Z ciężkim sercem wyciągnęła plik banknotów, skrupulatnie przeliczając każdy papier z osobna. Nie spodziewała się, że będzie musiała pokryć koszta zniszczeń Pęcka. Wróć, spodziewała się, ale nie aż tak wysokich. Miała już się wykłócać, że to nie było aż tak kosztowne, dopóki nie usłyszała w oddali beczenia. Mogli pójść do jakiejś speluny, która w ofercie miała siedlisko hazardu, to może chociaż by się odkuli. Jeśli i tak ich by nie wyrzucono za „dziecko” które żre karty.
Ostatnimi resztkami siły zgarnęła mały paragon z niebotyczną kwotą i wróciła do ich stolika. Ze zdziwieniem zauważyła dwie rzeczy:
1) Było czysto.
2) Za to współtowarzyszy nie było.
Skonsternowana stwierdziła, że w takim razie czekają na zewnątrz.
Konsternacja pogłębiła się, gdy po wyjściu na rześkie powietrze rozejrzała się i w ogóle nie mogła ich znaleźć.
— Eeee. Arnar?
Pęcek w tym momencie mógłby zostać spuszczony w szyb kanalizacyjny i by się nie przejęła. Ale gdzie mógł pójść Pan Cellulitis? Czy serio będzie szukać typa, może i charakterystycznego, w tym cholernym mieście? Westchnęła ciężko.
A może to była właśnie dobra okazja, żeby zmyć się stąd, nie zawracać sobie głowy kolejnymi kosztami i potencjalnymi potworami? Gdyby właśnie poszła w siną dal, tak, jak to miała w zwyczaju? Skierowała się w kierunku noclegu, czekając na zielone światło.
Tylko tym razem coś ją frustrowało. Do głowy wlewały się jej scenariusze, co mogło stać się z Arnar i czemu jeno nie było przed barem. Może teraz potrzebuje jej pomocy, walcząc z potworem przebranym za Pęcka, gdzieś w szemranej alejce? Albo z taksówki wyskoczyli ludzi i wrzucili jeno do bagażnika, porywając dla okupu? Wiedziała, że to mocno irracjonalne, w końcu ile by było warte? Może w tysiącach ale pesos, Lucien by dorzucił kilka Reese's. Tych mniejszych.
— No jasny chuj. — Mruknęła pod nosem znienacka.
Nawet nie zaskakiwało to przechodniów czekających obok niej. Albo mieli słuchawki w uszach, albo byli wystarczająco przyzwyczajeni do ekscesów. Gdy w końcu wyświetlił się zielony ludzik na sygnalizacji, nie ruszyła się z miejsca. Odwróciła się i zmierzyła się z pierwszym problemem.
Gdyby była Arnar, gdzie by poszła? Jak zacząć myśleć i poruszać się jak Hermesiak? Potarła skronie, licząc, że odpowiedź przyjdzie jej znienacka. Może coś było na tej liście, co by zmusiło jeno do skorzystania natychmiast? Raczej nic związanego z piekarnią, bankomat odpadał, dużo tutaj było kamienic, co też nie było na jej bingo.
Skręciła w pierwszą lepszą uliczkę i nasłuchiwała. Cóż, zostało jej sporo podobnych uliczek. Już się nie mogła doczekać, aż przejdzie się wśród szczyn, worków na śmieci, albo natrafi na ślepą uliczkę. Gdyby chociaż miała taką umiejętność, że jakiekolwiek chwasty w okolicy by dawały jej znać, kto tędy przechodził i jak wyglądał.
Dopóki nie usłyszała zawodzenia Pęcka. Pobiegła czym prędzej w jego stronę, tylko po to, żeby ze zdziwieniem obserwować, jak biegnie za limuzyną. Która właśnie ruszyła bezszelestnie na czerwonym świetle. Tego to już satyr nie mógł dogonić.
— Pęcisław, co się odjebało?
— No, ten bęcwał! Zobaczył coś w tej puszce i nawet nie zauważyłem, kiedy ruszyli! Wspomniał coś o liście.
— Co tam było?
— Nie wiem, ty czytałaś t—
— W tej limuzynie, tępy koźle.
— Nie mam pojęcia! Znalazłem soczystą puszkę i czekałem na jeno. Myślałem, że wyjdzie z niej, normalni ludzie, nawet półbogowie, tak robią!
Opadły jej ręce. Częściowo przez to, że jej strachy się spełniły, a częściowo przez to, że teraz w życiu nie dogonią auta. Już widziała oczami wyobraźni, jak tłumaczy Lucienowi, co się stało.
— To ma zaskakująco dużo… Sensu. I co my teraz zrobimy? Nie mam praktycznie pieniędzy na taksówkę. Zapamiętałeś chociaż rejestrację?
— A co to?
— Rozumiem, czyli nie. I co teraz? Jesteśmy bez pieniędzy, bez pomysłów. Bez wsparcia. Z fusów nie wywróżę jeno lokalizacji.
Nie uzyskała odpowiedzi. Tak już siedzieli sobie obaj, na krawężniku, kontemplując różne rzeczy. Satyr patrzył na puszki, Dahlia wbijała wzrok w ziemię. To było zbyt absurdalne. W dodatku odganiała gołębie, żądne okruszków i prawdopodobnie ich towarzystwa.
— Dalej nie wiem co zrobić. Szczególnie bez pieniędzy. — Wymamrotała skapitulowanym głosem.
Satyr odwrócił się do niej. Nie, żeby liczyła na jakiekolwiek wsparcie od niego, ale może go nie doceniała?
— Mam propozycję. Słuchaj, jak potrzesz długo powieki, to widać takie kolorowe plamki.
Patrzyła na niego w ciszy, procesując tą wypowiedź. Najlepsze, na co ją było stać, to kamienną minę oraz powstanie z krawężnika, zostawiając satyra samego.
────
[704 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz