LATO, rok temu
Havu nie miał na sobie butów ani skarpetek. Jego bose stopy grzęzły w jeszcze chłodnym piachu. Nieprzyjemne uczucie potęgowało chęć ucieczki stąd; ale dokąd mieli uciec, jak dookoła otaczała ich tylko plaża i śpiące jeszcze miasteczko?
W oddali zauważyli mężczyznę z psem. Musiał wyjść na spacer zaraz po wschodzie słońca i teraz kierował się w stronę swojego domu. Zauważył trójkę przybłędów na plaży i przystanął, żeby im się przyjrzeć. Havu poczuł potrzebę zażartowania z tej niezręcznej sytuacji. Uniósł rękę i pomachał do faceta. O dziwo spotkał się z odpowiedzią. Może był już przyzwyczajony do dziwaków chodzących po plaży po dziewiątej rano?
— Całkiem fajna sztuczka — powiedział do Vincenta.
Chłopak przykucnął i smutno wpatrywał się w niskie fale, uderzające o brzeg. Wyglądał jak przygnębiony szczeniaczek.
— Nie wyszła mi — odpowiedział. Nie chciał nawet wstawać. Rysował palcem w mokrym piasku. — Jak zawsze. Nigdy się nie nauczę.
— Ja uważam, że to całkiem śmieszne. — Wzruszył ramionami. — Dlaczego akurat plaża?
— Nie wiem.
Vincent mówił całkowicie szczerze. Nie wiedział, dlaczego teleportował się akurat na plażę, ale podejrzewał, że mogło mieć to związek z jego myślami. Chwilę przed tym, jak rozwinął między dłońmi tęczę na oczach półbogów, przez myśl przebiegło mu wspomnienie o wyjeździe nad morze z matką. Był straszny ukrop. Pamiętał, że musiał chować się w cieniu, rzucanym przez malutkie drzewko.
— Pomyślałem sobie coś.
— Pomyśl teraz, jak wrócić — zaproponował spokojnie Judas, chociaż Havu zauważył grymas na jego twarzy. Dosyć nieznaczny, ale widoczny dla kogoś, kto spędzał z nim zdecydowanie za dużo wolnego czasu. — Może pomyśl o psach?
— Wtedy nas teleportuje do schroniska.
— Może być schronisko. — Judas przykucnął obok Vincenta. — Tylko żeby było to schronisko w San Francisco, okej?
Vincent się odwrócił. Koszulka, którą miał na sobie była trzy rozmiary za duża i wyglądał w niej jak biedny ziemniak w worku. Może gdyby nie ta piżama, to nie wyglądałby teraz aż tak żałośnie.
— Mogę spróbować.
Podniósł się i wziął głęboki oddech. Wyciągnął dłonie przed siebie i skrzywił się na twarzy; brwi ściągnął ze sobą, usta wykrzywił w dziwnym grymasie. Między palcami chłopaka pojawiła się malutka tęcza, która po paru sekundach prysnęła jak bańka mydlana.
Vincent odetchnął. Na czole pojawiły mu się pierwsze kropelki potu. Musiało kosztować go to sporo wysiłku.
— Nie… nie mogę.
Spuścił wzrok. Wstydził się spojrzeć dwójce półbogom w oczy, bo to przez nich się tutaj znaleźli i teraz nie mógł ich nawet odprowadzić do domu. Stopy zapadały mu się w piasku coraz bardziej, a słońce zaczynało parzyć go w kark, a chłodny wiatr znad oceanu owiewał chłopakowi twarz.
— Chodźmy stąd. Chyba że chcesz zbudować ze mną zamek z piasku, Vincent?
Havu mówił całkowicie poważnie. Był gotów grzebać w piasku przez następną godzinę, jeśli miało to pomóc Vincentowi w odcięciu się od przytłaczających myśli. Nie miał powodu się obwiniać — znaleźli się tutaj przez czysty przypadek.
— Nie masz nawet czym tego zamku zbudować — zauważył Judas. Jako jedyny był tutaj niszczycielem dobrej zabawy. — Gdzie w ogóle chcecie iść w tych piżamach?
— Wstydzisz się swojej piżamy w wilki?
— Nie wypada tak raczej wychodzić do ludzi — odparł zgryźliwie.
— Samiec alfa boi się swojej prawdziwej tożsamości.
— To zwykłe wilki. O czym ty do mnie mówisz?
Gdy zaczęli się przedrzeźniać, Vincent się od nich oddalił. Z daleka zauważył budynek, który przypominał plażową restaurację. Nie czekał, aż dwójka dorosłych ludzi przestanie się ze sobą kłócić i poszedł tam sam. Zmarnowali jakieś piętnaście minut na stanie w zimnych piachu.
— Vincent?
Pierwszy nieobecność dzieciaka zauważył Judas. Musiał zadziałać jakiś instynkt ojcowski, bo przerażenie od razu pojawiło mu się w oczach.
— To twoja wina — zganił winę na Havu. — Rozpraszasz mnie.
— Czym? Piżamką w serduszka? — zaśmiał się. Rzeczywiście miał na sobie koszulkę w czerwone serduszka. To była ostatnia piżama, którą Judas mógł komuś pożyczyć. — Dlaczego dorosły chłop śpi w piżamie w serduszka?
— Proszę, zamknij się.
— Masz też jakąś w jednorożce? Albo w jakieś…
Nie dokończył nawet zdania. Judas zignorował go od razu, jak tylko zauważył machającego do niego z daleka Vincenta. Gdyby nie był taki stary, to pewnie pobiegłby szybciej, niż to zrobił przed chwilą. Ten bieg raczej można było nazwać marszem (co nie jest dziwne, w końcu znajdowali się na plaży, a ich nogi grzęzły w piachu).
Vincent czekał przed wejściem do niewielkiej restauracji. Akurat w ofercie mieli śniadania, a w środku zajęte były tylko dwa stoliki. Pewnie kolejni, co nie mogli spać i od razu po wyjściu z łóżka poszli się przejść.
— To bar czy restauracja? — zapytał Havu, wchodząc do środka. Dogonił ich bardzo szybko. Jeszcze nie miał takich problemów z kolanami, co najstarszy z ich trójki półbóg. — Wygląda bardziej jak bar.
W rzeczywistości restauracja w dzień była… zwykłą restauracją, ale wieczorami zmieniała się w bar, gdzie ludzie mogli się bawić i pić przeróżne drinki. Z racji ich sytuacji w głowie Havu narodził się pomysł, żeby wykorzystać okazję i też spróbować zabawy w takim miejscu.
— Chcesz coś jeść, Vince?
Judas okazał się bardzo hojny (tylko dla Vincenta), bo nawet nie zaczekał na odpowiedź i zamówił mu jakieś nachosy z sosem serowym.
— Zostańmy tutaj. Podoba mi się. — Vincent z uśmiechem jadł swoje nachosy. — San Francisco jest nudne.
— Młody ma rację.
Tylko Havu mógł się z nim zgodzić. Tylko i wyłącznie.
— Nie możemy tutaj zostać. Gdzie będziemy mieszkać? W szałasie na plaży?
Vince i Havu spojrzeli na siebie. Wymienili się jednoznacznymi uśmiechami.
— Czemu nie? Możemy się wybudować pod restauracją.
— Zostajemy tutaj na chwilę, a potem idziemy szukać drogi powrotnej. Jakiegoś stopa złapiemy albo zamówię taksówkę.
— Zapłacisz za tę taksówkę tysiąc dolarów.
— No i? Mam pieniądze, to zamierzam z nich skorzystać.
— To w takim razie zamów mi coś do picia. Tylko dzieciaka karmisz.
Vincent akurat kończył jeść swoje nachosy. Z wyczekiwaniem spojrzał również na Judasa, bo ksiądz nie pomyślał, że biorąc taką słoną i tłustą pozycję, wypadałoby dobrać jakiś napój.
Nie mając wyboru, mężczyzna wstał i w swojej pięknej wilczej piżamce poszedł zamówić jakieś owocowe picia. Havu nie wyraził się jasno, co chciałby wypić (tak naprawdę pomyślał o alkoholu, ale było zbyt wcześnie), więc musiał się zadowolić jakimś smoothe jagodowym. Vincent za to dostał sok pomarańczowy.
Chwilę później Vincent powiedział, że musi do toalety i znikł w odmętach restauracji.
— To kto jest twoim ojcem ?— zaczął Judas. Przypomniała mu się, że miał o to zapytać.
— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
— I tak jestem w piekle, bo siedzimy na jakiejś plaży, chuj wie, jak daleko od domu i przy okazji nie mam przy sobie nawet telefonu. Odpowiedz mi na pytanie.
— Zgaduj.
— Nie denerwuj mnie już, dobrze?
Denerwowanie Judasa zawsze przychodziło mu ze zbyt dużą łatwością, ale dzisiaj nie potrzebował nawet próbować.
— Co ta informacja zmieni w twoim życiu? — Wziął słomkę między zęby i dopił resztkę fioletowego napoju.
— Chciałbym cię w końcu lepiej poznać. — Wzruszył ramionami. — Chyba tak się powinno robić, prawda?
Brwi Havu zawędrowały bardzo wysoko na jego czole.
— Przestań, to trochę dziwne. Idź sobie lepiej kup coś do picia, staruszku.
Staruszku?
────
[1122 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz