sobota, 21 marca 2026

Od Luciena CD Dahlii i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Lucien miał wrażenie, że koszulka, którą na sobie miał, zmniejszyła się o dwa rozmiary, a jej kołnierz niebezpiecznie zacisnął się na jego szyi. Odkaszlnął, zdenerwowany i spojrzał na Dahlię. Zdołała ich dogonić.
W jej spojrzeniu mógł wyczytać, że wie tyle samo, co oni, ale jest tak samo zaniepokojona. Za każdym razem, gdy się spotykali, coś próbowało ich zabić. Przecież nie powinni aż tak bardzo śmierdzieć. Nie mieli dwunastu lat. Nie byli już niedoświadczonymi dzieciakami, które nawet miecza nie potrafiły podnieść i utrzymać w dłoni podczas walki. Byli półbogami, którzy przeżyli cały pieprzony obóz.
Lucien bał się, że zaczęli przyciągać jakieś wyjątkowo potężne siły, z którymi normalnie nie poradziłby sobie nawet najlepiej wytrenowany półbóg. Przerażenie odbierało mu mowę. Mógł tylko kaszleć i dławić się powietrzem.
Oparł się o ścianę, próbując wygrać z zawrotami głowy. To nie mogła być prawda! Byli tylko w hotelu. W pokoju działy się dziwne rzeczy. Jak to możliwe, że hotel zaczął… się ruszać?
— Cofnijmy się — zasugerowała Dahlia.
Lucien ledwo już był w stanie ją usłyszeć. Słowa przestawały do niego docierać. Wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim. Był jak takie naczynie, do którego można było tylko nalać wody, a potem ją wylać.
— Lucien?
Stali i patrzyli się na niego z niepokojem. Dahlia bała się ruszyć, a Arnar w głowie próbowało ułożyć plan działania.
— Pomyliliśmy schody — spróbowało. — Po drugiej stronie korytarza są drugie.
Nie brzmiało zbyt przekonująco, ale Lucienowi to w jakiś sposób pomogło wydostać się z chwilowego transu. Ogarnięty zbyt dużą paniką nadawał się praktycznie do niczego. Mógł tylko ich spowolnić, a przecież musieli stąd jakoś wyjść.
Podszedł do dwójki półbogów. Arnar delikatnie objęło Luciena.
— Tak się dzieje tylko w horrorach, kochanie — próbowało dalej pocieszyć Luciena. — Po prostu mamy słabą orientację w przestrzeni. Prawda, Dahlia?
— Tak, rzeczywiście, po drugiej stronie korytarzu są drugie schody.
Lucien zaczął się rozluźniać. Być może obejrzał zbyt wiele strasznych filmów i jego własny mózg zaczął go sabotować. Przecież nie istniał na świecie potwór, który mógłby tworzyć aż tak zaawansowane iluzje, prawda?
Ruszyli w stronę drugich schodów. Szli przez ten korytarz zbyt długo, jak na odległość, jaką można było oszacować, po prostu patrząc na koniec tego holu.
— Duży ten hotel — zaśmiało się Arnar.
Jedyne z ich trójki mogło zacząć robić sobie w tej sytuacji żarty. Dahlia pociągnęła nosem. W pomieszczeniu zebrało się naprawdę sporo kurzu.
— Mam alergię na kurz — jęknął Lucien, dławiąc się kichnięciami.
Dahlia przez cały czas pociągała nosem. Dzieciak Dionizosa walczył z łzawiącymi oczami.
— Serio?
— Nie, na niby, kurwa!
Próbował złapać oddech, ale zaraz tego kurzu pojawiło się więcej. Przestał cokolwiek widzieć; i nie była to wina łzawiących oczu, ale tego cholernego kurzu. Dahlia zniknęła mu z oczu jako pierwsza, a potem przepadło Arnar. Stał sam pośrodku holu, dławiąc się śliną i spływającymi do gardła smarkami.
Kurz zaczął znikać po krótkiej chwili, odsłaniając zupełnie pusty i czysty korytarz. Lucien znów mógł oddychać, ale zaraz znowu zacznie mieć problemu z powodu narastającego lęku. Arnar zniknęło. Dahlia znikła.
— Arnar?! — wrzasnęło.
— Arnar… Arnar… Arnar… — odpowiedziało mu echo.
Dlaczego w tym hotelu nie mieszkał nikt inny? Nie mogli przecież być tutaj sami. Na wakacje przyjeżdżało dużo ludzi. Wyjazdy służbowe również istnieją.
Rozejrzał się. Na ścianach wisiały tandetne obrazy, w niektórych miejscach zaczynała odchodzić farba. Stojąc bez ruchu niewiele zdziała, więc zdecydował się ruszyć do przodu. Do tych schodów, do których mieli dojść całą trójką.
Korytarz tym razem okazał się łaskawy — pozwolił Lucienowi dojść do celu i po drodze nie zniknął w szarym dymie kurzu.
— Dahlia?!
Spróbował raz jeszcze, ale tym razem nie odpowiedziało mu nawet echo. Dziwne. Zupełnie tak, jakby znalazł się na cmentarzu tylko takim bez żadnych duchów i trupów. Jedynie pustka.
Zaczął schodzić po schodach. Pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie piętro. Doliczył się chyba dziesiątego, kiedy postanowił się zatrzymać. Serce zaczęło tłuc się w jego piersi. Znowu stracił oddech. Niemożliwe, nie po to tyle trenował, żeby teraz spanikował w jakimś nawiedzonym hotelu. To wszystko mogło być tylko złym snem. Złym, cholernym snem, z którego zaraz się wyrwie.
Próba racjonalizacji tych wydarzeń przychodziła Lucienowi jednak z wielkim trudem przez to, że od zawsze cechowała go podejrzliwość i miał problemy z lękliwością. Nie potrafił przekupić swojego mózgu i tym samym przekonać go do tego, że wszystkie przerażające sytuacją są niczym fatamorgana na pustyni.
Opierając się o ścianę, zaczął schodzić dalej. Stojąc w miejscu nic nie zdziała. Tak naprawdę samym schodzeniem też nic nie zdziała, ale może to pomoże mu się uspokoić.
Na jednym piętrze zauważył postać. Całkiem znajomą postać. Wysoką, zgarbioną i z rozczochranymi włosami.
— Arnar?! — krzyknął.
Hermesiak się odwrócił. Był prawdziwy.
— Lucien?!
Głos Arnar go uspokoił. Uświadomiło mu to, że nie jest w tym wszystkim sam, a jego partner i przyjaciółka wcale nie zostali zjedzeni przez potwora.
Ostrożnie zszedł po ostatnich stopniach i szybko podszedł do Arnar. Korytarz wyglądał identycznie jak wszystkie inne. Nie różniły się nawet tymi okropnymi obrazami.
— Gdzie Dahlia? — Rozejrzał się, mając nadzieję, że kobieta gdzieś tam stoi. — Jest tutaj, prawda?
Arnar pokręciło głową. Lucienowi momentalnie zrobiło się słabo.
— Nie, ale… — przerwało. — Wszystko okej? Jesteś cały blady.
— Totalnie. — Uśmiechnął się słabo. — Czasem tak bywa, Arnar, co nie? Że robisz się blady i w ogóle, że ci słabo… ha-ha.
Ręką odszukał ścianę. Było mu na tyle duszno, że uznał to za swój koniec. Wszystkie poprzednie duszności nie były aż tak intensywne. Tym razem miał wrażenie, że się topi, a powietrze jest gęste jak mleko.
Zaczął tracić grunt pod nogami. Osuwał się przy samej ścianie. Arnar próbowało go podtrzymać, ale to było na nic — nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zatrząsł się.
— Dahlia poszła się wysikać — Arnar usilnie próbowało poprawić sytuację. — To dlatego jej tutaj nie ma.
— Dahlia została zjedzona, prawda?
— Nie, mówię ci, że sika.
— I sika z nią jakiś potwór.
— Wydaje mi się, że Dahlia woli sikać w samotności.
Lucien przetarł spocone czoło skrawkiem koszulki. Ta rozmowa chyba wszystko tylko pogarszała. Wyobraził sobie Dahlie siedzącą na klozecie, a w tle potwora, który podawał jej papier toaletowy.
— Musimy ją znaleźć — powiedział, próbując przerwać ten dziwny natłok myśli. — Teraz.
— Możesz iść?
— A wyglądam, jakbym nie mógł?
Oczywiście, że tak wyglądał, ale tego już mu Arnar nie powie.
— Nie, no, co ty kochanie! Wyglądasz świetnie!
Lucien uniósł wzrok na partnera. Z czoła ściekały mu kropelki potu, oczy wciąż miał załzawione i zaczerwienione przez wcześniejszy atak kurzu, a usta wykrzywiały się w drżącym uśmiechu. Był stanowczo daleko od „wyglądasz świetnie”.
— Naprawdę tak uważasz? — Lucien uniósł wzrok i spojrzał na Arnara, które miało być urocze, ale bliżej mu było do wzroku ćpuna. — To chodźmy.
Spróbował się podnieść, ale bardzo szybko stracił równowagę i poleciał plackiem na ziemię. Całe szczęście, że podłoga została wyłożona obrzydliwym dywanem. Nie musiał całować brudnej posadzki. Zamiast tego wytarł twarz o dywan, którego pewnie nikt od lat nie odkurzał.

hotel transylwania czy coś
────
[1105 słów: Lucien otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz