Podczas gdy Erin przegrzebuje roczny zapas zupek chińskich, które jakiś debil wcisnął do szafki z ziołami, Niketas zajmuje się pilnowaniem naćpanego brata. Dzieciak na nowo odkrywa funkcjonowanie otaczającego go świata i zachowuje się przy tym, jak trzylatek, który jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę ze swojego istnienia. Już po kwadransie Niketas stwierdza, że jest zdecydowanie za młody na bycie ojcem i prawdopodobnie nigdy nie będzie wystarczająco stary.
– Ej!!!
– Tak, Joshua? – wzdycha grupowy, idealnie naśladując ton zmęczonego pracą i życiem rodzica, który wciąż musi zwracać uwagę na swoją ukochaną, nadpobudliwą pociechę.
– Świat jest taki piękny!!! – To najwyraźniej stało się nowym mottem dzieciaka. Ewentualnie zapomniał, jak artykułuje się inne słowa, czemu Niketas nawet by się nie zdziwił. – A ty siedzisz w tych krzyżówkach tylko! Przeszlibyśmy się, a nie!!!
– A może byś tak nie wrzeszczał, co? – mówiąc to, pochyla się nad swoją szyfrokrzyżówką i szuka rad dla początkujących ojców pośród swoich notatek na marginesach. – I nie. Nigdzie nie idziemy.
– ALE-
– Jeśli jeszcze coś powiesz, to ci nogi z dupy powyrywam, młokosie. – Ta groźba nie robi na Joshui większego wrażenia i chłopiec już otwiera usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale Niketas, jako (pół)bóg szybkości, wcina mu się we wdech przed początkiem pierwszego słowa. – Chłopcze, wiesz, jaką ja mam nad tobą władzę? – Dzieciak kręci głową. – Otóż. Jeśli tylko będę chciał, to cały Obóz z jakiegoś powodu, nie wiem, jakiego, może uznać cię za naćpanego ekshibicjonistę i do końca pobytu tutaj będziesz miał…
– Ty chyba nie każesz mu się rozebrać i wybiec z domku? – rzuca Erin znad kociołka. Niketas przenosi wzrok z wyszczerzonego w maniakalnym uśmiechu Joshui na swoją pracownicę (wspólniczką może być… nie jest nawet na papierze, ale pewnie nie jest tego świadoma, bo nie przeczytała umowy).
– A bo ja wiem? – Chłopak serwuje Erin jeden ze swoich najwspanialszych uśmiechów szefa idealnego. – Ewentualnie możemy go zabić. Nikt się nie zorientuje. Mam w domku jeszcze takich trzydziestu. Pstryknę palcami i przyjdą.
– Ty jesteś jakimś władcą minionków, czy co?
– Jestem dyrektorem dobrze prosperującej i perfekcyjnie funkcjonującej firmy. – Niketasowi tylko wydaje się, że ta odpowiedź cokolwiek tłumaczy. – Dobra. Masz te ziółka? Jakiś rozmaryn, tego ten?
– Minęło dziesięć minut! – bulwersuje się Erin i kilka opakowań zupek wypada z jej dłoni, na całe szczęście spadają na podłogę, a nie do wspaniałego, nowatorskiego prototypu energetyka.
– Ja po prostu wierzę w twoje umiejętności, cukiereczku. – Niketas pochyla się nad kociołkiem, uważając przy tym, żeby na pewno do niego nie wpaść i nie stać się wiecznie naćpanym, niezrównoważonym psychicznie Obelixem. – Mi się wydaje, że trzeba to jakoś podkręcić.
– Co masz na-
– „Boski Full” był naprawdę udanym projektem, to mu trzeba przyznać, nawet się sprzedawał i w ogóle. Ale, kurka wodna, jak teraz robimy sequel, to chyba rozumiesz, że on musi mieć coś specjalnego, nie? – pobieżnie tłumaczy, mieszając wywar. – Naszym targetem są dzieciaki z przedziału jedenaście a czternaście lat, więc, paniusiu, trzeba tutaj zrobić coś, co im się spodoba.
– Dołączać do każdej puszki zabawki? – sugeruje Erin po chwili namysłu (podczas monologu Niketasa udało jej się upchać większość zupek z powrotem do szafki, wyciągnąwszy stamtąd pudełko ze słoiczkami ziół). – Idioci, nie podpisali niczego… – mamrocze, wąchając jakieś zmielone liście wyglądające tak samo, jak zmielone liście w pięciu innych pojemnikach.
– ZABAWKI???!!! – wrzeszczy Joshua i natychmiast przybiega do kociołka. Niketas bardzo głęboko wzdycha i podaje mu wygrzebany z kieszeni stary kawałek plasteliny. Chłopiec wydaje z siebie przerażająco wysoki pisk szczęścia, jakby dostał najnowsze PlayStation.
– Nie, przereklamowane. Wzrosłyby koszty produkcji, laleczko. Tu trzeba wykazać się podstawą przedsiębiorczą. – Niketas zaczyna przechadzać się po domku, rozglądając się po półkach. – Moglibyście tu czasem światło zapalić, co?
– No, jakbyśmy mieli lampę, to może byśmy zapalali.
Grupowy zadziera głowę, żeby zetknąć się z widokiem sufitu pokrytego kolorowymi szmatami oraz zwisającymi z ich krańców kryształkami i frędzlami. Z politowaniem kręci głową, ale powstrzymuje się od komentarza.
– Dobra. Podstawa przedsiębiorcza. Macie tu jakiś brokat?
– Przed tobą – wytyka mu Erin, ledwo podnosząc wzrok znad kociołka.
– Hę? – Niketas marszczy brwi i rozgląda się dookoła, przy okazji odgarniając włosy z czoła, jakby to miało mu pomóc. – Że gdzie?
– No, przed tobą.
Grupowy wreszcie się poddaje i na krótką chwilę ściąga okulary, żeby wreszcie rozróżnić słoiczki z brokatem od słoiczków z rozczłonkowanymi insektami.
– Okej, mam, więc…
– Gratulacje, Sherlocku.
– Zaraz pożegnasz się z wysoką pensją, paniusiu – prycha Niketas. Gdy się do niej odwraca, z powrotem ma na nosie okulary, a w dłoniach ściska kilka słoiczków z różnokolorowym brokatem. – Jaki to będzie miało smak?
– A bo ja wiem? – Erin, trochę niemrawo, miesza wywar i nawet nabiera trochę płynu na łyżkę, ale nie ma aż tak dużo odwagi, żeby go spróbować.
– To dopasujemy kolor do finalnego produktu, nie ma sprawy. – Rzuca słoiczki na stolik usłany kartami tarota. – Kolejny aspekt, to nazwa, pamiętamy, nie zapominamy…
– Ty nie lecisz trochę za szybko?
– Czas to pieniądz, paniusiu, czas to pieniądz – wytyka dziewczynie Niketas. – Ta nazwa musi mieć jakieś nawiązanie do boskości, co nie? „Boski Full”, ale kolejny sezon, rozumiesz? – tłumaczy, poprawiając przy tym włosy. – Więc…
– Okej, okej! – Erin zaciera dłonie. – Dzieciaki mają to kupować, więc… Wiesz, jak teraz jest, teraz mają te swoje slangi i w ogóle…
– Nie nazwę mojego produktu „Skibidi 67 Ohayo”, chyba coś ci się pomyliło.
– Nie, no weź – prycha dziewczyna, najwyraźniej urażona za tak słabą ocenę jej kreatywności. – Bardziej myślałam o tych wszystkich literach greckich, a nie… a nie o tym czymś.
– A. Aha. Okej, to jest bardziej akceptowalne – stwierdza Hermesiak z tak ogromną dozą sceptycyzmu, że nawet entuzjazm bawiącego się plasteliną Joshui trochę opada.
– No. Wiesz. Na przykład… sigma? Alfa…?
– BYŁO TAKIE PIWO. – Erin aż podskakuje, gdy w głowie Niketasa odblokowuje się wspomnienie pochylającego się nad kuflem dziadka. Zawsze wtedy mamrotał, że to amerykańskie „Blue Moon” jest niczym w porównaniu z grecką „Alfą”, zawsze powtarzał, że gdy jego wspaniały wnuczek skończy osiemnaście lat, pojadą razem do Grecji na piwo, bo ta Ameryka jest okropnym żartem pod każdym względem, a on tak bardzo żałuje emigracji, że gdyby nie te wszystkie herosy i bogi, to już by pakował manatki i wskakiwał do samolotu.
– Co??? Jakie piwo???
– Greckie. Greckie piwo. Piwo „Alfa”, kobieto, jesteś genialna! – ekscytuje się Niketas, w którego głowie już zaczyna formować się wzór na etykietę, logo i całą kampanię reklamową. – I do tego dodamy coś, wiesz, takie jakieś nawiązanie do bos- Joshua, ty gówniarski ćwierćinteligencie! Plasteliny! Się! NIE JE! – Niketas wyrywa resztki plasteliny z zaciśniętej pięści brata. – Od teraz ty go pilnujesz – zadyszany, zwraca się do Erin. Poprawia przekrzywione okulary, przeczesuje włosy i zanim dziewczyna zdąży odpowiedzieć, on już trzyma dłoń na klamce drzwi wyjściowych. – Wrócę, jak zrealizuję mój kolejny wspaniały pomysł, a ty w tym czasie ogarnij to… ten. Zioła.
– Ale-
– Przy okazji, paniusiu, możesz pomyśleć nad tą drugą częścią nazwy.
– Jaką drugą-!
Niketas z ulgą zatrzaskuje za sobą drzwi i wreszcie przestaje być w połowie ślepy. Wciąga w płuca świeże, niewypełnione zapachem kadzidełek powietrze i dziarsko rusza przed siebie, żeby w tylko sobie wiadomym celu, kupić kilkadziesiąt tubek pasty dla dzieci o najdziwniejszym smaku i kolorze, jakie uda mu się znaleźć.
────
[1142 słowa: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz