Przez chwilę przyglądał się Dahlii, trochę zaskoczony, a trochę zainteresowany złożoną mu propozycją.
Kiedy ostatnio miał broń w dłoni? Rzadko trafiał na potwory. Może nawet na tyle rzadko, że powinien się tym martwić. Po odejściu z obozu ćwiczył jeszcze jakiś czas walkę mieczem, ale z upływem lat znajdował na to coraz mniej czasu, chęci i sprzyjających okoliczności. Ostatnio największym zagrożeniem byli pijani klienci barów, w których czasem pracował, a na nich półboska broń i tak by się nie sprawdziła. Czasami w ogóle zastanawiał się, czy jest jeszcze sens, by nosił ją przy sobie, a potem i tak to robił, bo był pewny, że gdy przestanie, to akurat w pobliżu pojawi się jakiś potwór.
Na chwilę przeniósł wzrok na marną szablę, która w najlepszym wypadku mogła posłużyć do podbicia oka jakiemuś dzieciakowi, który podszedł trochę zbyt blisko. Ewentualnie, w trochę lepszych okolicznościach, podbicia oka samemu Chaitowi albo Dahlii. Zdecydowanie nie była narzędziem mordu potworów czy ludzi.
– Czemu nie – odpowiedział w końcu. Na jego ustach błądził uśmiech, który mógł, zależnie od interpretacji, zostać odebrany jako nieco zbyt wyniosły albo wyrażający tysiąc wątpliwości.
To drugie byłoby zdecydowanie bardziej zgodne z prawdą. Był półbogiem, nie mógł zapomnieć, jak się walczy. Miał ADHD, miał lata treningu, nawet jeśli z kilkuletnią przerwą. A mimo to nie do końca w to wierzył.
Chait upewnił się jeszcze, że na pewno żaden dzieciak nie przekroczył tej bezpiecznej granicy, za którą nic nie mogło mu się stać. Teoretycznie żaden nie powinien – byli za barierkami, w pewnej odległości. Teoretycznie wszyscy byli bezpieczni. Za długo pracował z dziećmi, by w to bezpieczeństwo wierzyć. To, że teraz wszystko wyglądało w porządku, mogło bardzo szybko się zmienić.
W końcu jednak sam sięgnął po szablę. Szabelkę? Plastikowy wytwór o kształcie szabli? Była lekka i raczej mało wytrzymała. Dzieciaki nie szukały tu przecież realizmu. On tez go nie szukał. Mogli robić sobie sparing, ale nie zamierzał traktować tego bardzo poważnie.
Dahlia była silniejsza od niego. Wiedział to jeszcze zanim w ogóle zgodził się na jej pomysł, ale i tak go to zaskoczyło. Musiał wycofać się pod jej naporem. Dźwięk uderzających o siebie kawałków cienkiego plastiku był nieprzyjemny, irytujący bardziej, niż dźwięk prawdziwych mieczy.
Na początku strasznie go to rozpraszało.
Wymieniali się szybkimi, krótkimi ciosami. Trochę zbyt poważnymi, jak na miejsce i okoliczności, ale taka już chyba była natura półboga. I tak się powstrzymywali: plastikowe rekwizyty nie były stworzone do prawdziwego sparingu.
Chait był słabszy od Dahlii, ale był od niej szybszy i bardziej zręczny. Niewiele, ale wystarczająco, by prowadzić bardziej wyrównany pojedynek.
Chociaż ciężko było nazwać to pojedynkiem, gdy broń była największym przeciwnikiem.
Przy każdym cięciu plastik wydawał niepokojący dźwięk. Każde pchnięcie i każdy zablokowany atak sprawiały, że szabelka wyginała się w nienaturalny dla niej sposób.
Chait sparował kolejny cios, a na plastiku został ślad po startej farbie.
Poprawił uchwyt i wyprowadził kolejny atak. Dahlia zablokowała uderzenie. Naparł mocniej, nie pozwalając jej odzyskać kontroli. Broń wydała niepokojący dźwięk.
Szabelka zgięła się w sposób, w który nigdy nie powinna się zgiąć i tak już pozostała. Przez ułamek sekundy Chait zastanawiał się, czy rzucić nią jak bumerangiem – przede wszystkim ku swojej własnej uciesze. Może rozbawiłby też Dahlię. Na pewno nie byłoby w tym nic złego, dopóki w nikogo by nią nie trafił.
W końcu jednak odsunął się, stanął prosto, jeszcze przez chwilę patrząc na to, co przed chwilą było rekwizytem. Potem podniósł wzrok.
– Cóż. To… chyba oznacza, że przegrałem. – Uśmiechnął się, rozkładając ręce w bezradnym geście.
Zanim zdążyła mu odpowiedzieć, gdzieś zza barierek dotarły do nich piski i klaskanie. Odwrócili się w dokładnie tym samym momencie.
Grupka dzieci, w większości tych trochę starszych, wpatrywała się w nich z błyszczącymi oczami. To te młodsze, w liczbie sztuk trzech, piszczały i klaskały. Jedna z dziewczynek podeszła pod same barierki, zaciskając na nich dłonie i nie odrywając wzroku od Dahlii. Za nimi, bliżej tego dużego statku, Chait zauważył jednego z koordynatorów. Przyglądał im się, ale ciężko było odczytać cokolwiek z jego twarzy. Nie wydawał się zły, ale mogło to być krótkie i mylne wrażenie.
Chait zerknął kątem oka na Dahlię. Potem uśmiechnął się promiennie do dzieciaków, kłaniając się im teatralnie i po cichu chowając zgiętą szabelkę za plecami.
Skoro dzieciaki tak dobrze się bawiły, to nie zamierzał teraz im tego niszczyć.
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz