WIOSNA, rok temu
Dorian poczuł się zdradzony przez własnego brata. Był święcie przekonany, że razem pozbędą się centurionki i wrócą do obozu razem. Tymczasem Kurt działał za jego plecami. Gdyby nie było tak gorąco i nieznośnie duszno, to z pewnością rzuciłby się na brata z pięściami.
Chłopak poklepał psa po boku. Nie chciał go budzić, ale nie miał już wyboru — albo obudzi psa i pójdzie z Edel oraz Kurtem, albo zostanie na tej pustyni sam bez kropli wody. Przed oczami widział jeszcze wkurwionego Vergila, który za karę karze mu myć osrane kible szczoteczką do zębów — albo gorzej — patyczkiem kosmetycznym. Takim, któremu został jeden włosek bawełny.
Terminator mlasnął i otworzył ociężale oczy. Wyglądał jak styrany życiem nastolatek, który zaczął uczyć się do matury tydzień przed i nie mógł pozwolić sobie na sen.
— Jak się czujesz, piesku? — Dorian czule pogłaskał stwora po wielkiej głowie. Tylko wobec niego czuł takie pozytywne emocje w tej sytuacji. Kurt i Edel wkurwiali go samym swoim istnieniem. — Dasz radę wstać?
Terminator poruszył ogonem. Zamiótł w ten sposób kupkę piachu prosto pod nogi Edel.
— Chodźmy stąd — poleciła spokojnie centurionka. Dorian znowu poczuł tę samą złość, ale tym razem nie pozwolił sobie na odpyskowanie. Zasychało mu w gardle od tej duszności. Jeszcze trochę, a straci całkiem głos. — Myślę, że na południe stąd ciągnie się droga. Powinniśmy tam złapać jakąś ciężarówkę.
Przejście przez te kupy piachu i kamieni, żeby dojść do pobocza jednej z dróg, okazało się najgorszym doświadczeniem w życiu Doriana. Drobne kamyczki co chwilę wpadały mu do butów i drażniły stopy, przez co musiał się zatrzymywać, żeby je wytrzepać i tak w kółko, bo przecież nie pozbędzie się takiej okropnej powierzchni siłą woli. Kurt całą drogę szedł z zaciśniętymi, spierzchniętymi wargami i nawet nie patrzył w stronę brata — zupełnie, jakby się obraził, chociaż powinno być na odwrót. Edel za to ciężko sapała, bo przez poprzednie dwie godziny marnowała energię na bezsensowne dyskusje z dwójką czubów.
Kiedy doszli do drogi, która swoją drogą wyglądała na mało uczęszczaną, Dorian usiadł na ziemi. Pies od razu przyszedł się przytulić do swojego właściciela. Nie był w stanie zmieścić się na kolanach chłopaka, więc po prostu położył się obok.
Edel wytarła wierzchem dłoni pot z czoła i zaczęła się rozglądać. Nikt nie nadjeżdżał ani z jednej, ani z drugiej strony.
— No i co teraz? — odezwał się pierwszy Kurt. Przez dobre dwadzieścia minut dusił w sobie wszystko, żeby teraz na nowo wypalić do Edel z obrzydliwie irytującym tonem. — Gdzie są jakieś samochody? Nic tu nie jedzie.
— Poczekajmy. To nie jest chyba… zbyt ruchliwa ulica.
— Wiem, mam jeszcze oczy — prychnął. — Jeśli w ciągu piętnastu minut nic nie nadjedzie, to zaczniemy iść w stronę północy.
— Nie ma mowy — wtrącił się Dorian. — Nie widzisz idioto, że mój pies jest zmęczony? Nie będę go bardziej męczyć.
— Twoje gadanie nie jest nam do niczego potrzebne.
— Twoje też. Wkurwiasz mnie, odkąd tutaj trafiliśmy. Nic, tylko pierdolisz i się nad sobą użalasz.
— To ty się obraziłeś jak pięciolatek! Teraz będziesz jeszcze nam warunki stawiał.
— Twoja stara stawia łysemu włosy!
— A twoja łowi ryby w stawie kolanowym!
Za ich plecami strzelił piorun. Najwidoczniej matka Invidia nie zgadzała się ze słowami braci.
Edel za to niezręcznie stała obok i ich słuchała. Czuła się jak opiekunka w przedszkolu. Nawet nie wiedziała, czy powinna im przerywać, bo omawiała się, że dostanie przypadkowo w mordę.
— Zbieramy się — rozkazał Kurt. Był zbyt zdenerwowany, żeby w ogóle sprawdzać, czy minęły umówione piętnaście minut. Pierwszy wyrwał się do przodu.
— Kurt, poczekaj, może zaraz…
— Zamknij się! — krzyknął.
Dorian przeklął pod nosem, ale wstał razem z Terminatorem i poszedł za bratem. Wlókł się specjalnie wolno, ciągnąć za sobą nogi tak, jakby był rannym żołnierzem, a Edel z wytrwałością próbowała nie zwracać na ich dwójkę większej uwagi. Skoro szli do przodu, to dobrze, prawda?
Po którymś kilometrze zaczynali tracić siły już całkiem. Dorian przestał udawać i dyszał jak mops, Terminator ledwo szedł, Edel nie nadążała z wycieraniem potu z twarzy, a Kurt pierwszy przestał komentować zachowania wszystkich wokół. Zaczął się poważnie martwić, bo jak to możliwe, że po takim czasie nie napotkali chociaż jednego samochodu? Jeden ciężarówki? Jednej wioski farmerskiej? Terminator przecież nie teleportował ich z dala od cywilizacji i jak się zdaje, to wciąż znajdowali się na amerykańskiej ziemi. Gdzie, do cholery, podziali się wszyscy?
— Widzicie, to był najgłupszy pomysł na świecie, kurwa.
Dorian się zatrzymał. Gdyby widział, to na pewno spojrzałby teraz wrogo na Kurta oraz Edel, ale był niewidomy, więc patrzył w zupełnie innym kierunku.
— To jej wina.
Kurt próbował zrzucić odpowiedzialność na i tak zmęczoną Edel. Dorian tylko prychnął pod nosem.
— Przez was teraz zdechniemy.
— Kto zdechnie, ten zdechnie.
— Zamknij się. — Dorian uniósł ostrzegawczo zaciśniętą pięść do góry. — Znajdźmy lepiej jakiś cień. Samochodu pewnie do jutra nie znajdziemy.
Dorian miał w pewnym sensie rację, ale Kurt nie chciał teraz tego słuchać. Tak bardzo zaparł się, by iść do przodu, dopóki nie znajdą kogoś, kto ich odwiezie do San Francisco, że nie obchodziły go ewentualnie konsekwencje zdrowotne.
— Dorian ma rację. — Edel nieśmiało wtrąciła się w tę rozmowę. Dziwnie było jej przyznać Dorianowi rację, ale tym razem wykazał się minimum inteligencją. — Jesteśmy zmęczeni i musimy odpocząć. Chociaż przez godzinę.
— A w ciągu tej godziny moglibyśmy złapać stopa.
— Ty debilu, nie widzisz, że tutaj nic nie jedzie?!
— Kto to mówi? Ty nawet nie możesz tego zobaczyć.
— Co ty powiedziałeś?!
Edel schowała twarz w dłoniach. Kłótnia między braćmi wywiązywała się średnio co dziesięć minut.
— To może pół godziny? — podjęła próbę negocjacji. — Naprawdę dobrze by nam to zrobiło, Kurt. Później moglibyśmy iść dalej i szukać stopa.
— Nie.
Pewnie, gdyby Edel mogła zabić ich dwójkę, to już dawno by to zrobiła; ale przez to, że była centurionką i ciężko byłoby ukryć ślady, musiała się mieć na baczności.
— Jak chcesz stać na słońcu, to sobie stój. — Dorian złapał psa za kark i poszedł przed siebie. — Ja nie zamierzam zdychać i pocić się w nieskończoność jak szczur.
Edel została sama z obrażonym Kurtem i już nie miała pojęcia, jakby mogła go do czegokolwiek przekonać. Przecież nie pozwoliłaby mu umierać z odwodnienia i z przegrzania.
— Zostaw go! — krzyknął Dorian, jakby wyczuwał, że dziewczyna będzie się starała go przekonać. — Sam niech wymyśli, co chce robić. Ja swoje powiedziałem.
mój bracie?
────
[1017 słów: Dorian otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz