W pierwszej chwili Winter był daleki do martwienia się o Ziona.
Znał go już kilka ładnych lat i w tym czasie zdążył poznać go na tyle, żeby wiedzieć, że Zion jest w stanie sobie poradzić w różnych sytuacjach. Najczęściej tracił głowę, jeśli chodziło o kobiety, ale nie zdarzało się to na tyle często, żeby Winter nie musiał potraktować takich sytuacji tylko przewróceniem oczami i bardzo dramatycznym aktem udawanych odruchów wymiotnych. Umiał walczyć, a jeśli sytuacja mu na to nie pozwalała, potrafił wychodzić z nowymi strategiami.
Znał go na tyle, że wiedział, który kubek jest jego ulubionym i że zawsze dopijał kawę, nawet jeśli zatracał się w pracy i zapominał o niej na tyle, że była już zimna. Znał go na tyle, żeby wiedzieć, że nie zostawiał płyt winylowych pozostawionych na gramofonie, nawet jeśli miał tylko wyjść do sklepu po jedną rzecz, bo — jak mówił — płyty winylowe nie były wieczne i dopóki się nie zepsują, chciał pochłaniać każdą minutę muzyki Beatlesów na własne uszy. Wiedział o Zionie, że w życiu nie ruszyłby się z mieszkania bez zegarka, bo „czuł się bez niego jak bez ręki” i znajomość czasu dawała mu bezpieczeństwo (nawet, jeśli potrafił odczytywać godzinę z zegara słonecznego i na jeszcze kilka innych, zapewne starożytnych i na wpół zapomnianych sposobów).
Wszystkie te wyżej wymienione rzeczy zostały porzucone w połowie i właśnie to spełniało kryteria martwienia się o Ziona.
Nie było żadnych śladów walki, to można było stwierdzić od razu. Tym bardziej zastanawiało go to, dlaczego spatha mężczyzny nie leżała w swoim zwyczajowym miejscu za szafą.
— Mogę już dotykać rzeczy? — zapytał Winter, bardziej sarkastycznie niż docelowo zamierzał, bo zanim Blanche mu w ogóle odpowiedziała, wyłączył gramofon i odłożył płytę na miejsce. Drażniło go to, że nic nie było tak, jak powinno.
I tak przegrzebał część szafek Ziona, jeszcze zanim Lemieux tu dojechała. Sprawdził, czy nie zostawił jakiejś karteczki, na przykład na lodówce lub poduszce. Może Zion nie wiedział, że Winter miał przyjść tego wieczoru, ale i tak bywał tu na tyle często, że w sytuacji awaryjnej Zion raczej zostawiłby mu jakąś wiadomość.
Blanche posłała mu jedno z tych swoich rodzicielskich spojrzeń, które od jakiegoś czasu często jej towarzyszyły.
Miał wrażenie, że przestanie niedługo farbować włosy na kolor biały tylko dlatego, że sama zostanie z siwymi włosami. Odkąd Millerowie się do niej wprowadzili, stresowała się praktycznie cały czas, a przecież początkowo ich relacja polegała na tym, że kobieta miała nauczyć go, jak bronić się w życiu przed potworami. Biorąc pod uwagę to, że Winter dożył siedemnastki, jej misja zakończyła się powodzeniem.
Szczerze mówiąc, trochę go to irytowało. Nikt do tej pory mu jeszcze aż tak bardzo nie matkował. Blanche przyjechała w… ile? Pięć minut, odkąd do niej zadzwonił? Jakim cudem pominęła nowojorskie korki? Ile mandatów za przekroczenie prędkości odbierze za kilka dni ze skrzynki?
Winter chwycił leżący na szafce portfel Ziona i sprawdził, czy może nie wziął ze sobą pieniędzy w gotówce.
— Zion ci nie mówił ostatnio o czymś, że będzie musiał coś załatwić? Albo, nie wiem, że ma jakieś problemy? Coś go śledziło?
Czasem czuł się przy nich jak dziecko rozwodu. Niedługo po tym, jak Winter poznał Ziona w nieco specyficznych warunkach, bo Blanche musiała ratować skórę im obojgu, ta dwójka zaczęła się ze sobą lepiej dogadywać. To znaczy: Winter wiedział, że coś między nimi było, chociaż nie mówili o tym szczególnie otwarcie. Pamiętał, że spędzili razem walentynki. Najwyraźniej do siebie nie pasowali, bo po jakimś czasie Winter przestał słyszeć o ich spotkaniach. Nigdy nie dopytywał o szczegóły. Nadal się lubili i umieli przebywać w swoim towarzystwie, zwłaszcza jeśli chodziło o niego, ale w atmosferze zawsze dało się wyczuć jakąś nikłą nutę niezręczności. Pomaganie sobie w sprawach awaryjnych, kiedy drugiemu mogło grozić niebezpieczeństwo, też nie było kwestią dyskusyjną. Nie zmieniało to faktu, że czasami głupio tęsknił za tym, jak na początku ich relacji była tylko ich trójka. Blanche nie musiałaby zadawać mu tych pytań, gdyby sama częściej z nim rozmawiała.
— Nieszczególnie — powiedział. — Ale ostatnio częściej siedział w książkach o mitologii.
Westchnął i opadł na krzesło przysunięte do stołu, na którym leżała samotna, zimna już filiżanka kawy i jedna z otwartych książek Ziona. Nie umknął mu fakt, że Blanche kątem oka obejrzała krzesło, na którym siedział, tak, jak gdyby satynowa poduszka miała zaraz wybuchnąć mu pod dupą.
— Czyli pewnie czegoś szukał — bąknęła Blanche, bardziej do siebie, niż do Wintera.
Winter przyciągnął do siebie otwartą na blacie książkę. Po samej okładce mógł stwierdzić, że książka ta miała więcej lat niż on, więcej lat nawet niż Zion i Blanche razem wzięci. Była oprawiona w prawdziwą skórę, naderwaną ze wszystkich stron, najwyraźniej sponiewierana przez bycie studiowaną przez wielu uczonych. Miała wytłoczony tytuł złotą nicią, ale Winter nie był w stanie go przeczytać. Kiedy przewertował kartki do strony, na której porzucił czytanie Zion, zdał sobie sprawę, że tekst nawet nie był w żadnym ze znanych mu języków. Jedyne, co rzucało mu się w oczy, to powtarzane wielokrotnie słowo „Amazon”.
Parsknął sam do siebie. Blanche odwróciła się i przyciągnęła książkę bliżej siebie.
— Ludzie kiedyś zamawiali z Amazonu przez książkę, czy co? — prychnął.
Blanche nie zaśmiała się. W odpowiedzi nawet nie oderwała wzroku od strony, tylko zmarszczyła brwi.
— To łacina — stwierdziła.
— Nie lepiej byłoby czytać w starożytnej grece?
— Właśnie to mnie zastanawia. Łacina to język Rzymian, a ta książka nie jest o Amazonie, tylko o Amazonkach.
— Wiedziałaś, że Zion jest potomkiem Kwiryna? — Przypomniało mu się to na wspomnienie o Rzymianach. Nagle wydało mu się to istotną informacją, skoro Zion najwyraźniej potrafił odczytywać łacinę.
Blanche pokręciła głową. Przewertowała kilka kolejnych stron w poszukiwaniu nowych informacji, chociaż Winterowi wydawało się, że nie zna łaciny tak samo, jak on.
Dopiero wtedy kątem oka Winter dostrzegł stojące przy ścianie pudło. Był przekonany, że nie było go tam wcześniej, bo jakim cudem go do tej pory nie zauważył? Myślał, że zajrzał w każdy kąt mieszkania Ziona. Pudło było otwarte, z rozerwaną taśmą na górze, a na jego boku wydrukowane było logo — o, ironio — Amazonu. Wstał od stołu, podczas gdy Blanche nadal była zajęta przeglądaniem każdej ze stron po kolei, i zdecydował się sprawdzić zawartość paczki.
Ukucnął przy pudle. W środku znajdowało się coś, co wyglądało jak metalowa kula, chociaż barwa bardziej przypominała spiż klingi jego miecza. Między dwiema półkulami znajdowała się przerwa.
— Na pewno nikt nigdy nie zamawiał z Amazonu przez jakiś, nie wiem, książkowy katalog? — zapytał. — Tutaj jest jakieś zamówienie. Może Zion się interesował wszystkim, co związane z Amazonem? Czy Amazon ma w ogóle coś wspólnego z Amazonkami? — paplając, wyciągnął palce w stronę metalowej kuli.
— Chwila, zamówienie? Z Amazonu? — powtórzyła.
Opuszki palców Wintera zetknęły się z metalową powierzchnią. Jakiś mechanizm pod palcami Wintera kliknął. Kula wydała z siebie słyszalne pssst, ale dopiero po kilku sekundach do jego nozdrzy dotarł wyczuwalny zapach siarki.
— WINTER, NIE DOTYKAJ TEG–…
Usłyszał kolejne kliknięcie, a potem kula wybuchła greckim ogniem, pochłaniając Wintera i mieszkanie Ziona.
────
[1128 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz