poniedziałek, 30 marca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Jaja? Jajami chcesz trumnę przetransportować? — prycha teraz Ricky, zaaferowany pomysłem o doczepieniu kółek. Chociaż pomysł Kuźmy, geniusz właściwy komuś takiemu jak on, na pewno wpadła na niego dzięki jego niesamowitemu wpływowi, można więc ten pomysł właściwie nazwać połowicznie należącym do merwkurwiaka. Albo przynajmniej w 1/4, co jest wystarczającą i zadowalającą liczbą dla młodego chemika, przecież nawet roztwór o takim stężeniu jest silny, nie można więc i tu umniejszać jego roli.
— Idioto, zatrzymaj się! — coś w tym stylu pewnie by usłyszał Ricky, gdyby nie kręcił się w karuzeli samochwalenia dalej w kółko, wznosząc się coraz wyżej. Ale zachwyt nad własnym geniuszem przejął go zupełnie, aż nie tylko metaforycznie, ale też dosłownie wzleciał - po potknięciu się o wystający z ziemi kamień, jakie to symboliczne, rzeczywistość nadająca siłę do lotu, a potem podcinająca skrzydła uzdolnionemu odkrywcy.
To nieco otrzeźwiło Rickiego, dało przestrzeń do namysłu, kiedy rozcierał guz na czole. W bólu musiał przyznać, że chociażby prędkość, z którą spieszył do zrealizowania pomysłu o dzieciach Wulkana, była nieodpowiednia. Kuźma najpierw zaśmiała się, kiedy niczego się nie spodziewający syn Merkurego zaliczył glebę, potem się zmartwiła, ale potem dalej się śmiała, kiedy się upewniła, że będzie żył. Myślała pewnie też, że to zdarzenie nieco go przystopuje, i może skłoni do nieco bardziej racjonalnego osądu sytuacji? Rzecz jednak jest o Rickym, także było to mało wątpliwe. Otrzepał kurz z koszulki w skarpetki w krewetki, upewnił się, że na pewno ma tyle samo zębów, ile dziś rano naliczył i wstał.
— Na pewno wszystko w porządku? Może chcesz wrócić do infirmerii? — powiedziała nagle Kuźma.
Te słowa podziałały na niego jak kubeł zimnej wody, i wyrwał się w końcu z pozycji pępka świata.
— Infi… rme… rii? — przeciągnął sylaby, jak by to miało fizycznie zwiększyć dystans od tego strasznego miejsca, które już dobrodusznie i w szczerej nadziei zepchnął w otchłań zapomnienia.
— Infirmerii — piętnastolatka bezlitośnie delektowała się tym słowem.
Ricky postąpił więc jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Podciągnął spodnie, bo trochę mu opadły i było widać bokserki z Garfieldem, zacisnął zęby, aż zazgrzytały, odwrócił się i szedł dalej, na tyle szybko, na ile stłuczony palec u stopy mu pozwalał. Nie byli już tak daleko od warsztatów zajmowanych przez dzieciaki Wulkana. Merwkurwiak potarł jeszcze raz czoło, jakby dotyk jego obgryzionych paznokci i częściowo wyżartego, pobliźnionego różnymi substancjami naskórka miał zdziałać cuda. Upadek wytrącił go nieco z równowagi, a Kuźma jeszcze tą infirmerią… wiedział, że boi się ciemności, ale do dziś nie był świadomy swojego przerażenia instytucjami medycznymi. I nie chciał się dowiadywać, jaki strach może odczuwać, patrząc na zwykłą strzykawkę, którą normalnie wstrzykiwał by coś do…. czegoś? robiąc coś? jakiś eksperyment, ważny, a przede wszystkim, przyjemny? Coś takiego nie powinno służyć jako narzędzie tortur! Aż zadrżał, ale przełknął dzielnie ślinę i wszedł przez drzwi garażowe do nieco ocienionego wnętrza warsztatu.
— Halo! — starał się przekrzyczeć wizg wiertarki. Jednak kiedy ta się wyłączyła, ktoś inny zaczął coś spawać. Przez moment pozostał niezauważony, aż nie szturchnął kogoś swoim brelokiem Waltera White'a w pośladek. Wtedy do dźwięków, razem ze stukami młotka. dołączyły się jego krzyki. Dla półgłuchego merwkurwiaka nie czyniło różnicy natężenie hałasu, i tak ledwo co słyszał, musiał więc wyczytać „To ty? Wypierdalaj, zanim coś wybuchniesz!” z ruchu jego warg.


Kuźma?
────
[526 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz