„Piąte koło u wozu.”
Imprezę rozkręcił jakiś znajomy znajomego. Nie pamiętał jego imienia. Wiedział tylko, że ma niezłą chatę, zdolną pomieścić około dwudziestu uczestników.
Przyszedł dziesięć minut spóźniony. Nie tłumaczył się, bo przecież jest Izanem Kingiem i tłumaczyć się może co najwyżej swojemu ojcu. To, że jego kolega nie potrafił się zebrać i przez dwadzieścia minut siedział w toalecie, zapewne mając stresową sraczkę, już nie było jego winą.
Od siebie też za dużo nie przyniósł — miał tylko jedną butelkę czystej wódki oraz opakowanie ciastek, które chyba były już przeterminowane, bo znalazł je w dziwnej szafce w kuchni.
— Właź! — warknął do kolegi, który całą drogę narzekał na ból brzucha. Nie chciał tego nawet słuchać. Musieli stawić się na tej imprezie. — Zaraz się wysrasz.
Izan zapukał do drzwi. Chwilę pokręcił się przed wejściem, aż w końcu sam wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie. I tak nikt się nie obrazi.
Po wejściu zdjął ubłocone buty (akurat musieli przejść przez uwaloną ulicę), odwiesił wysłużoną przez lata kurtkę i pogonił Oliviera.
— Wiesz co — jęknął kolega, łapiąc się teatralnie za brzuch — przywitaj się, a ja pójdę do kibla.
Izan nawet nie zdążył odpowiedzieć. Olivier pobiegł w stronę toalety, przeskakując z nogi na nogę. Mógł tylko machnąć na to ręką i pójść do salonu, gdzie siedziała już reszta zgrai. Otoczeni puszkami po piwach rozmawiali o kobietach, grach typowo dla facetów i czymś równie męskim.
— Patrzcie, kto przyszedł! — krzyknął któryś z chłopaków. — Sam Izan King! Cześć Izan!
Podnieśli się wszyscy razem i otoczyli Izana, tak, jakby właśnie spotkali celebrytę, Izan z uśmiechem każdego przywitał, napinając przy okazji mięśnie. Przecież był taki potężny i rozpoznawalny.
— W co tam gracie? — zapytał, zaglądając jednemu chłopakowi przez ramię. Widział rozłożone na stoliku karty. — Poker?
— Nie no coś ty… to zostawiamy na później — zaśmiał się w odpowiedzi. — Jak wszyscy przyjdą to zaczniemy.
— Zagrajcie ze mną!
— Nie, nie, Izan, słuchaj — zaczął Nataniel. Wyglądał na bardzo podekscytowanego. — Zaprosiliśmy kilka osób z innych kierunków. Takiego jednego kujona z pedagogiki też. Czy tam psychologii? Nie wiem, co ten cwel studiuje, ale będzie zabawnie, zobaczysz! — zarechotał nieznośnym nawet jak na Izana śmiechem.
— Cwel z pedagogiki? — zamyślił się, próbując sobie przypomnieć o kim była właściwie mowa. — Chodzi o… blondasa?
— No, a o kogo innego? Przecież to największy laluś na tej uczelni.
Izan się uśmiechnął. Niczego tak bardzo nienawidził, jak tego nieznośnego blondasa (no dobra, Vergila nienawidził bardziej), którego mijał na uczelni. Widząc, jak dziewczyny do niego lgnąły czuł w sobie jakąś niewyobrażalną złość. Przecież to do niego powinny kleić się te wszystkie laski! Jakiś kujon zabiera mu atencję!
— Zabiję go dzisiaj. Przysięgam. — Zacisnął dłonie w pięści i strzelił kostkami. — Zatłukę.
— Kogo bijemy? — wtrącił się Olivier. Dopiero co wyszedł z łazienki.
— Blondasa. Pokażę ci, jak tylko go zobaczę.
Na domówkę przyszło więcej osób, niż Izan zakładał, że w ogóle przyjdzie. Pełno różnych dziewczyn i chłopaków, których nawet nie kojarzył z widzenia, przesiadywała teraz w każdym pokoju w mieszkaniu Nataniela. Rozmawiali ze sobą głośno, komentowali zachowania innych ludzi i pili alkohol. Pili tak, jakby byli dzieciakami Dionizosa i potrafili manipulować swoją trzeźwością, a za parę godzin będą błagać o wybaczenie, klęcząc przed klozetem.
Izan rozgrywał właśnie partyjkę pokera z kolegami. Wygrywał, bo oszukiwał. Nie grał fair. To nie było dla niego zabawne. On MUSIAŁ wygrać. Zawsze. Nieważne z kim gra. Musiał wygrać i kropka.
— Izan King jak zwykle niepokonany — jęknął Nataniel, rzucając kartami na stół. — Nigdy z tobą nie wygram.
Izan wypiął klatkę piersiową. Dumnie uniósł podbródek i wyszczerzył zęby. Pomiędzy jedynkami miał trochę czipsów, które jadł od dobrej godziny.
— Wszystkich dzisiaj rozjebię. Szczególnie tego blondasa.
Gdy to powiedział, do mieszkania weszła kolejna osoba. Przywitała się z siedzącymi obok chłopaków dziewczynami i jak gdyby nigdy nic, poszła dalej. Izana trochę to rozsierdziło. Każdy się z nim dzisiaj przywitał. Każdy. Nawet jeśli osobiście go nie znali, to zbyt bali się go olać.
Podniósł się z siedzenia. W korytarzu mignęły mu w oczach jasne, złociste włosy. To musi być on, pomyślał. Nikt inny nie ma tak denerwująco złotych włosów.
— Ej! — krzyknął. Chłopak się zatrzymał. — Blondas, wiem, że to ty!
— Znamy się? — zapytał ze spokojem.
Izan nienawidził spokoju. Chciał, żeby inni widzieli, jaki jest groźny, potężny i niesamowity.
— Jestem Izan King. Znasz mnie, cwelu, rozmawialiśmy kiedyś!
Chłopak się odwrócił. Na ramionach zarzucone miał specjalne nosidełko, a w nim siedziało małe dziecko. Izan trochę zwątpił, czy na pewno krzyczy na odpowiednią osobę.
— A, tak, to ty. Wiecznie drzesz ryja.
— Co ty powiedziałeś?! — warknął. — Uważaj do kogo mówisz! Wiesz, z kim rozmawiasz? Z AMBASADOREM MARSA! — wrzeszczał, stukając nogą, jak zdenerwowane dziecko.
— Tak się składa, że chuj mnie obchodzi, kim jesteś. Przyszedłem, bo dostałem zaproszenie, a nie mogłem z nikim zostawić dziecka.
— Teraz mnie wkurwiłeś.
— Ty chyba ciągle jesteś wkurwiony — zauważył. — W każdym razie… idę się czegoś napić, a ty baw się dobrze.
Chciał odejść, ale Izan złapał chłopaka za łokieć. Zmusił go, by się odwrócił. By patrzył mu w twarz.
— Słuchaj no. Jak masz na imię w ogóle? Raphael?
— Lucas — westchnął. — Powiesz w końcu, czego ode mnie chcesz? Obudzisz mi zaraz dziecko.
— Chcę z tobą zagrać.
Lucas zaczynał się niecierpliwić. Stali w korytarzu, blokując przy okazji innym przejście i przeprowadzali rozmowę, która do niczego nie prowadziła. Lucas jasno powiedział, że nie będzie się ostro bawił, bo ma ze sobą dziecko, a Izanowi to najwidoczniej przeszkadzało. Co miał zrobić z córką? Zostawić ją bez opieki? Wszyscy, którzy mu dotychczas pomagali poszli na jakieś nudne walentynkowe randki.
— Oddaj komuś dziecko — polecił Izan. — Tak będzie prościej.
Lucas się skrzywił.
— Mam oddać obcej osobie swoje dziecko tylko po to, żebyś zagrał ze mną w głupie karty? — Spojrzał z odrazą na Izana.
— Nie patrz tak na mnie! — krzyknął. — Pamiętaj, że patrzysz na…
—…ambasadora Marsa. Ciągle o tym krzyczysz. Daj sobie spokój.
Izan z rosnącego niecierpliwienia pomyślał, że mógłby zabrać dziecko Lucasowi i oddać swojemu koledze, ale ostatecznie porzucił tę myśl. Byłoby to już zbyt głupie. Szczególnie że to tylko dziecko, które przeszkadza mu w porachunkach.
— Oddaj dziecko Monice. Ona lubi dzieci. Jest, wiesz… przedszkolanką. — Uśmiechnął się, błyskając swoimi brudnymi od chipsów zębami.
Lucas się widocznie wahał. Przytulił córkę i pogłaskał ją po krótkich włosach.
— Ale jeśli jej się coś stanie — zaczął grozić — to urwę ci łeb i rzucę na pożarcie dziwkom.
— Tylko nie dziwki! Nie waż się! Moja głowa jest więcej warta niż jakieś jebiące się panienki!
Lucas poczuł dumę. Jego groźba podziałała. Izan nie mógł go oszukać i oddać dziecko komuś, kto mógłby je zaniedbać.
♡
[1052 słowa: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia + 20 PD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz