Chait znowu się uśmiechnął. Trochę szerzej i trochę mniej sztucznie, trochę mniej na pokaz.
– No to mamy umowę – powiedział, podając Aye jedną z wizytówek stoiska i długopis, by mogło zapisać na nich numer. Chait nie miał przy sobie telefonu, zostawił go gdzieś w plecaku za stolikiem. Nawet gdyby chciał (a nie chciał) to nie miałby jak wydzwaniać i wypisywać. Nie miał na to czasu, a jego telefon prawdopodobnie by tego nie przetrwał.
– Znam jedną mało obleganą kawiarnię – kontynuował po chwili zastanowienia.
Nie był jeszcze pewny, co lepsze oznacza w słowniku Aye. Znaczy, dobra: takie, gdzie nie znajdą centaura na wózku, który nienawidzi całego świata. I takie, gdzie nikt nie zmusi ich do rozwiązywania zagadek i zawierania narzeczeństwa, bo udało im się je rozwiązać. Od siebie dodałby jeszcze takie, gdzie nie będą słuchali opowieści starszej kobiety o tym, jak bardzo któreś z nich jest podobne do kogoś z jej rodziny.
Te trzy rzeczy podsumowywały każde ich dotychczasowe spotkanie. Jakie dodatkowe wymagania mogło mieć Aye? Zakładał, że święty spokój. Sam raczej rzadko był w miejscach, w których można było na coś takiego liczyć. Kawiarnię znał tylko dzięki temu, że kiedyś sam w niej pracował. Może dlatego było to jedyne miejsce, które wpadło mu do głowy.
– Niedaleko niej jest też… mały park? Też raczej spokojne miejsce, rodzice z dziećmi wolą pobliski plac zabaw – dodał od razu, gdyby Aye miało uznać, że kawiarnia brzmi zbyt zobowiązująco albo w jakiś inny sposób zbyt odstraszająco.
Cała okolica miejsc, które proponował, należała do bardzo cichych, szczególnie jak na Nowy Jork.
– W porządku.
Aye dalej nie wyglądało na przekonane i Chait zaczął myśleć o tym, że może jednak powinien się wycofać. Może ten pomysł od samego początku był głupi, może powinni po prostu udawać, że znają się tylko z szybkiego „cześć” gdzieś na mieście. Chciał zaznaczyć, że Aye naprawdę nie musi się zgadzać ani robić nic wbrew sobie, ale usłyszał, jak jedna ze współpracowniczek woła go zza sterty książeczek na oddalonym stoisku.
Zerknął szybko w tamtą stronę, przeklinając na samego siebie w myślach.
– Chyba cię potrzebują. – Aye podało mu z powrotem zapisaną wizytówkę i długopis. Chait uśmiechnął się nerwowo, przepraszająco.
– To… Napiszę ci adres i jakoś ustalimy termin? – zaproponował, bo nie miał już czasu, by tłumaczyć się z wycofania z tego pomysłu.
Aye zgodziło się na ten pomysł, więc uśmiechnął się trochę szerzej i podbiegł z powrotem do stoiska, machając na pożegnanie i wsuwając wizytówkę do kieszeni spodni.
Starał się myśleć optymistycznie: co najgorszego mogło się stać? W najgorszym wypadku do spotkania nie dojdzie albo będzie ono ostatnim. Nie było to bardzo optymistyczne myślenie dla kogoś, kto chciał w końcu zatrzeć te dotychczasowe okropne okoliczności, ale na pewno mogło być gorzej.
Tak jak zapowiedział, wysłał Aye adres. Nie zrobił tego od razu, bo nie miał czasu – miał z tym poczekać do przerwy, a później przerwa ta skończyła się kolejną, nieprzewidzianą robotą, więc po telefon sięgnął dopiero wieczorem.
Udało im się ustalić termin, ale poza tym nie kontaktowali się ze sobą. Chait naprawdę nie zamierzał się narzucać, przeszkadzać i ryzykować korzystaniem z telefonu częściej, niż to konieczne. Nie miał też za bardzo czasu. Tydzień, który minął od ich spotkania na targach do ich planowanego spotkania w kawiarni, był zwyczajnie okropny.
Starał się nie zachowywać, jakby był zmęczony i zniechęcony już na samym starcie. Nie był przecież zmęczony wizją spotkania, a niechęć nie wynikała z tego, że nie chce widzieć Aye. Raczej z obawy przed tym, że Aye nie chce widzieć jego.
Pojawił się na umówionym miejscu spotkania chwilę przed czasem, ale w sumie nawet tego nie planował; gdyby nie był półbogiem, to na pewno by się spóźnił. Z drugiej strony, gdyby nie był półbogiem, to cała ta sytuacja nigdy nie miałaby miejsca. Oparł się plecami o ścianę przy kawiarni, nie przekonany na tyle, by wchodzić do środka. Wystukiwał palcami bliżej nieokreślony rytm na szorstkiej powierzchni.
Uniósł dłoń na przywitanie, kiedy zobaczył zbliżające się Aye.
– Hej – przywitał się, uśmiechając się jak najbardziej szczerze i ciepło.
– Cześć.
Chait zajrzał przez szybę do kawiarni, by upewnić się, że w środku faktycznie nie ma tłumu ludzi. Poza mało obleganym miejscem wybrali też mało popularną godzinę, więc kawiarnia wydawała się pusta. Część ludzi wybrała też pewnie spacer – nowojorskie lato było dzisiaj wyjątkowo przyjemne i normalnie Chait też uznałby, że szkoda marnować ten dzień w budynku.
– Cieszę się, że udało ci dotrzeć – odezwał się, otwierając drzwi i puszczając Aye przodem. – Mam nadzieję, że udało ci się ominąć korki i wypadki.
Dzwoneczek nad wejściem zadzwonił drugi raz, kiedy drzwi się za nimi zamknęły. Zza lady wyjrzała do nich kobieta, która musiała być przynajmniej kilka lat starsza. Miała delikatne zmarszczki pod oczami, a długie, jasne włosy spięte w ciasny kucyk. Chait powstrzymał się od westchnięcia. Liczył, że na zmianie będzie ktoś inny, mniej rozgadany. Co za ironia.
Aye nie zdążyło mu odpowiedzieć.
– O, kto by pomyślał, Chait. Co cię… was tu sprowadza? – Poprawiła się od razu.
– Wpadliśmy na kawę – odpowiedział, uśmiechając się. Zerknął kątem oka na Aye. Mógł się mylić, ale zakładał, że może ono nie być największym fanem takich pogawędek. – Uznaliśmy, że tu będzie wystarczająco spokojnie.
Kobieta pokiwała głową.
– Od jakiegoś czasu jest jeszcze spokojniej.
Przez chwilę wyglądała na zmartwioną, ale szybko wróciła do typowego, pracowniczego uśmiechu.
– Co mogę wam podać? Na miejscu, czy na wynos?
Chait zawahał się.
– Chcesz przejść się do parku, dopóki nie jest bardzo gorąco? – zapytał, odwracając się na chwilę do Aye. To wydawało mu się najlepszym sposobem na uniknięcie dziwnych dyskusji.
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz