LATO IV
Ash już prawie zepchnęło na tył świadomości dziwne uczucie, jakie pojawiło się, kiedy dowiedziało się, że Quinn ma dziewczynę, kiedy nagle w rozmowie pojawiło się kolejne obce imię. Keith. W przeciwieństwie do Ashley, wspomnienie jego osoby nie wiązało się z grymasem na twarzy Quinn. Nie, dzieciak Kloacyny śmiał się, wspominając wspólne odpały ze swoim nowym przyjacielem.
Ze swoim nowym przyjacielem? Musiało przyhamować w tym wewnętrznym monologu, bo zaczynało brzmieć jak ta głupia cizia Ashley. Ba, brzmiało jak zazdrosna była, która wydzwania na twój numer po piętnaście razy na godzinę, żeby na koniec kazać „wrócić do tej swojej nowej dupy”. Może to powietrze w Jupiterze im szkodziło, za dużo pseudo-Rzymian na metr kwadratowy czy coś.
Dobrze, że Quinn miało nowego kumpla. Zasługiwało na więcej ludzi, z którymi mogło odwalać dziwne akcje. Więcej ludzi, którzy widzieli w nim coś więcej niż zapaszek odziedziczony po matce.
A jednak coś dziwnego i nieprzyjemnego zatrzepotało w ich brzuchu na myśl, że Quinn mógłby ich zastąpić kimś innym. Kimś lepszym i bardziej na niego zasługującym.
W końcu odchrząknęło, próbując przegonić natrętne myśli i uczucia. Najwyraźniej tego samego potrzebował ich przyjaciel, który nagle przełknął ślinę i spuścił wzrok, niepewnie zmieniając temat.
Nie podobała im się ta niezręczność. Do jasnej cholery, byli przyjaciółmi, razem topili głowy przypadkowych obozowiczów w kiblach i robili rozróbę w stołówce. Ich relacja już dawno temu zaszła za daleko na niezręczne milczenie.
— Wypraszam sobie, nikt nie dostał w mordę. Jestem teraz poważnem grupowem, muszę dawać przykład rodzeństwu — oświadczyło z udawanym oburzeniem i powagą. — Teraz tylko im grożę, wymachując ostrzem — dodało po chwili, znowu się szczerząc. — Czasem działa, czasem nie, ale ogólnie na szczęście się mnie słuchają, a Chejron jeszcze mnie nie zdegradował.
— „Jeszcze” to tu słowo klucz — zaznaczyło Quinn, trącając ich w bok. Wyglądało na bardziej rozluźnione niż przed chwilą, co Ash zarejestrowało z ulgą. Wszystko wracało do normy.
— No słuchaj, jak Chejron się wkurzy i mnie wywali ze stołka, to najwyżej zastrajkuję i przeniosę się do was. Ten wasz wojskowy dryl mi się zawsze podobał. No i wtedy nie musiałobym napierdalać się z przerośniętymi mrówami czy innym zwierzyńcem, żeby się z tobą zobaczyć.
Wizja codziennego funkcjonowania blisko Quinn sprawiła, że coś w ich brzuchu znowu wykonało jakieś dziwne manewry. Nie podobało im się to wrażenie, które trudno byłoby zrzucić na niestrawność pokarmową. Uczucia były zbyt skomplikowane, nawet przy regularnych, comiesięcznych sesjach z ich psychoterapeutką.
Mina Quinn nie pomagała. Kloacyniątko zdawało się… rozmarzone? Zamyślone? Cholera wie, w każdym razie było w tym za dużo czegoś delikatnego, co sprawiało, że syreny alarmowe w głowie Ash zrobiły kurewsko głośne ijo ijo. Zanim uległo autodestrukcji, palnęło pierwsze, co przyszło im na myśl wśród tego chaosu:
— Ej, wiesz, że ostatnio znalazłom czaszkę szczura?
Kryzys zażegnany, rozmowa sprowadzona na bezpieczniejsze tory. Tylko dlaczego to pojebane uczucie nie minęło?
LATO V
Owo pojebane uczucie nie minęło przez cały bity rok. Dwanaście miesięcy, podczas których, zamiast zniknąć, dziwne myśli i przeżycia wyłącznie się nasilały. Dwanaście sesji, podczas których wyrzucało z siebie prawie identyczne monologi tylko po to, żeby potem zignorować panią Hawkes, gdy próbowała im coś delikatnie zasugerować, naprowadzić ich na drogę ku autorefleksji czy innemu gównu.
Ash nie należało może do najinteligentniejszych czy najmądrzejszych półbogów, było dzieckiem boga wojny i alkoholiczki, a nie bogini mądrości i jakiegoś zakichanego profesora. Ale nie było na tyle głupie, żeby po wielu miesiącach udręki nie domyślić się w końcu, co może być grane. Było jednak zbyt zaparte emocjonalnie, żeby pozwolić sobie na przeżycie tego w pełni i podjęcie odpowiednich kroków.
Jeszcze gorzej zrobiło się, kiedy usłyszało o tym, że Keith w imieniu Quinn zerwał z Ashley. Ulga, którą wówczas odczuło, była zbyt duża jak na samą troskę o przyjaciela. Kolejny starannie budowany mur runął niczym domek z kart.
Czasem od ataku lepsza była obrona. Albo wręcz ucieczka. Dlatego też unikało zbyt głębokich rozmów z Quinn, bojąc się, że coś palnie. Rzadziej pojawiało się w Obozie Jupiter, zasłaniając się obowiązkami. Pchało się do każdej roboty, od czyszczenia stajni po groźne misje. Udawało odważne i uczynne, podczas gdy tak naprawdę było obrzydliwym tchórzem.
Wycieczka do Nowego Meksyku na zlecenie Wyroczni miała być kolejną możliwością ucieczki. Odskocznią, która zajmie ich myśli. Okazją do oberwania w łeb wystarczająco mocno, by ckliwe głupoty, których nie rozumiało i nigdy wcześniej nie czuło, zostały z niego skutecznie wybite.
Skończyło się na wpierdolu od przerośniętego knura.
Dzik erymantejski pojawił się na ich drodze przypadkowo. Nie on był główną atrakcją wycieczki. Najwyraźniej poczuł się tym urażony. A Ash, głupie, uparte Ash, rzuciło się na okazję od losu i na samego dzika. Agresja, siła fizyczna, szczęk broni — te rzeczy rozumiało. Te rzeczy były w ich krwi.
Coś ich rozkojarzyło. Może to uczucie szczeciny ocierającej się o skórę przypomniało im to dziwne uczucie przeciągania dłonią po króciutkich włosach Quinn, gdy nagle zgoliło się na buzz cut. Może to błysk wielkich szabli przypomniał im o tym, z jaką uwagą Quinn oglądało zbierane przez nich kości. Może to ten szaleńczy błysk w oczach bestii przypomniał im o tym, jak oczy ich przyjaciela lśniły, gdy przyszedł im na myśl jakiś genialny pomysł. A może — i to będzie najmniej romantyczna rzecz, jaką kiedykolwiek zobaczycie — coś w woni zwierzęcia przypominało im naturalny zapach Quinn, który przestało już traktować jako smród.
Cokolwiek by to nie było, wystarczyła chwila nieuwagi, by wielki świniaK poprzestawiał im kilka żeber. W łeb, zgodnie z własnym życzeniem, też dostało. Gdyby nie towarzysze wyprawy, pewnie już gryzłoby piach. Gdyby nie oni, nie trafiłoby też do ambulatorium w Obozie Jupiter. Na poziomie logicznym rozumiało tę decyzję — Jupiter znajdował się bliżej Nowego Meksyku niż Obóz Herosów — jednak na poziomie emocjonalnym chciało co najmniej kazać im się jebać, nawet jeśli uratowali im życie.
Różowowłosa legionistka też nie zasłużyła na ich gniewne spojrzenia. Gdyby wystarczająco skupiło rozmazane spojrzenie i pokonało kociokwik w głowie, być może uświadomiłoby sobie, że to Cherry, centurionka kohorty, do której należało Quinn. Zarówno wzrok, jak i myślenie miały jednak inne plany na ten dzień.
Ambrozja miała smak brownie, jedynego ciasta, jakie kiedykolwiek upiekło z Diego. Ash nie miało jednak czasu, by nacieszyć się tym smakiem. Do ambulatorium wparowało Quinn, któremu najwyraźniej ktoś doniósł o miejscu przebywania ich kumpla. Mówiło coś, a może nawet krzyczało, ale Ash nie było w stanie rozróżnić wypowiadanych przez nie słów. Wiedziało tylko, że Quinn wyglądało naprawdę korzystnie w tym świetle.
— No hej, przystojniaku — wybełkotało z głupawym uśmieszkiem.
────
[1044 słowa: Ash otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz