To, że Czwarta Kohorta będzie organizować Ludi Romani, Cherry wiedziała przecież już od zeszłego roku. W zasadzie wiedziała to już dwa lata temu, bo wszystkie kohorty organizowały festiwal po kolei i nie, z całą pewnością organizacji nie uważano za wielki konkurs tego, kto bardziej zabłyśnie. Rok temu festiwalowi przewodziła Piąta Kohorta. Dwa lata temu była to Jedynka, więc cykl zaczął się od nowa. Kiedy we wrześniu spadły pierwsze jesienne liście, a legioniści chwycili za grabie, Cherry pomyślała: „jest jeszcze dużo czasu”. Kiedy obchodziła święta z rodziną Halstonów, pomyślała: „okej, jeszcze jest czas”. Kiedy pogoda na powrót się rozpogadzała, ptaszki śpiewały, a kwiaty zakwitły, pomyślała: „cholera, trzeba zacząć o tym myśleć na poważnie”.
Tyle że zawsze coś jej przeszkadzało. Epidemia sraczki w ambulatorium, wybuch akweduktu, wszystko okazywało się na ten moment ważniejsze niż przygotowania do największego festiwalu Rzymian, który i tak miał się odbyć dopiero we wrześniu. Nie była centurionką pierwszy rok, miała już za sobą organizację Ludi Romani, powinna dać sobie radę; a przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki niecały miesiąc przed festiwalem Elianne nie oznajmiła jej, że musi wrócić do domu i nie weźmie udziału we wrześniowym świętowaniu.
Nie zrobiła tego specjalnie, oczywiście. Cherry nie robiła jej wyrzutów. Sama kazała jej pierwszorzędnie wracać do domu, tym bardziej, jeśli była to pilna sytuacja. Z Elianne czy nie, festiwal musiał się odbyć. Cherry miała jeszcze całą Czwartą Kohortę pod sobą, musiała tylko ją rozdysponować do odpowiednich zadań i dopilnować, żeby nikt się po drodze nie zabił, a już brońcie bogowie nie wysadził Koloseum. (Przynajmniej przed Ludi Romani, bo wysadzenia w trakcie się już zdarzały, ale kto do cholery wymyślił odgrywanie scenek bitew morskich na lądzie?).
Poza tym miała jeszcze drugą organizatorkę Ludi Romani. Zgodnie z tradycją, festiwal otwierało zawsze dziecko bogini zwycięstwa, Wiktorii, a tak się składało, że jedynym dzieckiem Wiktorii w Czwartej Kohorcie była Arisu Hayashi.
Szkoda, że Arisu chyba nie lubiła Cherry.
Tak jej się przynajmniej wydawało, to znaczy: jeszcze nigdy nie miały ze sobą na tyle pozytywnych interakcji, żeby Cherry w ogóle była w stanie określić, czy ocena Arisu w stosunku do niej może być sprawiedliwa. Gdyby miała policzyć wszystkie sytuacje na palcach, to wszystkie były albo negatywne, albo co najwyżej neutralne, a Arisu nie była szczególnie ekspresywną osobą, żeby można było to jednoznacznie określić.
Hayashi była w jej mniemaniu dobrą legionistką. Cherry zawsze ją lubiła (chociaż była mało obiektywna, bo w swojej kohorcie lubiła wszystkich, niezależnie od tego, jak bardzo potrafili jej zaleźć za skórę). Do pewnego czasu nie mogłaby nawet powiedzieć na nią złego słowa; to znaczy do czasu, dopóki nie zaczęła przydzielać ją do wspólnych obowiązków z Atlasem Walkerem, co zawsze kończyło się źle. I zawsze kończyło się opieprzem tej dwójki.
Cherry nie zdziwiło więc ani trochę, kiedy zaczepiła Arisu sierpniowego wieczoru przy wyjściu z kolacji, a dziewczyna odpowiedziała jej wzdrygnięciem się, jakby już była gotowa na opieprz.
— Hej Arisu. — Twarzą w twarz, kiedy nie prawiła jej reprymend ani nie rozdzielała obowiązków, Cherry czuła się przy niej niemal niezręcznie. — Czy masz…
— Jeśli o to chodzi, to nie wiem, gdzie jest Atlas.
Cherry zamrugała.
— Nie. Nie, nie mam na myśli Atlasa — obroniła się szybko. Czy ona poważnie przychodziła do Arisu do tej pory tylko w tej sprawie? — Chciałam zapytać, czy nie chciałabyś może zacząć od jutra ze mną przygotowań do Ludi Romani.
— Jeśli nie będę miała w tym czasie innych obowiązków…
No tak, przecież to Cherry odpowiadała za ich przydział.
— Nie, jasne, że nie. Przydzielę je wszystkim innym i będziemy mogły pójść do magazynu rozejrzeć się za ozdobami z zeszłych lat. — Uśmiechnęła się krzywo, chyba tylko po to, żeby wywrzeć na Arisu jakieś dobre wrażenie.
Dziewczyna skinęła jej głową. Cherry musiała przeżyć jeszcze bardzo niezręcznie wymienione „to do zobaczenia” i rozejść się w swoje strony, chociaż miała wrażenie, że na tej właśnie rozmowie wyczerpały się wszystkie jej zdolności komunikacyjne.
Następnego dnia musiały jeszcze zahaczyć o pretorium, żeby odebrać od Vergila klucz do magazynu. Mózg Cherry pracował na najwyższych obrotach, żeby wymyślić jakiś temat do rozmowy, cokolwiek, co mogłoby rozluźnić atmosferę między nimi — dalej miała wrażenie, że Arisu nie znosi jej w swoim towarzystwie i niezręczność z całą pewnością temu nie pomagała — ale koniec końców uznawała, że może jednak dla nich obu zdrowiej psychicznie będzie, jeśli wszystko przemilczą.
— Zajmujecie się Ludi Romani? Już? Tak wcześnie? — zapytał Vergil, podając jej niewielki kluczyk z cesarskiego złota.
Miał na sobie okulary, których nigdy nie nosił, jeśli miał załatwiać sprawy w Nowym Rzymie. W zasadzie nigdy nie widziała go w oprawkach poza domem. Najwyraźniej miał cały dzień papierkowej roboty.
— Nie chcę robić tego na ostatnią chwilę, skoro Elianne nie może mi pomóc — mruknęła w odpowiedzi.
Wymienili się krótkimi spojrzeniami. Arisu odwróciła na chwilę głowę, Cherry zauważyła, że dziewczyna czyta tytuły ksiąg w gabinecie pretorium. Vergil wykorzystał chwilę nieuwagi dziewczyny i próbował zapytać Cherry na migi coś pomiędzy: „co z nią [czemu ma minę jak kot srający na pustyni]?” i „czy wszystko jest okej?”. Cherry przymknęła na chwilę oczy i cicho westchnęła, co miało znaczyć mniej więcej: „jeśli nie odezwę się dzisiaj do wieczora, to znaczy, że zakopała mnie żywcem i będziesz musiał szukać mnie w podziemiach Koloseum”.
Nie była pewna, czy zrozumiał, ale kiedy Arisu znowu się do nich odwróciła, uśmiechnął się w tak głupi i szczenięcy sposób, jakby miał coś przed nią do ukrycia.
Magazyn nie był tak zakurzony, jak początkowo myślała, że będzie. Rzymianie obchodzili dużo świąt. Cherry nie dziwiło już nawet kiedy jednego dnia musieli ściągać wieńce laurowe z budynków, a za tydzień zakładać je z powrotem. Ludi Romani było jednak największym i możliwe, że najważniejszym ze świąt obchodzonych dalej w Nowym Rzymie, a w dodatku trwało kilka dni. Musiały przygotować dużo ozdóbek.
Cherry westchnęła, włączając światło w pokoju i omiatając wzrokiem cały stos kartonów. Z pudełek wystawały serpentyny (raczej średnio kojarzone ze Starożytnym Rzymem), fioletowe proporce, ususzone wieńce laurowe, które powinni wyrzucić i poprosić któreś z dzieci Ceres o przygotowanie nowych. Cherry mignęły gdzieś odświętne uzdy dla pegazów i tubki z brokatem.
Podparła się pod boki, jakby miała dzięki temu lepiej widzieć. Była córką Apollina, miała jakiś dryg do sztuki, tym bardziej że jej matka była malarką. Nie uważała się za totalne bezguście, jeśli chodziło o estetykę. Z dwojga złego była dużo lepsza, jeśli chodziło o sztukę, niż gdyby miała chwycić za instrument. Nie zmieniało to faktu, że po swoim ojcu odziedziczyła raczej zdolności lekarskie.
— Masz jakiś pomysł? — zapytała, odwracając się w stronę Arisu.
To nie tak, że w nią wątpiła, ale nie spodziewała się raczej po niej jakichś artystycznych zainteresowań. Może po prostu chciała zacząć jakiś temat, bo chyba sama powiesiłaby się na którejś z dostępnych serpentyn, gdyby miała to przekładać przez kolejne kilka godzin w niezręcznej ciszy.
────
[1104 słowa: Cherry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz