ZIMA
Artem nie był typem psiarza i trochę nie wiedział, co ma zrobić ze skaczącym na niego jamnikiem. Edgar w tym czasie ściągał z nóg buty, a piesek nie przestawał się wokół nich kręcić, widocznie zadowolony, że w końcu znalazł się w ciepłym miejscu i nie musi wyżerać śmieci ze śmietników.
— Nie zatrzymam go.
Chciał postawić sprawę jasno. Nie chodziło nawet o bezpieczeństwo żab. Artem zwyczajnie uważał, że byłby tragicznym właścicielem dla pieska. Szczególnie takiego małego, bo jeśli kiedykolwiek zdecydowałby się na psa, to wybrałby większego przedstawiciela tego gatunku.
— Proszę.
Edgar złożyło ręce jak do modlitwy i błagalnie spojrzało na Artema.
— Wiesz w ogóle kto jest jego właścicielem?
Przeszli do salonu. Odkąd ich relacja się trochę… poprawiła, Artem wyniósł terraria z powrotem do drugiego pokoju. Chociaż żab nie dało się zauważyć na pierwszy rzut oka, Edgar panikowało na sam widok szklanego pudła.
— Raczej jest bezdomny. Widzisz jaki jest wychudzony i brudny? — Usiadło na malutkiej kanapie. Nadal było dosyć spięte i nie czuło się komfortowo, gdy przebywało w mieszkaniu Artema. — Sprawdzę to jeszcze u weterynarza. Potrzebuję po prostu tymczasowego miejsca dla niego.
— Oriana ci zabrania mieć psa?
Jamnik wskoczył na kanapę i wgramolił się Edgarowi na kolana. Jego brudne łapki odcisnęły ślady na spodniach policjanta.
— Nie tyle, co Oriana. — Podrapało pieska za uchem. — Właściciel mieszkania nie byłby z tego powodu zadowolony.
Artem zacisnął wargi. Nie chciał mieć na swojej głowie psa, ale też nie miał serca wyrzucać Edgara z mieszkania razem z tym bezbronnym stworzeniem.
— Mogę go zatrzymać — westchnął. — Ale na chwilę.
Edgar zabrało psa do weterynarza niedługo po tej rozmowie. Chciało sprawdzić, czy pies na pewno jest bezdomny; a było tego prawie pewne po jego wyglądzie i tym, że nigdzie nie widziało ogłoszeń o zaginionym psie.
To, co usłyszało przerosło chyba wszelkie oczekiwania. Spodziewało się, że pies jakimś cudem może mieć właściciela, ale uciekł na tyle daleko, że ogłoszenia o zaginięciu tutaj nie dotarły. Spodziewał się także, że jest zwyczajnie bezdomny lub został porzucony i nie ma nawet chipa. Nie spodziewał się natomiast, że pies okaże się zwierzakiem nijakiego Terry'ego Janssena, zamordowanego około trzy miesiące temu dzieciaka.
To oznaczało tylko jedno — pies tragicznie stracił właściciela i przez trzy miesiące krążył wokół miejsca masakry, bo był tak bardzo zżyty z dzieckiem. Egdar mogło go tylko oddać do schroniska, ale widząc te maślane orzechowe oczka, nie mogło się do tego przemóc. Można powiedzieć, że się trochę w tym jamniku zakochało.
— Nie uwierzysz!
To były pierwsze słowa, które rzucił już od progu do Artema, kiedy wrócił z psem od weterynarza.
— Pies ma właściciela, a my go przetrzymujemy nielegalne w mojej chacie?
— Gorzej. — Rzuciło swój płaszcz w kąt, bo nawet nie chciało się fatygować, żeby go odwiesić na wieszak. — O wiele gorzej.
Poszło do salonu razem z ucieszonym, nieczego nieświadomym, pieskiem.
— Ten pies należał do tego zamordowanego dzieciaka.
— Którego? Dużo ich umarło chyba, co nie?
Artem nie siedział. Stał w wejściu do salonu z założonymi na piersi rękoma.
— Terry Janssen. Okazuje się, że ten pies musiał przez trzy miesiące krążyć wokół miejsca, gdzie go zamordowano. Smutne, prawda?
— Mam nadzieję, że moje żaby też by tak tęskniły, gdybym umarł.
— Nie żartuj sobie — warknął, poirytowany. Edgara musiało to teraz szczególnie boleć. Zdążyło zapomnieć o tej sprawie tylko na chwilę, bo teraz przypadkowy pies musiał to wszystko zniszczyć. — Nie chcę go oddawać do schroniska. Przywiązał się do mnie… chyba.
— Nie zostanie u mnie dłużej — ostrzegł go Artem. — Mówiłem serio. Znasz mnie.
Edgar przegryzło wargę. Od początku znajomości wiedział, że Artem nie pozwalał sobie na przekraczanie postawionych granic. Tej upartości nie przerwałby nawet jamnik z orzechowymi, wielkimi oczami.
Patrzyli się na siebie w ciszy, Edgar z nadzieją, że Artem może jednak się złamie, a Artem czekał, aż Edgar odpuści.
— Nieważne. Pogadam o tym z Orianą.
— Masz w ogóle dla niego jakieś rzeczy?
— A co? Znasz jakiś dobry sklep zoologiczny?
Artem znał dobry sklep zoologiczny. Chodził tam co jakiś czas, żeby kupić robaki dla swoich żab. Nie patrzył co prawda na dział z psimi rzeczami, ale musieli mieć jakieś obroże i smycze.
— Nazywa się on jakoś? — zapytał Artem, kiedy wchodzili do sklepu. Mały towarzysz truchtał tuż obok nóg Edgara. Chyba już sobie wybrał właściciela.
— W bazie danych zapisany jest jako Ryjek. Całkiem urocze imię, co nie?
— Widać, że nazywał go dzieciak — prychnął śmiechem. — Zostawiasz mu to imię?
Edgar przykucnął przy alejce z psimi przysmakami. Wziął do ręki jedno opakowanie i pokazał pieskowi.
— Nie ma sensu go zmieniać. Wątpię, że zacząłby reagować na inne.
Uniosło wzrok. Artem tylko wzruszył ramionami.
— Nie znam się na psach i na ich żarciu.
Edgar przewróciło oczami i podniosło się proste nogi. Skoro tak, to uznał, że przysmaki będą dobre i je weźmie.
Potem jeszcze wybierali miski, jakieś legowisko, obroże i smycz. Edgarowi zabrakło rąk do noszenia tego wszystkiego, więc Artem cały czas robił za tragarza. Obładowany psimi rzeczami wrócił do mieszkania Edgara.
Oriana otworzyła im drzwi niechętnie i jeszcze bardziej niechętnie spojrzała na jamnika. Poznała go już i powiedziała Edgarowi, że nie mogą go zatrzymać; ale rozmowa z Edgarem czasem polegała na odbijaniu piłeczki od ściany.
— Rozumiem, że nie mam zdania na ten temat? — Spojrzała na rzeczy, które trzymali w rękach. To jedno wielkie legowisko zrobiło na niej szczególne wrażenie. — Świetnie.
— Nie denerwuj się. Nie będzie ci wchodzić do pokoju — powiedział tylko Edgar i szybko poszedł do siebie. Artem cały czas szedł za nim z wypchanymi po brzegi siatkami oraz legowiskiem pod pachą. Musiał wyglądać komiczne.
Artem wcisnął się do pokoju i zamknął drzwi nogą. Siatki z zakupami cisnął na łóżko Edgara.
— A może zmień mu imię na takie groźne?
— Twoja żaba nazywa się cukierek, z tego, co pamiętam.
— Pierdol się, nie znasz się na imionach. — Położy legowisko na ziemię. Ryjek od razu wszedł je obwąchać. — Psa bym nazwał demon.
— Musisz aż tak podkreślać swoją męskość?
— Na każdym kroku. — Uśmiechnął się złośliwie. — Trzeba jakoś zaznaczyć dominację.
Na ich nieszczęście ściany w tym mieszkaniu były zrobione chyba z kartek — na tyle cienkie, że Oriana słyszała praktycznie każde ich słowo i poirytowana musiała dawać im znak pukaniem, żeby byli trochę ciszej.
— Odpukaj swojej przyjaciółce, Edgar. Zaznacz dominację.
zdominuj mnie prosze uwu
────
[1000 słów: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz