czwartek, 19 marca 2026

Od Izana CD Vergila — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Dzieci w tych czasach to jakieś nieporozumienie — ciągnął dalej lar. Izan przytakiwał mu głową. — Nie słuchają się już starszych. Mówiłem mu, nie idź do podziemi, bo to nie jest miejsce dla dzieci! Powiedział, żebym zajął się sobą i swoimi sprawa. Bezczelne.
— Pretor też taki jest — mówił z uśmiechem Izan. Cały czas liczył na to, że lar stanie po jego stronie i zacznie obrażać Vergila. — Bezczelny i bez taktu. Rozumiesz, panie starcze… Pupuliuszu Pupciusiu.
— Jak mnie nazwałeś?! — uniósł się. Podniósł rękę z laską do góry i zamachnął się nią w stronę Izana. — Nazywam się Publiusz Porcius i jestem…
Izan został brutalnie odciągnięty przez Vergila. Szarpał się dłuższą chwilę, zanim udało mu się uwolnić. Pretor miał całkiem niezły chwyt i pod wpływem emocji potrafił pokazać swoją… mniej delikatną stronę. Izan to lubił. To znaczy, lubił denerwować Vergila i lubił przekraczać jego granice, dlatego też poniekąd spodobało mu się, że tak zareagował.
Vergil zabrał przybranego braciszka do podziemi. Nikt nigdy się tam nie zapuszczał, bo jedynie pretorzy wiedzieli o istnieniu takim miejscu. Podziemia nie mieściły się one tylko pod koloseum — była ich cała masa w Nowym Rzymie. Lary nie miały trudności w ich znalezieniu, przechodzili przecież przez ściany i tym samym wiedzieli o istnieniu każdej możliwej dziury.
Izan pierwszy raz wchodził do takiego miejsca — zimnego, mrożącego krew w żyłach kanału, jak w najgorszym horrorze z lat siedemdziesiątych. Brakowało jeszcze czarno-białego filtra.
— Bezsensu — zaczął narzekać niecałe dziesięć minut po wejściu. — Nie znajdziemy go tutaj.
Tak naprawdę się bał. Przerażała go wizja snucia się po kanałach jak po labiryncie. Wolał olać tę sprawę, wrócić na powierzchnię i wkurwiać Vergila w lepszych warunkach. Tutaj zbyt przejmował się własną dupą.
— Boisz się? —Vergil chyba wyczuł słaby punkt Izana i oczywiście musiał skorzystać z tej słabości. Wbijał więc po kolei kolejne igły i denerwował ambasadora Marsa. — Możesz wrócić, jeśli chcesz. Nie zatrzymuję cię.
Vergil wiedział, że Izan nigdzie nie pójdzie, ale sprawiało mu przyjemność w prowokowaniu go. Zdenerwowany i zdeterminowany Izan był lepszy niż leniwy i narzekający buc.
— Nigdzie nie idę — prychnął. Założył ręce na piersi, jakby chciał siebie samego przytulić. — Ruszaj się! Nie mamy całego dnia!
Poganiał Vergila, chociaż to on gubił krok pretora i co jakiś czas musiał do niego podbiegać.
Przeszli przez długi tunel i weszli do otwartego pomieszczenia. Nikt się nawet nie pofatygował, żeby zamontować drzwi.
— Poczekaj, tutaj mogą być pułap…
Izan nie pozwolił Vergilowi dokończyć. Poszedł pierwszy. Nogą naruszył linkę, która była podłączona do przyczepionej do drewnianej belki kuszy. Strzała wystrzeliła w jego kierunku, a Izan w ostatniej chwili odchylił się do tyłu. Gdyby nie wypracowany refleks (i jedyna działająca komórka mózgowa), to skończyłby z metalowym — może nawet zardzewiały — grotem w ramieniu.
Na czole mężczyzny pojawiły się pierwsze kropelki potu. Był wystraszony bardziej niż podczas ich krótkiej podróży przez podziemny tunel.
— Idź pierwszy. — Odwrócił się do Vergila.
Vergil go zignorował. Może to i lepiej? Gdyby wywiązała się między nimi kłótnia w takim miejscu, to zapewne wpadliby w znacznie gorszą pułapkę niż w naładowaną jedną strzałą kuszę.
Pretor ominął linkę, którą zerwał przed chwilą Izan i zaczął szukać kolejnych takich samych. Ktokolwiek, kto projektował to miejsce, z całą pewnością nie był ekstrawertykiem, tylko jakimś aspołecznym gnojkiem, który nienawidził gości i chciał spędzać tutaj wolne popołudnia w samotności.
— Czego ty szukasz, co? — prychnął śmiechem Izan. Był już cały spocony pod pachami i zaraz zacznie śmierdzieć. — Przyszliśmy tutaj po srala. Jebać te pułapki. Jedną zniszczyliśmy!
— Ty w nią wszedłeś, a nie zniszczyłeś — zauważył pretor. — Ich może być tutaj więcej. Podziemia zawsze są tak dobrze zabezpieczone.
— No, no, sranie w banie — skomentował Izan. — Ja idę dalej! Bez ciebie!
Jak powiedział, tak zrobił. Zostawił Vergila w tyle i przeszedł w głąb pomieszczenia. Kroki stawiał bardzo nieuważnie (jak na zbyt pewnego siebie gnojka przystało), przez co otworzył kolejny ogień z kolejnych kusz zostawionych na potencjalnych debili.
— Kurwa! — krzyknął, odskoczywszy do tyłu. — Przecież tutaj mieszkał jakiś wariat!
Vergil chciał tylko powiedzieć „a nie mówiłem?”, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
— Nie powinniśmy tutaj dłużej zostawać.
Zdecydowanie nie powinni. Byli tutaj o jakąś minutę za długo i najwidoczniej systemy bezpieczeństwa anty-półbogowe to wyczuły. Ziemia zaczęła się trząść, jakby właśnie mieli doświadczyć trzęsienia o sile siedem w skali Richtera.
Izan z trudem starał się utrzymać równowagę, a Vergil w tym czasie próbował odnaleźć wyjście, które — na ich nieszczęście — zostało odgrodzone kratami. Byli w potrzasku.
— Wyłącz to! — wrzeszczał Izan. — Zginiemy, kurwa!
— Przestań drzeć mordę! — odkrzyknął mu Vergil. — Nie mogę się skupić!
— Niby taki, kurwa, mądry jesteś, a nie umiesz tych jebanych drzwi otworzyć?! Kto to zamknął?!
— Twoja stara!
Przekrzykiwali się jeszcze chwilę, aż z wrzaskiem nie spadli. Podłoga okazała się ogromnym włazem.
Izan wylądował na Vergilu, a Vergil leżał plackiem na kamiennej posadce.
— Zejdź ze mnie, oblechu — warknął Izan.
— Tak się zdaje, że to ty leżysz na mnie.
Obolały Vergil spróbował się podnieść. Izana wyjątkowo łatwo było z siebie strzepnąć. Jak denerwującą muchę.
Znajdowali się teraz w znacznie mniejszym pomieszczeniu. Wyglądało, to jak czyjś pokój. Pokój nastolatka, można by powiedzieć, bo pod ścianą stało małe biurko, a obok biurka półka z książkami. Na ścianach za to wisiały plakaty rozebranych kobiet (ktoś miał straszny gust) i przystojnych centaurów.
— Twój typ, co, Vergil? — Izan zerwał jeden z plakatów i podszedł z nim do pretora. — Lubisz konie?
— Możesz się skupić?
— I tak stąd nie wyjdziemy. Zdechniemy tutaj. Znaczy — zaczął się poprawiać — TY zdechniesz. Ja stąd jakoś wyjdę.
Vergil przewrócił oczami.
— To wyjdź. Pokaż, jaki z ciebie ambasador Marsa.
Izan poczuł się urażony. Wiedział, że Vergil go wyzywał i nie spodobał mu się ton wypowiedzi pretora. Nabrał powietrza w płuca i wypiął klatkę piersiową.
— Zobaczysz Vergil. — Wystrzelił palec wskazujący w stronę Vergila. — To ja znajdę tego srala. To mnie wszyscy będą uwielbiać. To MNIE ojciec wybrał na ambasadora! Nie zawiodę go. Ty go zawiodłeś wiele razy! Jesteś synem, który nic nie potrafi! Nawet nie umiesz zarządzać oboze…
Przerwał im głośny syk. Uciekające powietrze. A może uciekający gaz?
Izan z przerażeniem zaczął szukać źródła odgłosu. Na policzkach poczuł gorąc. Coś… coś było ewidentnie na tak.
Nie wiedział, kiedy dokładnie złapał Vergila za ramię, ale w ostatniej sekundzie pozwoliło uniknąć mu to spalenia na wiór. Tuż przed ich twarzą buchnął wysoki płomień. Jeden z kosmyków Izana się zapalił.

a może ich pocałujemy enemies to lovers?
────
[1021 słów: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz