wtorek, 10 marca 2026

Od Dantego — „Półbóg naturopata w twojej okolicy”

Ostatnim razem zgubiłem portfel jakieś cztery, może pięć, miesięcy temu. Dawno nie czułem takiego strachu. To było uczucie porównywalne do stresu, który towarzyszy człowiekowi podczas ucieczki przez głodnym niedźwiedziem.
Sprawdziłem chyba wszystkie kieszenie i jedyne, co znalazłem, to stary paragon, nadgryzioną szminkę (nie wiem, kto mógł ją ugryźć) oraz cukierek. Słodycz zjadłem, bo musiałem sobie jakoś poradzić z tą ciężką i żenującą sytuacją. Szczególnie że przed chwilą zamówiłem sobie deser i chciałem rzucić napiwek dla tego pięknego kelnera, który przyjął ode mnie zamówienie.
Czekając, aż dostane swoje jedzenie, sprawdziłem jeszcze raz wszystkie kieszenie. Znalazłem dokładnie to samo, co przed chwilą. Może tak naprawdę nie wziąłem w ogóle portfela z domu? Nie, to raczej niemożliwe. Zawsze zabierałem go ze sobą. Był taki ładny, ozdobiony diamencikami, jak dla dorastającej dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym.
— Pożyczyłem.
Zdezorientowany odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego faceta z MOIM portfelem w ręce. Stał i patrzył się na mnie z szerokim uśmiechem. Pamiętam, że ostatnim razem spotkaliśmy się w jakimś obskurnym barze. Pamiętam też, że obiecał mi prochy.
— Tak? To oddaj teraz.
Dosiadł się do mnie bez pozwolenia. Był taki wysoki, że ledwo mieścił się przy tych małych i ciasnych stolikach. Zakładam, że raczej projektowali to z myślą o krasnalach, a nie o ponad dwumetrowych chłopach z niesamowicie długimi nogami.
— Kochany, nie denerwuj się. To zwykła zapłata za tamte prochy. Dziwię się, że jeszcze cię w ogóle spotkałem.
— Kochany — podkreśliłem pierwsze słowo, myśląc, że w ten sposób go wyprowadzę z równowagi — a mi się coś wydaje, że prochy były za darmo.
Evan, bo tak miał na imię ten denerwujący koleś, cmoknął na mnie jak na psa.
— Powróżyć ci z ręki?
Spiąłem się. Był jakąś cholerną wróżką? Wyczyta z moich rąk przyszłość, która okaże się niezwykle brutalna? Umrę z łap jakiegoś wilkołaka albo innego potwora?
— Możesz mi powróżyć z czegoś innego, ale nie z ręki.
Nawet nie wiedziałem, z czego jeszcze można wróżyć. Chyba z fusów, prawda? Z tych okropnie gorzkich pozostałościach kawy.
— Wróże tylko z rąk. No i ze snów czasem, ale rozumiesz — nachylił się nad stolikiem — to już robię u siebie w domu za parę monet.
— A wiesz może, czy… czy to pomaga na pewne przypadłości natury psychicznej? — zaciekawiłem się. Skoro miałem problemy z lekami od lekarza, to może ktoś taki, jak Evan, byłby w stanie mi pomóc. Mogłem na chwilę odłożyć w kąt moją niechęć i nijaką nienawiść do tego kolesia, jeśli tylko okazałoby się, że mnie zaczaruje i wyleczy.
— Nie leczę ćpunów.
— Nie jestem ćpunem — syknąłem.
— Ja to widzę trochę inaczej. — Wzruszył ramionami. Wyciągnął z kieszeni papierosa i go zapalił. — Chcesz bucha?
— Chętnie.
Wyciągnąłem rękę i wziąłem od niego papierosa. Zaciągnąłem się dymem. Brakowało mi tego przyjemnego, drapiącego uczucia w gardle.
— Oddasz mi ten portfel, kochany? — przypomniałem się. Przecież nie pozwolę mu odejść z moimi pieniędzmi.
Evan rzucił na stół moją własność. Różowe diamenciki rozproszyły światła z kawiarenkowych lamp.
Westchnąłem. Akurat w tym momencie przyszły moje lody i jego mrożona kawa, którą zamówił na mój rachunek.
— Jak wygląda czarowanie we śnie? — zapytałem, bo przypomniało mi się, że o czymś podobnym chwilę temu wspomniał. — Nie jestem ćpunem. Możesz na mnie spróbować.
— Nosisz w portfelu prochy dla zabawy? — siorbnął swoim napojem. Niesamowicie zdenerwował mnie ten dźwięk. — Chyba że to mąka, ale patrząc po twoich oczach, myślę, że to nie jest mąka.
— To leki — skłamałem. — Takie rozpuszczalne.
— Za kogo ty mnie masz? Wiesz ile narkotyków w swoim życiu już widziałem?
Mogłem się tego w sumie spodziewać po kimś, kto też nosił takie pyszności przy sobie. I na imprezach rozdawał je za przysługi obcym ludziom, jakby kosztowało to dolara oraz dwie gumy balonowe.
— Dobra, a jak tego nie wezmę, to mnie zaczarujesz?
— Mogę spróbować.
 
Evan mieszkał w totalnej melinie. W środku śmierdziało kadzidełkami. Ich zapach był na tyle nużący, że zachciało mi się jednocześnie spać i rzygać. Myślałem, że nie wytrzymam.
Gdzieś w rogu pokoju stało parę pustych butelek po piwie, a koło kanapy leżał stos ubrań, które chyba czekały w kolejce do pralki.
— Jesteś wróżką?
To pytanie wymsknęło mi się z ust całkowitym przypadkiem. Evan nie wyglądał jak wróżka. Evan wyglądał jak oszust, który był dodatkowo wyższy od większości mężczyzn w tym kraju.
— Czarownicą — odpowiedział, wyrzucając stos ubrań w miejsce, gdzie już leżały jakieś ubrania. — Połóż się.
Zrobiłem to, o co mnie poprosił. Było całkiem wygodnie. Kanapa chyba była wykonana z prawdziwej skóry, bo nie trzeszczała tak, jak te sztuczne.
— Masz czym mi zapłacić? — upewnił się.
— Jakiej zapłaty oczekujesz? Tylko pieniężnej?
— Nie musi być tylko pieniężna. Ważne, żebyś mi czymś zapłacił.
— W takim razie zapłacę ci po swojemu, jeśli ci to odpowiada.
Evan chyba szybko zrozumiał, o co mi chodziło, bo o nic więcej nie pytał. Poszedł przygotować sobie kilka kadzidełek, jakiś amulecik, którym chwilę pomachał mi przed nosem i miskę, do której ludzie rzygają, jak się źle poczują po nocnej imprezie.
— Czasem robię w niej sałatki. — Położył wspomniane naczynie na ziemię. — Więc jak możesz, to ostrożnie z nią. Chciałbym ją jeszcze wykorzystać.
— Obiecuję, że będę z nią ostrożny. — Uśmiechnąłem się. — Zawsze jestem.
— Wiedziałem, że będziesz grzeczny.
Podniósł raz jeszcze amulecik i zaczął machać nim przed moją twarzą. Znacznie dłużej niż chwilę temu. Wcześniej pewnie testował, czy w ogóle zadziała (nie znam się na wróżkowych sprawach).
Dosyć szybko mnie odcięło. Nie wiem, jak to możliwe, przecież to był tylko zwykły naszyjnik. Może ten duszący zapach kadzidełek mnie pokonał? Może tak naprawdę się udusiłem i właśnie umarłem w domu jakiegoś lokalnego dziwaka, którego poznałem w przypadkowym barze?
Dryfowałem w ciemności. Nie widziałem niczego, oprócz pojawiających się raz za razem błysków światła. To chyba były bramy niebios. Poszedłem do nieba. Byłem grzecznym chrześcijaninem. Nigdy nie wierzyłem w bogów, ale teraz byłem grzeczny.
— Moja śpiąca królewno, pora wstać.
Głos Evana docierał do mnie stopniowo, jakby przedzierał się przez głębiny oceanu.
— Nie chcę trupa w moim domu — mówił dalej, a ja czułem, jak moje usta wykrzywiają się w niemrawym uśmiechu. Trochę tak, jakbym nie panował nad własnym ciałem.
Oczy otworzyłem dopiero po paru chwilach. Evan siedział na fotelu, niedaleko kanapy, na której leżałem. Przeglądał coś w telefonie.
— Nic nie znalazłem. Przykro mi.
Ostatnie kadzidełko się dopalało. W pomieszczeniu było siwo od dymu. Zachciało mi się rzygać.
— Czyli jestem zdrowy?
— Chyba przeciwnie.
Uznałem to za sukces. Skoro nic nie znalazł w mojej głowie, to znaczyło, że mogę być teraz uzdrowiony. Mogłem już więcej nie widzieć potworów. Tych obrzydliwych wilkołaków i innych stworów, które przyprawiały mnie o dreszcze.
— Ile godzin potrzebujesz, żebym ci za to zapłacił? — Podniosłem się do siadu. Ta kanapa to najlepsze, co ten człowiek miał w swoim domu. Przeczuwałem, że pewnie ją komuś ukradł, bo raczej nie wygląda na kogoś, kogo stać na mebel z prawdziwej skóry.
— Godzina wystarczy.
Uśmiechnąłem się.
— Słabo się cenisz. W godzinę niewiele da się zrobić.
— Nie zakazuje ci kończyć na godzinie, piękny.
— Możesz potraktować to jak napiwek.
Chociaż napiwek wolałem zostawić jakiemuś kelnerowi, to Evan w tym momencie wyglądał dla mnie na godnego polecenia człowieka, który wykonał dobrą robotę. Jeszcze nie wiem, jak długo terapia będzie działać, ale jeśli przeżyję dzień bez halucynacji, to wrócę do niego jeszcze raz. Będę wracać tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Widziałem w nim swoją szansę.

────
[1176 słów: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz