niedziela, 22 marca 2026

Od Arnar CD Dahlii – „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Arnar otwiera usta, żeby zaraz je zamknąć. Obdarowuje Dahlię drżącym, spanikowanym uśmiechem i wkłada cały swój wysiłek w kopnięcie swojego mózgu i wymyślenie jakiejś dobrej, koherentnej odpowiedzi, ale nagle czuje się jak w grze otome, w której zabrakło nu punktów potrzebnych na wybranie odpowiedniej opcji dialogowej i teraz musi obejrzeć dziesięć reklam albo wydać dwadzieścia dolców, żeby cokolwiek zrobić.
– A co to jest ce-
– Dahlia słuchaj – pytanie Pęcisława zostaje dramatycznie przerwane – to nie tak jak… Okej inaczej. Ja tylko… okej, wiesz co, to jest ta PRYWATNA część listy, do której dostęp mam tyko ja, jasne? – Arnar znowu próbuje wyrwać wyświechtaną kartkę z uścisku Dahlii, ale gdy dochodzi do prostego porównania ich sił, to niestety kobieta ma lepsze statystyki. W tej walce idzie jej aż za dobrze, bo Hermesiak ZA ŻADNE SKARBY nie chce roztargać listy sporządzanej wśród łez i cierpienia (oraz wśród magazynów skierowanych do stereotypowych kobiet).
– Nie, Arnar, TY słuchaj. – Dahlia pochyla się nad stołem pokrytym zmasakrowanym kartonem i nadgryzionymi pionkami. – Pamiętasz, jak usiadłoś ze mną na podłodze i powiedziałoś, że jestem edgylordem?
– Ta, prawie pogubiliśmy wtedy wszystkie szklane kulki – odpowiada całkiem zadowolone z tego, że temat wydaje się dryfować w stronę czegoś zupełnie innego. Nawet się trochę rozchmurza i kolory powoli wracają na jeno twarz.
– To teraz twoja kolej – uroczyście oznajmia kobieta, ale jedyne, z czym się spotyka, to zdezorientowane spojrzenie Arnar. Jeno mózg wyraźnie stara się przeprocesować jej słowa, ale napotyka przy tym niesamowicie dużo trudności, bo jakoś nie uważa siebie za edgylorda. Raczej jest przeciwieństwem. Edgylordowie nie noszą kolorowych koszul, nie rzucają głupimi żartami i w ogóle. Jakoś by się Arnar nie mieściło w głowie, że mogłoby być postawione na równi z Dahlią w takim aspekcie.
– Na bycie… Kurwa, Pęcek! – Hermesiątko odsuwa się od satyra w tempie ultraszybkim, prawie spadając przy tym z krzesła. – Ale żeby tak kolczyki?!
– Weeeeeeź, wyglądają smacznie. – Pęcisław przewraca oczami, ale posłusznie opada z powrotem na swoje siedzenie. – Nudzę się, wylosuj jakąś kartę z pytaniem. To tytan?
– Nie wiem, Lucien mi kupił. – Arnar szybko poprawia kolczyki i przesiada się na kolejne krzesło, byleby być dalej od nieznośnego satyra. Już spokojniej, układa dłonie na stole i ze swoim zwykłym krzywym uśmiechem skupia się na Dahlii. Wyglądającej na ekstremalnie zirytowaną i rzucającej Pęcisławowi spojrzenia pełnie nienawiści. – Pytałom, czy to moja kolej na bycie prawie zgubionym.
– Nie, na bycie skonfrontowanym z rzeczywistością, bęcwale.
– A-aha.
– Wylosuj kartę, mówię coś!
Arnar posłusznie sięga po jedną z rozrzuconych na stole kart. Pomarańczowy i powyginany świstek plastikowego papieru wywołuje w niem jakieś poczucie straty albo żałoby nad dalekim członkiem rodziny, o którego śmierci dowiedziało się miesiąc po pogrzebie. Jak może pozwolić na maltretowanie pionków, planszy i kos- okej, co do kostek musiałoby się zastanowić, to akurat widok tych poszarpanych kart jest dla nieno… co najmniej przygnębiający. Dusza potomka Hermesa domaga się w tym wypadku sprawiedliwości.
– Pęcek, patrzenie na te karty przyprawia mnie o dreszcze – mamrocze, ale satyra najwyraźniej nic to nie obchodzi i tylko pogania Arnar dłonią, żeby przeczytało pytanie. – „Wymień imię na literę L”.
– Lopadotemachoselachogaleokranioleipsanodrimhypotrimmatosilphioparaomelitokatakechmenokichlepi-kossyphophattoperisteralektryonoptekephalliokigklopeleiolagoiosiraiobaphetraganopterygon.
Po pierwszych trzech sylabach Arnar rezygnuje ze zwrócenia Pęcisławowi uwagi, że to ono powinno odpowiedzieć na wylosowane przez siebie pytanie, przynajmniej na ile orientuje się o zasadach tej gry, z której pochodzi karta. Po dzisiesięciu sylabach wymienia z Dahlią zaniepokojone spojrzenia i szepcze jej do ucha o opętaniach z horrorów, które oglądało z młodszym bratem. Potem przestaje liczyć kolejne sylaby. Razem wpatrują się w Pęcisława, dopóki nie skończy i nie oczekuje braw albo czegoś podobnego.
– Dobra, nieważne, zignoruj go. Trolluje – stwierdza Dahlia. – Wracając. Mama cię nie nauczyła, żeby nie wierzyć wszystkiemu, co jest w takich gazetkach? – Przy okazji, daje Arnar subtelne znaki, by zostawiło pieniądze na stole i razem z nią wyszło z tej przeklętej restauracji. Ono jednak nie rozumie jej spanikowanych ruchów oczu, więc tylko rozsiada się wygodniej, zamiast wymyślać wymówki.
– No ej! To prawdziwe imię! Jak pracowałem w obozie…!
– Moja mama też takie czytała! – Arnar przekrzykuje zirytowanego Pęcisława. – Lubiła takie rzeczy, zawsze w łazience mieliśmy taki koszyk z gazetami i…
– Współczuję – beznamiętnie stwierdza Dahlia. – No, to ja cię nauczę. W takich szmatłowcach piszą największe idiotyzmy. I wywołują kompleksy. Czy ty w ogóle masz cellulit?
– No, jakby… – waha się Arnar i próbuje wspomóc się gestami, które niczego nie znaczą. Jeno policzki nagle stają się cholernie gorące, a w tym momencie, pewnie w jedynym momencie w jeno życiu, wszystkie głupie żarciki wypływają z jeno umysłu. Do ścieków. – Ja…
– Co to jest ten cały cellulit? – Pęcisław wreszcie dochodzi do głosu. Buja się na krześle z kopytami wyłożonymi na blacie stołu, niebezpiecznie blisko napoju Arnar. – Ale, BAAAAAAA!!! Sorry, to taki tik. Akhem. Ale my mieliśmy grać. Wy wiecie, ile się napracowałem, żeby…
– Sklej pysk, poważną rozmowę mamy – ucisza go Dahlia. – No. Cellulit to jak ci się. Tłuszcz tak. Nieukłada prosto.
– To trzeba było tak od razu! – Oświecone Arnar zamaszystym ruchem wykreśla z listy usuwanie cellulitu. – Czy ja ci wyglądam na kogoś, kto ma tłuszcz gdziekolwiek?
– Ale to ty to wpisałoś.
– No, każdy czasem głupoty wpisuje. Mam zbyt kościste dupsko, żeby stamtąd jeszcze coś usuwać. – Przelatuje wzrokiem przez listę, jakby miało się tam ukryć kolejne usuwanie cellulitu. – Ej, wszystko ok? – pyta, bo zauważa, że Dahlia siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, w stanie kompletnego załamania.
– Kurwa, myślałam, że masz jakieś kompleksy, a ty po prostu… Nieważne.
– WRACAMY DO GRY!!! – wrzeszczy satyr i, jeśli wcześniej jeszcze tego nie zrobili, zwracają na siebie uwagę prawdopodobnie dziewięćdziesięciu procent gości oraz personelu baru. Jeden z kelnerów wymienia spojrzenia z drugim i kiwają do siebie głowami.
– Przepraszam państwa – Gdy Arnar ma już posłusznie rzucić dziwną kością z tak wielkimi ubytkami, jak mleczaki uzależnionego od cukru dzieciaka, facet z obsługi pochyla się nad ich stołem. – Zakłócają państwo… porządek…?
– Już nawet w planszówki w barze nie można zagrać? Ty z drzewa spadłeś, chłoptasiu? – denerwuje się Pęcisław, na oczach kelnera w najlepsze spożywając kawałki aluminium.
– Oczywiście, już się zbieramy – zapewnia spanikowanego kelnera Dahlia. – Pęcek, weź to pozbieraj, ja zapłacę.
– A ja?
– Ty, Arnar… nie wiem, rób, co zwykle robisz.
Po czym poszła za kelnerem, a Arnar, z niejasnymi instrukcjami, nie wie, czy ma raczej zacząć tasować karty, czy uciekać z baru przez okno w łazience.


bullshitu ciąg dalszy
────
[1011 słów: Arnar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz