nareszcie może znaleźć się w kuchni, gdzie podłoga jest jeszcze zimniejsza, ale już mniej chwiejna, okno uchylone, a dźwięki ulicy głośniejsze niż w zaduchu jego pokoju. Wstawia wodę do czajnika, sam nie wie po co, bo nie ma najmniejszej ochoty na herbatę i wraca do pokoju, żeby narzucić na pokryte gęsią skórką ramiona ogromny, ciężki sweter. Wychodzi na korytarz, żeby sprawdzić godzinę, równocześnie błagając wszystkich istniejących bogów, żeby był spóźniony na przynajmniej pięć pierwszych lekcji i już przygotowując wymówkę dla ojca, że znowu zapomniał nastawić budzika na odpowiednio wczesną godzinę albo przespał wszystkie dziesięć alarmów. Tak naprawdę od paru tygodni nie ma budzika, bo Ezra postanowiła mu go odebrać po tym, jak dowiedziała się, że jeśli Kal spojrzy na godzinę przed rozpoczęciem swojego procesu wstawania, to stwierdzi, że wcale nie musi się podnosić, bo jeszcze nie jest nawet bliski spóźnienia się na pierwszą, drugą, trzecią, czwartą lekcję… nie warto w sumie wstawać, bo zostały już tylko dwie ostatnie, w dodatku wfy. Znacznie efektywniejsze okazało się pozwalanie mu wybudzić się samemu, żeby poszedł na lekcje z tak błahego powodu, jakim są albo wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności, albo śmiertelna nuda siedzenia samotnie w pustym mieszkaniu i brak możliwości odpalenia ulubionego serialu na Netfliksie.
Jak na złość, obudził się na tyle wcześnie, żeby na spokojnie zdążyć podejść na przystanek, zanim Merr pojedzie w swoją stronę z jego poranną kawą, którą wtedy wypije sama, kwestionując to, czy chłopak aby na pewno jest na tyle chorowity, by tak często unikać zajęć szkolnych. Gdy Kal myje zęby, myśl o kimkolwiek, kto by się nim zainteresował trochę poprawia mu humor, podczas swojego codziennego ignorowania trochę obcego odbicia w lustrze (na rzecz skupienia się na własnych myślach, a nie dlatego, bo nie może na siebie patrzeć, oczywiście). Wciąż udaje, że wcale się nie widzi, gdy wprawioną dłonią ściska eyeliner i błyszczyk, w okrągłym, ubrudzonym lusterku obserwując tylko odosobnione części swojej twarzy, a nie spójny obraz, które tworzą, otoczone aureolą białych włosów (jak zwykle idealnie ułożonych parę minut po wstaniu, nie dotknięte nawet najlżejszym muśnięciem szczotki bądź grzebienia).
Na przystanku Merr nie komentuje jego wyglądu i chłopiec nie wyczuwa najmniejszej zmiany w emocjach, które zawsze wywołuje jego pojawienie się przed nią, więc zakłada, że wygląda tak samo, jak zawsze – olśniewająco (choć czasem chciałby wyglądać na zmarnowany życiem kłaczek wypluty przez bezdomnego kota, żeby jego wygląd obrazował to, jak rzeczywiście się czuje). Dziewczyna wciska mu w dłonie kubek termiczny, Kal mamrocze niewyraźne podziękowania i sprawdza, czy termos jest porządnie zakręcony. Woli mieć pewność, że kawa nie wyleje się w jego torbie.
– Na twoim miejscu rozważyłabym przerwę – niespodziewanie rzuca Merr, gdy chłopiec już ma się wyłączyć i pusto gapić w wijącą się jezdnię, próbując dostrzec mignięcie swojego autobusu. – I wsparcie psychiczne.
– Po szkole pojadę do mamy – uczynnie ją informuje. Zaczął używać tej wymówki, gdy stwierdził, że Jupiter nie jest szczególnie dobrym kłamstwem (Mischy i Ezrze sprzedał bajkę o specjalnej kolonii, w której można mieszkać albo przez cały rok, albo tylko przez wakacje i przy nich rozważa tylko te dwie opcje) bo obóz, który można do woli opuszczać i do niego wracać, kiedy tylko się zapragnie, nie wpisuje się w żaden znany śmiertelnikom koncept.
– Od tego też chyba potrzebujesz przerwy. – Ciemne oczy Merr wwiercają się w niego zza prostokątnych szkieł jej okularów, zawsze tak srogie i obojętne, że Kala przechodzą dreszcze (zwłaszcza gdy orientuje się, że jest podobnie odbierany przez wszystkich dookoła i praktycznie nikt z nich nie może wspomóc się umiejętnością wyczuwania jego emocji). – Mogę ci polecić jakiegoś terapeutę.
– Nie.
– Dam ci numer – stwierdza beznamiętnym tonem i zza etui telefonu wyciąga karteczkę z już zapisanym numerem. Po paru sekundach namysłu, ściąga pierwszy lepszy pierścionek z palca i owija notatkę wokół niego, żeby wcisnąć to zawiniątko w jego dłoń, jak babcia próbująca ukradkiem wepchnąć wnuczkowi pięćdziesiąt dolarów „na lody”.
– Czemu ty to tak…?
– Mischa mi powiedziała, że wtedy to ode mnie weźmiesz. – Wzrusza ramionami. – Nawet jeśli nie będziesz chciał. – Kal nie ma odwagi przyznać, że Mischa miała rację i ze skwaszoną miną chowa pierścionek do kieszeni. – Jak się zmusisz do pójścia do szkoły jeszcze przez jakieś dwa tygodnie, to będziesz miał spokój aż do wakacji. Potem możesz ją równie dobrze zmienić, nie wiem czemu jeszcze tego nie zrobiłeś – rzuca na odchodne i unosi dłoń w pożegnaniu, gdy nadjeżdża jej autobus.
Kal z nieznanego sobie powodu znajduje siebie stojącego na granicy płaczu. Przełyka łzy, tak jak wcześniej przełykał współczucie, litość i to ciepłe, stojące obok miłości uczucie, którymi emanowała Merr.
Gdy nadjeżdża jego autobus, nie waha się, jak zawsze ma w zwyczaju. Wsiada do niego niemal tak pewnie, jak wtedy, gdy dotarcie na lekcje nie sprawiało mu najmniejszego problemu.

Po dniu spędzonym na tworzeniu wybrakowanych i nieczytelnych notatek, ignorowaniu zaczepek Floyda oraz powtarzaniu wszystkim nauczycielom, że czuje się arcybajecznie i nie musi iść do pielęgniarki, otwiera drzwi do mieszkania, żeby rzucić wszystko na podłogę i zapomnieć, że w ogóle wyszedł dziś z domu. Przepełnia go coś w rodzaju dziwnej ulgi oraz poczucia, że o czymś zapomniał, ale nie ma zamiaru nawet zastanawiać się, o czym.
– Jak w szkole? – lekko rzuca ojciec, tonem tak ostrożnym, jak ostrożni są ludzie próbujący oswoić lwa. Kal tylko rzuca mu nieprzyjemne spojrzenie i wzrusza ramionami w geście wyjaśniającym wszystko i nic równocześnie. Anthony utrzymuje na twarzy miły uśmiech i prawie udaje mu się dojść do głosu, ale chłopiec zatyka mu usta, wciskając mu w dłoń wymiętoszoną karteczkę, ledwo co zdjętą z pierścionka (który natychmiast znalazł swoje miejsce na jednym z palców półboga). – A co to?
– Psycholog. – Prawie ucina rozmowę w tym momencie, żeby zamknąć się w ciemnym pokoju na resztę dnia, ale jego myśli, emocje otaczające ojca i coś w rodzaju pokręconych wyrzutów sumienia o nieistniejącej przyczynie zmuszają go do dodania: – Ostatnio nie czuję się dobrze. I muszę zmienić szkołę.
Okrężne peryfrazy są dla niego w tym momencie niemal tak zbędne, jak wydawał mu się pomysł pójścia do jakiegokolwiek specjalisty przed poranną rozmową z Merr. Coś w nim chce usłyszeć zapewnienie, że „przecież sobie radzi”, że „pewnie przesadza”, że „każdy w jego wieku to przeżywa” i żeby „nie wydziwiał”, ale zamiast tego do jego uszu dociera tylko pojedyncze:
– Super.
– Super? – powtarza Kal, prychając w poirytowaniu. Ojciec brzmi na zdecydowanie zbyt uradowanego prośbą swojego dziecka o pójście na terapię. – W którym miejscu to jest super?
– Miałem ci proponować dokładnie to samo. Może bez zmiany szkoły, ale miałem. – Uśmiecha się i zaciera dłonie w geście, który jest wgrany do pamięci każdego ojca. – A, tak poza tym – rzuca, gdy Kal już ma zniknąć w czeluściach swojej jaskini – tuż po zakończeniu roku jedziemy na wakacje.
– Ty jesteś pewien, że to bezpieczne? – Kal powstrzymuje się od dodania na sam koniec jakiegoś epitetu określającego skrajnego hipokrytę, bo właśnie zwraca się z tym pytaniem do człowieka, który zabrania mu zbliżania się do gniazdek elektrycznych oraz boi się, że będę musieli przeprowadzić się na wieś, żeby żaden z laptopów sąsiadów nie przyciągnął do ich mieszkania samego Kronosa.
– Tak – odpowiada ojciec stanowczym tonem. – Posiedzenie w zaciszu natury, wiesz, jakieś drzewka i jeziorko, dobrze ci, znaczy nam zrobi. I do tego będziesz miał tam towarzystwo – Kal nie uznaje tego za plus. – Rodzina mojego, hm, przyjaciela, zgodziła się pojechać tam… tam też – kończy niezgrabnie, wytrącony z rytmu przez daleką od zadowolonej minę Kala. Chłopiec nie raczy nawet westchnąć lub rzucić cierpkim „prześwietnie”, tylko zwyczajnie zamyka się w swoim pokoju, gdzie widok pościelonego łóżka nie powstrzymuje go przed rzuceniem się na nie i pomięcia skrzętnie wygładzonej kołdry.

Budzi się w środku nocy. Gwałtownie, jak po usłyszeniu wystrzału tuż przy uchu, jak po nagłym wstrząśnięciu całego jego ciała, jak lunatyk, którego wyrwano z transu. Podnosi się, podrywa się do pionu, chce się poderwać do pionu, ale powstrzymują go włosy wplątane w szorstkie frędzle dywanu, nogi zaplątane w fale kołdry, dłonie niemające siły go podeprzeć, wszystko ściąga go z powrotem w dół. Desperacko chwyta ramę łóżka, deska boleśnie wpija się w jego dłoń, stuka metal pierścionków uderzający w drewno. Powstrzymuje się przed upadkiem, oczy prawie wypadają mu z czaszki, przerażenie wybucha w klatce piersiowej o moment za późno, krew huczy w głowie.
Nie wie, która jest godzina. Nie ma jak wiedzieć, nigdzie nie ma zegara. Światło księżyca wsuwa się przez niczym niezasłonięte okna, srebrzysta poświata wije się po podłodze i zakurzonym biurku. Kal wyplątuje dywan z włosów i mruży oczy, niekoniecznie rozumiejąc, gdzie w czasie i przestrzeni się znajduje, nie potrafi połączyć faktów, wszystko jest obce i znajome, gorące i zimne, przerażające i spokojne. Ciężar powietrza przyszpila go do ziemi, gdy chce podjąć niemożliwą do wykonania próbę ucieczki. Zmięta kołdra wylewa się z łóżka i pieni się wokół nóg, przepocone ubranie, które nie jest jego piżamą, przykleja się do skóry; czuje każdą fałdę materiału, nieprzyjemnie wrastającą się w ciało. Omiata wzrokiem okno, drzwi, ściany, sufit, powoli przyswaja, że to przecież jest jego pokój. Znajomy, stary i wiecznie taki sam. Jest bezpieczny.
Jest.
Bezpieczny.
Uspokaja oddech, który kiedyś, nie wie kiedy, stał się zbyt szybki i chaotyczny, pochłaniający ogromne hausty ciężkiego, niedocierającego do płuc powietrza. Uczucie niepokoju ściska jego klatkę piersiową, mimo że wszystko jest w porządku. Nic niezwykłego. Próbuje zabić lęk głębszym oddechem, próbuje zabić go wyswobodzeniem się z kołdry, próbuje zabić go zrzucając mokre od potu ubrania, próbuje zabić go, nalewając szklankę wody w kuchni, stojąc tuż przy zlewie, przy którym niekoniecznie wie, jak się znalazł. Pomaga mu chłód płytek podłogowych, dodaje otuchy, że wciąż czuje, że wciąż jest, że jeszcze nie umarł i jest realny.
Krztusi się wodą, gdy nagle rozumie.
Powiedział, że po szkole pojedzie do mamy.
– Kurwa – wyrywa mu się z ust, to żałosne słowo, które wyciska łzy z jego piekących od niezmytego makijażu oczu. Potem dodaje kolejne i kolejne przekleństwo, wszystkie zlewają się w jego głowie w niezrozumiałą maź. Wylewający się z jego ust śluz, pochłaniający wszystko wokół, zasłaniający mu pole widzenia, spowalniający ruchy.
Jaki kolor ma niebo? – pyta sam siebie i sam sobie odpowiada, że niebieski. Jaki kolor ma trawa, ściany jego pokoju, trampki Mischy, włosy Elianne, koszulki obozowe, podłoga ambulato…
Zawiódł, zawiódł na całej linii.
Coś w nim pęka, coś w nim wybucha. Miał obowiązki, ale usnął. Spodziewano się go gdzieś, ale usnął. Centurioni się wściekają, bo on usnął. Elianne się martwi. Bo. On. Usnął.
Mógł zrobić tyle rzeczy inaczej, wszystko inaczej, gdyby tylko nie był taki głupi, bezmyślny, nieuważny, pobłażliwy. Mógł…
Skupia się na kolorach. Nie na eksplodującej pod jego powiekami czerwieni i czerni, na kolorach podłogi, nieba, kuchennych szafek, nieumytego kubka w zlewie. Skupia się na uczuciach poza jego wnętrzem, na ogarniętym sennym spokojem otoczeniu. Wsłuchuje się w szum lodówki i wiatru za oknem, cichy stukot w ścianach budynku. Siada na zimnych kafelkach, opiera głowę na kolanach. Zwraca swoją uwagę na zewnątrz, pozostawia swoje wnętrze samo sobie, pozbawia je oczekiwanej atencji. Wspina się w górę urwiska, w które próbował się wrzucić.
Powietrze wreszcie dociera do jego płuc. Wstaje, żeby przemyć twarz, żeby doprowadzić się do porządku, żeby napić się wody. Wpatruje się w najdrobniejsze szczegóły pogrążonego w mroku mieszkania, trzyma swoje myśli na wodzy, blisko bezpiecznych tematów, które nie wywołują w nim irracjonalnego lęku.
Przeprosi, po prostu przeprosi. Najgorsze, co mogą zrobić, to go zestrofować i pouczyć, żeby już nigdy tak nie robił i stawiał się na czas. Albo powie, że wymiotował pół dnia i nie był w stanie dotrzeć do Obozu. Nie mogą mu nic zrobić.
Niepokój w nim pozostaje, gryzący jego pierś od środka. Powoli staje się coraz mniej agresywny, już nie pochłania go w całości, nie pożera jego serca, ciała i umysłu.
Znów kładzie się do łóżka z nadzieją, że następny dzień przyniesie znacznie mniej rzeczy, przed którymi będzie uciekał.


────
[2183 słow: Kal otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz