JESIEŃ IV
Zadrżała ze złości, niczym Charybda, która już miała złapać i pożreć Odyseusza. Cholernego Odyseusza, o smaku truskawkowym i formie żelkowych miśków. Jak ON śmiał? Przecież to ledwo od ziemi odrosło, a już się panoszy i, co gorsza, zaciska mocno to cholerne opakowanie żelek.
Przez chwilę się tak siłowali, patrząc na siebie nawzajem. Miała nadzieje, że dzieciak widzi przez te okulary, jak ona wręcz wizualizuje tysiące sztyletów lecących w jego pyszałkowatą twarz. Jak to Dostoj-, nie, Bułhakow mówił: Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy — nigdy!
Uśmiechnęła się jadowicie pod nosem i odpuściła.
— Wiesz co, rozmyśliłam się. Tak naprawdę nie potrzebuję tych twoich głupich żelków.
— Ojej, jaka szkoda, Werrrrcia. — Akcentując przesadnie jej imię, Niketas ostentacyjnie wyrzucił żelki do kosza.
Zatkało ją z wrażenia. Oczywiście, nie chciała dać po sobie tego poznać, ale ta akcja ją ubodła. Ten dzieciak pożałuje, że w ogóle się urodził. Grupową Ateny tak traktować?! I biedne żelki, które nie były niczemu winne?
Nie pamiętała, kiedy ostatnio się tak zirytowała. Szybko rzuciła okiem do notesu. Aha, półtora tygodnia temu, po tym, jak jakiś frajer na randce bezczelnie jej zarzucił, że traktuje wszystkich z góry i mruczy pod nosem jakieś niezrozumiałe cytaty, niemające pokrycia z sytuacją. I że jest agresywna. Oczywiście, Weronika pokazała, gdzie jest jego miejsce, nawrzucała mu coś o byciu cholernym facecikiem z wybujałym ego i odeszła. Mężczyźni to takie cholerne dupki. Oprócz literatów, rzecz jasna. Oni należeli do innego wymiaru, uduchowionego.
— Żebyś wiedział. Wiesz co, wolę poczekać na PRAWDZIWEGO asystenta. Takiego, który nie będzie kwestionował moich rozkazów. I takiego, który nie będzie wyrzucał niczego ważnego do kosza.
Odwróciła się na pięcie, zadarła nos i prychnęła. To powinno pokazać gówniarzowi jego miejsce. Odchodziła niespiesznym krokiem, nawet można by rzec, baletowym. Jakby mogła, to by zakończyła piruetem, ale bez przesady. Nie miała piętnastu lat. Przez myśl przeszło jej, żeby zerknąć w gardziel kosza i wyłowić bohatersko utraconą zdobycz, ale czy by ryzykowała, że ktoś ją zobaczy wkładającą rękę do KOSZA? No właśnie. Wymruczała pod nosem Bądź pan nie takim jak wszyscy, choćby pan miał być tylko sam jeden, takim jaki pan jest, na co jakiś dzieciak z domku Dionizosa przechodzący obok niej zareagował głośnym „co?”. Zignorowała go, przecież nie będzie poświęcać tak nieistotnej kreaturze uwagi, szczególnie gdy w grę wchodzą przemyślenia. Starannie łączone linijkami słów, spiętymi w klamry. Wszystko miało sens, początki, końce, przypisy, odnośniki — w formie równych liter, starannie wykaligrafowanych. Nawet tutaj trzymała ją perfekcja.
Myślała, że będzie prościej. Że dzieciaki same będą lgnąć do tak ciekawego konceptu, jakim było śledztwo. I to nie z byle nikim, a z grupową domku numer sześć. Rozpruty pluszak patrzył na nią smętnie spode łba, siedząc na parapecie.
Domek dzieci Ateny był… uporządkowany. Nawet, jak znajdowało się w nim kilka stołów kreślarskich, teleskopy, rulony papieru, to nie sprawiał wrażenia zagraconego. Przez prostokątne okna przebijało się słońce, ocieplając wnętrze i nadając mu przytulności.
Weronika lubiła myśleć, że w słońcu jej włosy mienią się blaskiem, niczym jakaś galaktyka. Rodzeństwo po prostu wzruszało ramionami na jej poetyckie metafory, odbąkiwując coś o ładnym kolorze i nic więcej. Niektórym widocznie matka poskąpiła nieco humanistycznych darów. Otrząsnęła się i spojrzeniem omiotła planszę, na której dumnie prężyły się figurki szachowe. Gdy jej brat, Maur, zrobił pierwszy ruch, uśmiechnęła się. Ironicznie, jakżeby inaczej.
— Wszystko jest w szczegółach, Maur! — Zagrzmiała.
Biedny dzieciak podskoczył.
— Przecież dopiero zaczęliśmy…
Zanim Weronika mu odpowiedziała, usłyszała pukanie. Podskoczyła, zbyt entuzjastycznie niż by chciała się przyznać, po czym otworzyła drzwi.
Przewróciła oczami na widok gościa, który wczoraj podgrzewał jej ciśnienie, już słyszała, jak "RRRRRR' wwierca się w jej półkule. Niech wszyscy poeci, zarówno martwi, jak i żywi, rosyjscy czy nie, powstrzymają ją przed morderstwem. Powtarzała sobie, że to nie sugestia genewska, a konwencja. Nie spuści atomówki na kpiący uśmiech Niketasa, niestety podpadał jeszcze pod inną konwencję, praw dziecka.
— Eee, kim ty jesteś? — Rżnęła głupa.
— Jednym z detektywów, a co, laleczko? Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Tak jak łatwo mnie nie zignorujesz podczas spotkań grupowych.
— A. Aha. Myślałam, ze grupowym był ten wysoki — Zaznaczyła dobitnie przymiotnik, oczekując reakcji. — blondyn. Z bielactwem. Widocznie domek Hermesa teraz ratuje się jakimiś dzieciakami.
— Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek. Jak ci idą poszukiwania ASYSTENTÓW do sprawy pluszakowej?
Zgrzytnęła zębami.
— Idzie… Dobrze. Nie potrzebuję pomocy. Idź się pobawić z innymi w berka.
— Twoja strata. Życzę powodzenia.
Coś w tym przesadnie życzliwym głosie było nie tak, na tyle, że ciarki przebiegły po jej plecach. Bo co innego, kiedy się ścierali, niczym na szpady, a co innego, gdy ktoś znienacka zaczyna być miły. Niedobrze. Wyjęła notes i zapisała sobie ważną notatkę, na co Niketas zareagował praktycznie tym samym. Podniosła brew, zrobił to samo. Gdy westchnęła i usłyszała taką samą reakcję, zamknęła drzwi przed jego nosem. W prawdziwym nieszczęściu poznaje się swą własną cielesność i duchową moc, ustala się granice swoich „możliwości”, swej fizycznej wydolności i moralnej siły. - mruknęła pod nosem, delektując się rytmem tego zdania.
Nawet nie wracała do partii szachów.
— Przegrałeś. Wystarczyło, że przesunąłeś pionek na c4 i już wiem, że jakiegokolwiek gambitu bym nie użyła, przegrałbyś. — Rzuciła szybko do brata, po czym w swoim aneksie gorączkowo przeszukiwała rzeczy.
— Damy radę, Watsonie. — Podniosła zwycięsko pluszaka, pewna swoich możliwości. - Wracamy na miejsce zbrodni. Ty i ja. No i Dostojewski duchem!
────
[858 słów: Weronika otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz