ZIMA
Czy prowadzenie dalszej rozmowy z Raine miało sens? Najprawdopodobniej nie, ale Filemon nie mógł się już powstrzymywać, kiedy z ust autystycznego dziecka padło słowo „potwory”.
W pierwszej chwili się z odrazą skrzywił, a potem zacisnął dłonie na kierownicy roweru. Zwolnił trochę, żeby ten nieznośny dzieciak mógł go dogonić i kiedy Raine z nim zrównało, powiedział:
— Słuchaj, ty nieznośny bachorze. Nie ma żadnych potworów. Jak potrzebujesz, to skontaktuj się z psychiatrą, a nie ze mną, dobrze?
Raine to widocznie zszokowało, bo przecież nie takiej odpowiedzi się spodziewał od możliwego półboga. Propozycja wymiany numerami telefonu uargumentowana tym, że w razie niebezpieczeństwa mogliby siebie informować, brzmiała przecież całkiem dobrze. Dlaczego Filemon ją odrzucał?
— Ostatnio jakiś tam pegaz się kręcił koło twojego banku. A może nie pegaz? — zamyśliło się. — W każdym razie było to coś dużego i możliwe, że niebezpiecznego. Zawsze lepiej mieć drugą osobę do pomocy, prawda?
— Masz zwidy — Filemon bezskutecznie próbował pozbyć się dzieciaka. — Gdzie się naoglądałeś takich bajek?
— Przecież też go widziałeś!
Filemonowi pozostało tylko przyspieszyć i oddalić się od dzieciaka w jak najszybszym tempie.
— Rozumiem, że jesteś chory psychicznie, ale mnie wkurwiasz. Jestem dla ciebie obcą osobą.
— Właśnie, że nie jesteś. — Uśmiechnął się promiennie. Może chciało wzbudzić w Filemonie jakieś pozytywne uczucia. Szkoda, że najprawdopodobniej uzyska odwrotny wynik od zamierzonego. — Pomogłeś mi z kredytem i dzięki tobie udało mi się kupić moje ukochane grzyby. Chcesz je poznać? Mam wrażenie, że by ci się spodobały.
— Ostatni raz ci powtarzam: nienawidzę grzybów.
To były ostatnie słowa, które usłyszało Raine od Filemona. Pracownik banku przyspieszył i pognał przed siebie tak szybko, że prawie przejechał kilku kolejnych przechodniów. Wszystko, żeby tylko nie mieć więcej do czynienia z tym bachorem.
Nawet w pracy nie mógł się już czuć bezpieczny. W zwykły wtorkowy poranek, schodząc na dół, zobaczył krzątającego się dzieciaka z granatowymi włosami. Nie musiał nawet długo myśleć, żeby sobie przypomnieć upierdliwego dziwaka, który o swoich grzybach opowiadał jak o zwierzętach domowych.
Westchnął i z uniesioną głową próbował przejść do pomieszczenia obok.
— Przepraszam!
Wesoły głos Raine próbował pracownika zatrzymać, ale Filemon potraktował to zawołanie jak zwodzący śpiew syren i nieruszony wszedł do pomieszczenia dla pracowników. Zamknął przed nosem granatowowłosego dzieciaka drzwi z plakietką, na której widniał wytłuszczony napis: WSTĘP TYLKO DLA UPOWAŻNIONYCH.
— Wyglądasz dzisiaj inaczej — zauważyła siedząca przed komputerem kobieta. Nawet nie musiała na niego patrzeć, żeby to stwierdzić, a Filemon nie musiał widzieć jej twarzy, by wiedzieć, że dziwnie marszczy brwi. — Ktoś cię śledzi?
Tylko głupi dzieciak, odpowiedział w myślach. Nie przyzna przecież, że nie umie się pozbyć jakiegoś fanatyka grzybów.
— Przyniosłem dokumenty — odpowiedział wymijająco, kładąc na biurko współpracownicy stos kartek. — Wychodzę.
Filemon miał bardzo bezpośrednią osobowość. Nigdy nie siedział ludziom na głowach. Nie zostawał z nimi, by pogadać o pięknej pogodzie albo żeby wymienić się ploteczkami o nieznośnej pani Kasi. Wyjątek od reguły stanowiły może dwie osoby, ale na tym się kończyła jego otwartość. Tak to zawsze prezentował się oschle i skurwysyńsko; jakby wiecznie miał zły dzień i nigdy się nie wysypiał.
Raine najwidoczniej tego nie zauważało, bo gdy tylko wyszedł z pomieszczenia i ruszył w kierunku wind, by podjechać dwa piętra, ruszył w kierunku Filemona. Prawie potknęło się o własne nogi (być może crocsy były o dwa rozmiary za duże), ale zdążyło przed przyjazdem windy.
— Proszę poczekać!
Pierwsza myśl, która pojawiła się w głowie Filemona, to porównanie Raine do obgryzionego przez ślimaki muchomora. Drugą myślą natomiast było to, że to zdecydowanie jeden z najgorszych dni w jego życiu.
— Śledzisz mnie? — zapytał, kryjąc oschłego tonu. Myślał, że może w ten sposób pokaże dzieciakowi gdzie jego miejsce (w jaki inny sposób mógłby się go niby pozbyć?). — Jeszcze raz przyjdziesz do mojego miejsca pracy, to cofnę twój kredyt. I zabiorę ci wszystkie grzyby, jakie tylko przy sobie masz.
— Nie, nie, to nie tak! — zaczęło się tłumaczyć. — Naprawdę widzę coś dziwnego. Jakiegoś stwora. To może być niebezpieczne.
Filemon zacisnął zęby. Jeszcze chwila. Jeszcze pięć minut, a nie powstrzyma buzującej w nim złości i przypadkowo wybije Raine zęby.
Winda przyjechała. Drzwi otworzyły się zachęcająco, a Filemon uznał to za swój moment, by od niego uciec. Szkoda, że nie przewidział sytuacji, w której Raine wsiada za nim, bo nie rozumie najprostszych znaków.
— Kim ty jesteś? — zapytał zrezygnowany, kiedy winda ruszyła.
— Raine. — Uśmiechnęło się. — Już ci się chyba przedstawiałem, co nie?
Podeszło niebezpiecznie blisko. Filemon nawet nie miał się gdzie wycofać, bo ograniczała go tylko ściana windy.
— Filemon — przeczytał.
Szlag, przeklął w myślach. Zapomniał zasłonić ten cholerny identyfikator.
— To bardzo ładne imię.
— Super — westchnął. — To teraz dasz mi spokój?
— Nie mogę. — Pokręciło głową. — Tutaj naprawdę coś się dzieje. Wymieńmy się numerami, proszę…
Winda się zatrzymała, a kiedy drzwi się otworzyły, Filemon zobaczył kilku współpracowników. Każdy z nich spojrzał ze zdziwieniem na mężczyznę i na towarzyszącego mu dzieciaka.
— Dobra — warknął. — Chodź stąd. Nie chcę, żeby ktoś widział, jak z tobą rozmawiam.
Wyminęli grupkę pracowników. Raine nawet nie kwestionował, dlaczego Filemon zabiera go akurat do pracowniczej toalety, ale i tak tam poszedł.
— Dam ci numer — zamknął za sobą drzwi — a ty mi dasz swój. I przestaniesz mnie prześladować, okej?
Raine stało już z uszykowanym zielonym telefonem. Filemonowi przypominało to bardziej małą cegłę albo kolorowy kamień. Musiał się chyba przyzwyczaić, że Raine było specyficzne i wszystko, co miało przy sobie nie będzie wyglądać normalnie.
— Musimy zająć się tym potworem — naciskało dalej. — Jakbyś nie by był półbogiem, to byś nie wiedział o czym mówię.
— Nie wiem o czym mówisz.
— Spoko, ja też jestem półbogiem. Musimy trzymać się razem. Tutaj jest niebezpiecznie itepe, itede. Rozumiesz?
— Dostałeś mój numer. Daj mi już spokój.
Ktoś zapukał do drzwi. Gorszego momentu nie mogła sobie wybrać. Dla Filemona ta toaleta była jedynym spokojnym miejscem na tym piętrze, a teraz będzie wyglądać w oczach pracowników... nawet nie chce wiedzieć jak.
— Nie pisz do mnie — pogroził dzieciakowi palcem. Wyglądał jak zdenerwowany na nieznośną klasę bachorów nauczyciel matematyki. — Nie dzwoń też.
Otworzył drzwi i wyszedł pierwszy. Nawet nie spojrzał stojącej po drugiej stronie kobiecie w oczy. Chyba umarłby z żenady.
Raine zaraz go dogonił.
— Może spotkajmy się jutro?
Nie wiedział, dlaczego spotkało go takie nieszczęście, bo nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem tak bardzo zgrzeszył. Za co to była kara? Ostatnio nakrzyczał na kogoś w niedziele, czyli dwa dni temu. To długo jak na niego.
— No, pewnie — rzucił, w głowie planując już zmianę numeru telefonu. — Zjedź windą na parter. Nie możesz tutaj być.
Grzybku?
────
[1043 słowa: Filemon otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz