poniedziałek, 9 marca 2026

Od Edgara CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Zobaczenie Artema w drzwiach od mojego mieszkania wywołało tym razem zupełnie inne i (zupełnie skrajne) emocje, dla których nie do końca potrafiłom odnaleźć nazwy. Nie wywracały one mojego żołądka do góry nogami ani moje płuca nie odmawiały mi posłuszeństwa, co najczęściej było dla mnie oznakami tego, co dzieje się w moim środku. A tym razem, gdy otworzyłom mu drzwi, nie przeszła po mnie żadna fala poruszenia, podobnie jak gdy odczytałom jego wiadomość, czy też, gdy Artem wyszedł z kawiarni. Tak naprawdę nie wiedziałom, jak się przy nim teraz zachowywać, bo wspomnienia wszystkich tamtych chwil utkwiły mi w głowie, przez co nadal nimi żyłom w teraźniejszości. Każde kolejne spotkanie z nim będzie coraz bardziej niezręczne, a ja tylko będę siedzieć z założonymi rękoma, nie robiąc nic z tym faktem.
— Czemu nie masz włosów?
Nie tak miało brzmieć moje powitanie (a jak, cholera, w ogóle miało wyglądać?), ale te głupie słowa nasunęły się same, widząc głowę mężczyzny. Stanął w przedpokoju i spojrzał na mnie niewzruszenie, jakbym to ja go zaskoczyło tym pytaniem.
— Nie podoba ci się?
— Buzzcuty nie są w moim typie — odparłom natychmiastowo, nie dając wytrącić się z równowagi. — Wchodzisz, czy będziesz tak stać?
Przejechał palcami po głowie.
— Poczucie winy?
— Słucham?
— Dlatego tu jesteś.
Nie zapytałom o to, a z pewnością siebie stwierdziłom, jakbym miało wgląd w jego myśli.
— Sam nie wiem, dlaczego tu jestem — zgonił mnie. — Jesteś sam?
Pokiwałom głową. Spytałom, czy chce się czegoś napić. Usiedliśmy w małej kuchni z dwoma krzesłami, otworzyłom szafkę i wymieniłom wszystkie herbaty, jakie miałom, a on wybrał zieloną. Nie odzywaliśmy się, czekając, aż woda zagotuje się w czajniku. Oglądałom w tym czasie magnesy i zdjęcia na lodówce, przebierając nerwowo nogami.
Dla siebie zrobiłom czarną kawę. Odsunęłom krzesło, postawiłom na stole dwa kubki i westchnęłom irytująco.
— Więc…?
— Będziemy podejmować kolejną próbę normalnej rozmowy? — zachichotał Artem, uśmiechając się słabo.
— Najwyższa pora zrobić to porządnie — rzuciłom tymi słowami, a między nami znowu zapadła cisza. Napiłom się kawy i poparzyłom sobie wargi. — Masz rację, to i tak nie ma sensu.
Nabrałom w chwili ochoty, aby go wyrzucić z mieszkania, bo jego widok napawał mnie coraz większym żalem. Z całych sił tłumiłom myśli o tym, wpatrując się w czarną otchłań w moim kubku, tak samo, jak tłumiłom myśli o Artemie, ale oczywiście to nie wychodziło, więc jego sylwetka przysłaniała mi wszystkie sprawy, na których powinnom się skupić (a które także nachodziły mnie nieproszone, ale nie mogłom się ich pozbyć — a może nie zamierzałom).
Taki moment jak ten już miał miejsce, a ten fakt jeszcze bardziej zniechęcał mnie do dalszej przeprawy przez moje potyczki z Artemem. Nigdy nie potrafiłom uczyć się na błędach, już w szkole, gdy po raz dziesiąty popełniałom te same, głupie błędy na lekcjach z matematyki, dostawałom ocenę niedostateczną i opierdol od nauczycielki, ale nawet twarde nazwanie mnie ,,kretynem” czy ,,nieudacznikiem” nie pomagało i jedynie udowadniało, że nie ma sensu, abym dalej próbowało.
— Nie będę zostawiać przyjaciela w potrzebie.
Coś we mnie drgnęło.
— Dobrze. W takim razie pomożesz mi o tym zapomnieć.
— O czym?
— O tej sprawie. Chcę ją zamknąć. A przynajmniej w mojej głowie. Jestem tym już zmęczony. Znaczy.. zmęczone.
Zaschły mi wargi. Odwróciłom wzrok, zakrywając twarz dłonią, czując, że zaczęły mnie piec oczy.
Zmęczone tymi wszystkimi myślami. Zmęczone męczeniem się z nimi codziennie, w nieskończoność. Zmęczone zastanawianiem się nad tym, co było i czego nigdy nie naprawię. Zmęczone udawaniem, ukrywaniem, okłamywaniem.
— Okej — odrzekł cicho.
Nie widziałom jego reakcji na moje słowa.


 

ZIMA

Od paru miesięcy nie przeczytałom ani jednej książki. Możliwe, że minął nawet rok od tego czasu. Byłom zbyt zajęte zajmowaniem się papierkową robotą i udawaniem, że jestem tak zajęte, że nie mam czasu na przyjemności. Gdy wypożyczałom książkę, czułom się aż dziwnie. Wyszłom z biblioteki i zapięłom płaszcz, czując zimny podmuch powietrza i żałując, że nie założyłom szalika. Telefon zawibrował w mojej kieszeni, ale nawet go nie wyjęłom, jedynie wciskając bardziej słuchawki w uszy. Pozwoliłom sobie na odskocznie od pracy po tym, jak Oriana nazwała mnie ,,durnym, nudnym pracoholikiem, który zaczyna się zachowywać jak facet z kryzysem wieku średniego i żyje tylko swoją jeszcze nudniejszą pracą”. Wzięłom nawet dzień wolnego.
Coś zaprowadziło mnie do tego miejsca, gdzie zmarła dwójka nastolatków. Los. Przypadek. Wmawiałom sobie, że wcale samo się tu nie kierowałom, jakby ciągnęły mnie tu duchy, splątane wokół moich nadgarstków jak kajdany. Ustronne miejsce było owite ciszą, która zaczęła dudnić w mojej czaszce. Ostatni raz zerknęłom w pustą przestrzeń i odetchnęłom, probując zająć głowę czymś innym.
Szłom naprzeciw innym przechodniom, przechodząc niedaleko kawiarni, w której byłom z Artemem. Zaczynałom odczuwać, że odmarzają mi uszy. Przeszłom obok leżącego pod budynkiem psa, którego z impetem zignorowałom, ale parę metrów dalej, czując, że ktoś mnie śledzi, odwróciłom się dyskretnie i znowu go zauważyłom. Po raz drugi dałom mu znać do zrozumienia, że nie jestem typem psiarza, który głaska wszystko, co zobaczy, idąc dalej, ale śledził mnie aż pod mój blok.
Z rozbawieniem pomyślałom, że zapewne to jest to monstrum, które rozszarpało dzieciaki i za moment rozgryzie mi tchawicę. Monstrum patrzyło na mnie swoimi dużymi, głębokimi oczami, machając błagalnie ogonem. Zlitowałom się. Wpuściłom je do bloku, a ono posłusznie udało się za mną, jak na zaproszenie.
Okazało się, że jamnik, nawet jak na straszne, mordercze monstrum, jest dość przytulny. Pozwoliłom mu rozgościć się w pokoju, zastanawiając się ,,po jaką cholerę ja go tu wzięłom”. Położyłom się na łóżku, okryłom kocem, zdjęłom okulary i mrużąc oczy, wpatrywałom się w ekran telefonu, na ostatnie wiadomości z Artemem. Napisałom wiadomość, usunęłom ją, napisałom drugi raz, taką samą, ale innymi słowami i znowu skasowałom całą zawartość. Każda forma ,,hej” brzmiała przytłaczająco, a dawanie jakiejkolwiek emotikony, nawet głupiego uśmiechu, wydawało się skrajnie niepoważne. W końcu ułożyłom pytanie, które brzmiało ,,Artem, masz może miejsce na psa? Chyba nie zje twoich żab” i szybko wysłałom te żenujące słowa, zanim się rozmyśliłom.
 
Artem?
────
[957 słów słów: Edgar otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz