LATO, ROK TEMU
Po wyjściu Dantego psychiatra odnosi kubek do kuchni, po czym wraca do pokoju i pada na kanapę. Przeciera powieki, wyginając plecy, co przynosi mu poczucie ulgi. Przez długą chwilę żałuje, że nie pozbył się od razu mężczyzny, a ciałem Ivy wciąż wstrząsają dreszcze, które cały ten czas gromadziły się w jego ciele. Myśli o tym, że powinien się go pozbyć, zaprzestać współpracy, nim będzie za późno, nim przekroczy kolejne granice — słuchać swojego zdrowego rozsądku, który gdzieś w tam w jego wnętrzu nadal musi istnieć (a przynajmniej ma na to nadzieję).
Po umyciu, kładzie się do łóżka i próbuje zasnąć, a pusty dom zamglewa jego nastrój. Sen nie nadchodzi, mimo zażycia leków dwie godziny temu, a nie kusi go do robienia czegokolwiek, aby być w stanie wyciszyć się lub zająć ten czas. Ostatecznie zwiększa dawkę środków nasennych w nadziei, że nie jest ona na tyle duża, aby nie był w stanie się dobudzić z rana. Ale nawet to nie pomaga.
Przez kolejne parę tygodni ma mieć napięty grafik, wielu nowych pacjentów i współprac z psychologami. Powinno to zaprzątnąć mu głowę po krańce, ale wciąż ma wspomnienie z nocy, kiedy w jego domu pojawił się Dante. Miał do czynienia z pacjentami niebezpiecznymi i nawet takimi, którzy próbowali go zabić, dlatego nie powinno go to szczególnie zaskakiwać — jednak myśli o tym, że mężczyzna może być potencjalnie jeszcze większym niebezpieczeństwem, które będzie go prześladować, nie dają mu spokoju. Jest w nim niepokojąca aura, nieodgadnione wnętrze, które można wyczuć z daleka, przez co szybko budzi niepokój i nawet nie da się już przed nim uciec.
JESIEŃ
— Jak się dzisiaj czujesz, Dante?
Nie widział go trzy tygodnie. Na całe szczęście, bo każdego dnia, po nieprzespanej przez koszmary nocy, spodziewał się jego nadejścia. Niekoniecznie w domu, ale z pewnością w gabinecie, gdy przebywał w nim sam, czekając na kolejnych umówionych pacjentów.
Ma na sobie cienki golf, czerwone dzwony i czerwony, cienki szalik owinięty wokół szyi. Czarne buty na koturnie wyglądają, jak zakupione w ekskluzywnym butiku, ale tego dnia, o dziwo, nie ma na sobie fikuśnej biżuterii. Uśmiecha się miękko do Ivy, siedząc ze spokojem, nie wiercąc się na krześle ani nie uciekając wzrokiem na okładki książek stojących na regałach. Bawi się srebrnym pierścionkiem na palcu wskazującym, gdy zastanawia się nad odpowiedzią.
— Wyspałem się — stwierdza.
— To dobrze. Wystąpiły jakieś skutki uboczne?
— Eee.…. — Odgarnia włosy za ucho. — Czasem kręciło mi się w głowie. Ale może to nie od tego. No, ogólnie, wysypiałem się ostatnio, chociaż bolała mnie głowa, ale, no, trochę czułem się tak… wiesz, jakby, spokojnie? Ale też nie do końca.
— Czyli, można powiedzieć, że nie czułeś takiego lęku? — pyta, chcąc go naprowadzić.
— Możliwe. Ktoś mnie zaczął ostatnio śledzić, ale jakoś udało mi się to zignorować i ochłonąć. Albo… goniła mnie taka stara babcia ze skrzydłami, chyba ją trochę zdenerwowałem, ale widywałem je już często i tym razem udało mi się tak nie zestresował.
Ivy mimowolnie unosi brwi.
— Co? Powiedziałem coś nie tak?
— Nie, nie… Jak z innymi ludźmi? Dalej chcą zrobić ci krzywdę? — Dante kiwa głową. — Ogólnie, czujesz się stabilniej?
— Powiedzmy.
— Zgaduję, że mogłoby być lepiej? — Na słowa psychiatry Dante znowu potakuje.
Skoro Dante poszedł do psychiatry, powinien być już świadomy, że rzeczy, które widzi i słyszy, prawdopodobnie nie są prawdą. Mimo to, Ivy ma wrażenie, że zachowuje się i mówi rzeczy bardzo sprzeczne ze sobą, przez co aż ciężko połapać się w jego zeznaniach. Ciężko połapać się w całej zaburzonej osobowości mężczyzny, a tym samym trudno z nim pracować, choć to tylko początek leczenia. Jedyne, co może zrobić, to ufać temu, co mówi i tego nie nadinterpretowywać czy samemu próbować dociekać do niewiadomego.
Jest dziś wyjątkowo miły do Ivy, co też można uznać albo za postęp, albo za przejaw jego wahadłowego nastroju. Poprzednim razem ewidentnie irytował się na jego osobę i nie do końca współpracował w kwestii zadawanych pytań. Budzi to nadzieję i sprawia, że psychiatra dziękuje sobie, że jeszcze nie skreślił go z listy oczekujących pacjentów.
Ivy robi przerwe i bierze łyka herbaty o smaku pomarańczy z kubka, na którym narysowana jest grafika grubego kota, a pod nią napis ,,kocia mama”.
— Chcesz wyjść gdzieś razem? — pyta nagle Dante.
— Ty do mnie mówisz? — Unosi z automatu głos, który aż zabrzmiał piskliwie.
Nie chce tego mówić głośno, dlatego rzuca mu wzrok mówiący ,,czy ty jesteś, do cholery, poważny, czy mówisz do jakiegoś nieistniejącego stwora za mną?”. Nabiera ochoty, aby rozejrzeć się wokół siebie, z myślą, że może przegapił jakieś towarzystwo w pomieszczeniu.
— Tak, a do kogo?
— Nie… nie ma szans. — Kręci głową z niedowierzeniem, z dyskomfortu zapadając się bardziej na krześle.
— Czemu? — Gdy Dante to mówi, Ivy czuje pokusę, aby oderwać mu język.
— Jestem zajęty.
Takie słowa w uszach pacjenta zostają zinterpretowane jako swobodna odmowa, która wciąż może zostać przemyślana — bo jeśli Ivy kiedyś nie będzie zajęty, to będzie mógł się spotkać. Jednak on nawet nie myśli o tym, jak źle sformułował swoje odrzucenie propozycji, bo ta wywołuje z nim niedowierzenie.
— A mogę twój prywatny numer? — Uśmiecha się ze słodyczą, nie zdejmując wzroku z lekarza. — Tak w razie, gdyby coś się działo?
— Gdyby coś się działo, możesz dzwonić do przychodni.
— Tak, ale…
— Wiesz co, przepiszę ci coś jeszcze.
Dante marszczy brwi, ściągając mięśnie twarzy.
— Po co? Jest dobrze! Nie potrzebuję kolejnych prochów, nie przesadzajmy już.
— Ja sądzę, że nie jest wystarczająco dobrze. To ja cię leczę. Jeśli nie przystajesz na to, to stwierdzę, że nasze spotkania nie mają sensu i znajdziesz kogoś innego.
Oczekuje na reakcję białowłosego, ale ta nie następuje, jakby się mógł spodziewać, zbyt szybko, a przez ciszę ze strony Dantego, który jednak wciąż z dziwnym wyrazem wpatruje się w jego twarz, żołądek podchodzi mu do gardła. Mężczyzna czuje, jak jego tętno przyspiesza.
— Czy rozumiesz... — Ryzykuje w końcu Ivy, nabierając więcej powietrza w płuca. — Co do ciebie w tej chwili mówię?
Dante?
────
[956 słów: Ivy otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz