Sezony ogórkowe były dobijające, szczególnie latem.
Z roku na rok przybywało jej coraz mniej zleceń, co miało związek z brakiem zainteresowania gazetami w tych czasach. Już się przyzwyczaiła, że świat coraz bardziej zasuwał w stronę wszechobecnej technologii opierającej się na prądzie, ale opcja utraty stałej pracy była stresująca. W dodatku dowiedziała się, że chcą produkować masowo gównoartykuły na stronie internetowej za pomocą AI, na co tylko reagowała westchnięciem. Może wróci do Obozu, założy obok wioskę o jakiejś wdzięcznej nazwie, na przykład Nowe Saloniki, i będzie sadzić choćby marchew? Boscy rodzice mogliby naprawdę pomyśleć nad paczkami ze wsparciem finansowym dla dzieci, biorąc pod uwagę wszechobecność prądu. Czy by się dało pozwać boga za brak BHP i narażanie na większy uszczerbek na zdrowiu? Wysoki sądzie, w tych czasach to nawet żelazka mają wi-fi i AI.
Wszystko to sprawiało, że łapała się każdego zlecenia. Wszystko, byleby utrzymać mieszkanie, siebie i mieć jakieś grosze na kupno działki gdzieś w dupie USA. To był też na szczęście idealny sezon na szukanie pracy w parkach rozrywki, w których kiedyś pracowała, ale mimo dobrych zarobków wolała siedzieć w mieście.
Parki rozrywki były o tyle fascynujące, że dzieci się jej tak nie bały. Nawet gdy się przebierała za jakiegoś złodupca, im to nie przeszkadzało, a młodsze dzieci były na tyle przyklejone do tabletów, że im było wszystko jedno. Dahlii to pasowało, dorośli ludzie też jakoś przyjaźniej się odnosili do niej, myśląc, że blizny są narysowane. Z pracownikami sprawa była nieco inna, szczególnie gdy przyjeżdżali imigranci z problematycznymi nawykami. Dalej wzdrygała się na myśl o zasyfionym baraku, obok którego miała nieszczęście pomieszkiwać wtedy.
Gdy przyjechała, z zadowoleniem stwierdziła, że tak dużo się nie zmieniło. Owszem, sama struktura dla gości się zmieniała, ale kulisy były identyczne, zasady również. Było to na swój sposób satysfakcjonujące, że nie musieli uciekać się do rozwiązań „ułatwiających życie”, od których tylko głowa bolała.
Od tygodnia kierownicy i bywalcy narzekali, jak to mieli w zwyczaju, na nowo przybyłych. Nie wchodziła z nimi w dyskusje, ale miała swoje zdanie na ten temat i współczuła tym, którzy byli zostawieni sami sobie. Pamiętała swoje pierwsze kroki, pamiętała również wywalczenie jakiegokolwiek respektu i od tamtej pory informowali ją o wszystkim, co powinna była wiedzieć. Ile czasu i pieniędzy może zająć wydrukowanie kartek z zasadami? Naklejenie strzałek na podłodze? Manager nie przyjmował tego do wiadomości, w dodatku komentował coś o upadku czasów, prowadzeniu za rączkę i płatkach śniegu. Przynajmniej tym razem doceniał ich obecność, bo bardzo dużo ludzi zachorowało (ktoś mówił o epidemii dżumy, oby w żartach), a część się wykruszyła z niejasnego powodu.
Pośród nowych osób zauważyła znajomą twarz. Jednak nie na tyle znajomą, żeby mogła sobie przypomnieć, jak ma na imię i skąd go zna. Raczej nie mieszkał w San Francisco? Aparycja też nie pomagała, bo nie wyglądał na tyle charakterystycznie na tle innych ludzi, ot krótkie i rozczochrane włosy, sympatyczna twarz i oczy porzuconego szczeniaka. Oby nie kojarzyła z Obozu, już wystarczająco wpadała przypadkiem na innych półbogów. Tak, jakby los igrał z nią, bo im czym więcej się izolowała od innych, tym bardziej ich przyciągała i zawracali jej głowę. Miała z nikim się nie spotykać, a teraz pomaga Arnar w odhaczaniu rzeczy z tej głupiej listy, jeszcze prawdopodobnie dostanie zaproszenie na ślub, gdzieś w rzędach z przodu. Jak nie ono, to jeszcze ci z rzymskiego obozu, ściągający na nią arcyciekawe potwory. Tu, w tym cholernym parku rozrywki, liczyła na to, że będzie odpoczywać od nich. Jeszcze dostaje tego typa do pary, według starej zasady „przydziel świeżaka do weterana”.
Nawet jeżeli go kojarzyła, to widocznie nie było to obustronne. Albo starał się tuszować ten fakt i mu to dobrze wychodziło. Jeżeli nie chce jej znać, czemu by miała zmienić status quo? Co prawda, byłoby miło, jakby przestała mieć pustkę w głowie za każdym razem. Jeżeli półbóg, to jaki domek? Raczej nie z tych najsilniejszych bogów, oni mieli swoją charakterystyczną aurę. A może bez sensu szuka, bo to śmiertelnik? Tak czy siak, nie ma zamiaru wchodzić w rozważania, bo jeszcze będzie źle wykonywać swoją pracę.
— Poradzimy sobie sami, mamy dzisiaj proste rzeczy.
Stanęła przed tablicami, z naklejonymi tabelkami i nazwami stanowisk.
— Masz swoją kartę?
— Tak. — Wyciągnął szybko plastik z kieszeni spodni.
— Na niej masz swój numer. Jak nie wiesz, co robić, to możesz tutaj poszukać. — Stuknęła w tablicę, przy dziale pirackim. — Masz tutaj też godziny swoich zmian.
— Ma sens.
— Przypomnij mi, jak masz na imię?
Na ułamek sekundy się zawahał, po czym odpowiedział z uśmiechem.
— Chait.
— Chait, idziemy teraz na strefę. Tam się przebieramy. — Przejechała kartą przez rejestrator czasu pracy. — Pamiętaj, żeby zawsze zbliżyć tą kartę, jak zaczynasz robotę i ją kończysz. Karta jeszcze zapewnia ci wstęp na strefy dla pracowników, także postaraj się jej nie zgubić. Jak pewnie zauważyłeś, kierownik jest dosyć… drażliwy.
— Ciężko przeoczyć. Ciekawe, jakie ma ciśnienie na co dzień.
Uśmiechnęła się pod nosem. Wytłumaczyła mu jeszcze parę rzeczy, wykorzystując fakt, że droga na piracką strefę była jedną z dłuższych w tym przybytku. Chait był całkiem w porządku, jeszcze wspominał coś o doświadczeniu w pracy z dziećmi, słuchał jej uwag i odpowiadał grzecznie. Przez ten cały czas jednak się zastanawiała nad tym, jak specyficzne było imię i jak z tego powodu miała déjà vu. Na pewno kiedyś się widzieli, praktycznie znała tylko jedną osobę z tym imieniem. Z obozu, bo pamiętała rozważania z Hermesiakami, jakie w ogóle dzieciaki teraz mają imiona. Który to był rok? Drugi czy trzeci w obozie? Ile mogła mieć wtedy paciorków, które w tym momencie leżały gdzieś na dnie szafki w mieszkaniu w San Frisco, czekające na zapomnienie?
Gdy byli już przebrani (Chait obwiązał sobie głowę czerwoną chustą i przytroczył sobie pas z repliką strzelby, Dahlia stawiała na prostotę za pomocą koszulki w niebieskie pasy), wdrapali się na statek. Mieli towarzyszyć głównemu aktorowi, kapitanowi, który wygrażał śmiejącym się dzieciakom. Nie mieli bezpośredniego kontaktu z odwiedzającymi, bardziej stanowili tło i pilnowali, czy jakiś łobuz nie przeskakuje przez barierki. Bycie piratem było o tyle wspaniałe, że mogli pozwolić sobie na trochę straszenia plastikową szabelką. Gdy któryś z aktorów chciał odpocząć, przenosił jakieś skrzynki czy beczki z miejsca na miejsce. Dahlia nawet nie musiała mówić, samo stanie z założonymi rękami budziło respekt. Za to Chait miał swego rodzaju dryg, pomijając jego koszmarny „piracki” akcent, wchodził chętnie w rozmowy, machał końcówką liny nad głowami dzieciaków i wtórował kapitanowi. Innymi słowy, dobrze mu wychodziło i nie trzeba było go pilnować.
Kiedy mieli przerwę, mieli zapewnioną wodę oraz jakieś przekąski. Były to zazwyczaj brzydkie wypieki oraz uszkodzone lizaki, które nie mogły być wystawione do sprzedaży w strefie gastronomicznej, ale były wciąż zdatne do spożycia. Kiedy skończyła jeść swoją bułkę, zagadała od niechcenia.
— Skąd jesteś, Chait?
Nawet nie był zaskoczony pytaniem. Możliwe, że się spodziewał, że w końcu zacznie go wypytywać.
— Mieszkam teraz w Nowym Jorku. A ty?
— Właśnie w San Francisco, stąd mam blisko. Do Nowego Jorku stąd to szmat drogi. Samolot?
Chait prychnął śmiechem, kręcąc głową.
— Żartujesz?
— Chciałbym. Skorzystałem z podwózki, żeby trochę przyoszczędzić.
— Nie zazdroszczę.
Nowy Jork. To by pasowało, większość dzieciaków z Obozu Herosów przechodziła do tego nieszczęsnego miasta. Nie drążyła dalej, zawsze mogą ignorować fakt, że prawdopodobnie mijali się kilka razy dziennie przy tych cholernych polach truskawek. Czy też jedli kolację przy ognisku, wrzucając ofiary dla swoich boskich rodziców. Mogą, na przykład, poudawać śmiertelników. „Totalnie mamy normalne życie, żaden potwór na nas nie czycha i naszym największym zmartwieniem jest zgubienie karty oraz podatki, haha”.
Słońce już tak nie grzało, przez co wszyscy mogli paradować z ulgą w przebraniach, szczególnie po przerwie. Jerry, odgrywający kapitana, był potrzebny do odegrania scen przy rollercoasterach, przy których zbierało się najwięcej ludzi. Dahlia i Chait zostali sami na mniejszym statku, na większym dział się jakiś pokaz z kartami.
— Co mamy robić?
— To, co tej pory. Chyba że wolisz robić coś innego.
— A jakie są opcje?
Zważyła w rękach plastikową szabelkę. Odwróciła się do Chaita, z miną „rzucam ci wyzwanie”.
— Masz ochotę na sparing?
────
[1304 słów: Dahlia otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz