LATO, rok temu
Jakoś przez cały czas miałem nadzieję, że jestem z nim na dobrej drodze, żeby zostać przyjaciółmi (a może czymś więcej?). Mężczyzna to jednak wszystko zepsuł w tej krótkiej chwili, a to sprawiło, że poczułem narastającą w mojej piersi złość. Miałem ochotę wstać i zacząć rwać sobie włosy z głowy tylko po to, żeby ten zareagował i zaczął mnie uspokajać.
Wpatrywałem się w niego tak przez długą chwilę, starając się uspokoić chęć wykrzyknięcia mu w twarz wszystkich rzeczy, o których teraz myślałem. Przecież mnie zazwyczaj się nie odrzuca. Dostałem kosza? Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! Czego on nie rozumie?
— Potrzebuję tego numeru — kontynuowałem, udając, że nie słyszałem, co do mnie wcześniej mówił. Nie mógł mi odmówić. Nie wyjdę stąd, dopóki nie napisze mi na kartce ciągu dziewięciu cyfr. — Czuję, że sobie bez tego nie poradzę.
— Dante…
Słyszałem, że jego głos zadrżał. Nie wiedziałem, czy to ze strachu, stresu czy może jednak tego szczęścia z racji tego, że zaoferowałem mu swoją przyjaźń. Postanowiłem się uśmiechnąć. Uśmiech zawsze potrafił kupić innych.
— Obiecuję, że nie będę wypisywał, kiedy nie będzie to potrzebne.
Mężczyzna poprawił kołnierz koszuli.
— Może następnym razem.
Ale dla mnie nigdy nie ma następnego razu! Kiedy ktoś tak mówi, wiem, że próbuje się mnie pozbyć; a ja bardzo nie chciałem stąd wychodzić bez jego numeru. Potrzebowałem się kontaktować z Ivy. Czułem, że bez tego kontaktu całe to leczenie przepadnie, a ja zostanę zjedzony przez wilkołaka.
— Nie. — Pokręciłem głową. Teraz to mój głos zaczął drżeć. Rozumiałem, że zaczynam tracić kontrolę. — Nie, okej?
— Obiecuję, że…
— Nie! — wrzasnąłem, całkowicie niespodziewanie, bo nawet ja nie wiedziałem, że w tym momencie nie wytrzymam i pozwolę swojej złości uciec. Z roztargnieniem przeczesałem palcami włosy. Mój oddech przyspieszył, serce tłukło się w piersi. Kurwa, nie wyjdę stąd, jeśli nie…
Ktoś otworzył drzwi i zaraz wszedł do środka. Obca osoba położyła swoje brudne ręce na moich ramionach. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej.
— Następnym razem porozmawiamy, dobrze, Dante? Tymczasem dziękuję za wizytę i pamiętaj, żeby wykupić leki.
Zostałem siłą podciągnięty do góry i wyprowadzony z pomieszczenia. Nawet nie próbowałem się szarpać — i tak bym nie wygrał z kimś, kto wyglądał jak kawał byka. Skąd oni biorą takich ochroniarzy?
Wiedziałem gdzie mieszkał i to mi wystarczyło, żeby wieczorem czekać w okolicy. Szukałem charakterystycznych długich włosów i równie charakterystycznego stylu ubioru. Może w oczach innych nie wyróżniał się niczym specjalnym, to dla mnie był idealny. Był kimś, kogo na pewno szukałem od lat. To ta igła w stogu siana.
Mężczyzna pojawił się na widoku około godzinę od mojego przybycia w okolice. Szedł spokojnie, w dłoni trzymał zapalonego papierosa. Był taki piękny, że poczułem chęć, by zrobić mu zdjęcie.
— Hej. — Podszedłem się przywitać.
Ivy wypuścił z ręki papierosa.
— Co tutaj robisz?
Nawet nie schylił się, żeby go podnieść.
— Źle się czuję — skłamałem. — Szukałem apteki, ale nie mogę żadnej znaleźć.
— Apteka jest ulicę stąd. Mam nadzieję, że pomogłem.
Chciał szybko odejść, ale skutecznie zagrodziłem mu drogę. Podniosłem z ziemi papierosa i mu go podałem. Nie mógł się przecież zmarnować.
— Jesteś po godzinach pracy, prawda? — Uśmiechnąłem się. — W takim razie nie jestem już zwykłym klientem i możemy gdzieś wyjść.
Musiałem przyprzeć go do muru, naprawdę! Bez tego w życiu nie zgodziłby się na wspólne wyjście. Tak czasem trzeba — pokazać komuś, że nie ma innej możliwości.
— Chyba się nie rozumiemy.
Poczułem jakąś delikatność w głowie mężczyzny. Było to dla mnie jak cukierek, osładzający gorzki dzień. Mógł do mnie mówić tak całą wieczność.
— Proszę. — Gdyby nie to, że staliśmy na chodniku, a chodniki nie słyną z wyjątkowej czystości, to bym przed nim uklęknął. Och, jakbym ja chciał uklęknąć przed tym facetem. — Tylko jeden raz.
Ivy był dosyć nieugięty. Dawno nie widziałem aż tak nieugiętej osoby, ale koniec końców uległ moim błaganiom i wskazał drogę do najbliższej kawiarni. Nie odezwał się do mnie ani słowem, co poniekąd rozumiem i uszanowałem jego decyzję do momentu zajęcia przed nas stolika. Mężczyzna specjalnie wybrał taki z dala od okien i innych ludzi. Nie przeszkadzało mi to — tak nawet było lepiej.
— Nie chcę być niemiły, ale Dante, uważam, że powinieneś znaleźć sobie innych przyjaciół.
Ten komentarz puściłem mimo uszu. Kelnerka akurat stawiała na stole pucharek z truskawkowymi lodami oraz czarną kawę w zwykłej filiżance.
— Lubisz tutaj przychodzić na kawę? — zapytałem, zlizując trochę bitej śmietany z lodów.
— Może być.
Odpowiadał mi zdawkowo. Tak, jakby robił to dzieciak, który dopiero uczy się mówić. Nie przeszkadzało mi to.
— Zawsze chciałeś być lekarzem?
— Nie.
— Kim innym chciałeś być? Lotnikiem? Może marynarzem? — Grzebałem w lodach, patrząc cały czas w oczy mężczyzny. Wiedziałem, że unika tego spojrzenia, ale już nie miał gdzie uciec. — Praca lekarza chyba nie jest łatwa, prawda?
— Nigdy nie była.
Uśmiechnąłem się. Chyba zaczynał być ze mną szczery. Kochałem szczerość. Kochałem fakt, że mogłem z nim tutaj rozmawiać. Że mogłem z nim siedzieć w kawiarni na osobności, a nie w strasznym gabinecie, który kojarzył mi się z wrednymi pielęgniarkami i jeszcze gorszymi lekarzami.
Ivy kawę wypił dosyć szybko. Myślałem, że takimi napojami należy się delektować, ale najwidoczniej mężczyzna nie lubił męczenia jednego picia przez godzinę. Nie przeszkadzało mi to wcale, tak samo, jak nie przeszkadzały mi inne jego zachowania.
— Mogę wrócić do domu? — zapytał, powoli podnosząc się z miejsca.
— Poczekaj. — Złapałem go za dłoń. Miał zimne palce i szorstką skórę. — Mogę cię odprowadzić.
— Doceniam, ale naprawdę dam radę wrócić sam. Sam wiesz, że… mieszkam niedaleko stąd.
Unikał mojego spojrzenia cały czas. Nie spodobało mi się to. Teraz wolałem, żeby na mnie patrzył.
— W takim razie nie powinien być to żaden problem.
Skończyło się na tym, że całą drogę szedłem jakieś dwa kroki za nim, a on co jakiś czas się na mnie oglądał. Czułem się trochę jak kryminalista, ale starałem się zrozumieć jego perspektywę. Może naprawdę nie lubił być odprowadzany pod same drzwi?
— Pamiętaj… żeby wziąć dzisiaj leki. — Zatrzymał się, kiedy znaleźliśmy się już bardzo blisko bloku, w którym mieszkał. Wiatr zawiewał mu włosy na twarz. — I weź może dwie tabletki zamiast jednej, okej? Powiesz mi potem, czy coś się zmieniło.
— A mogę trzy?
— Dwie wystarczą. — Pokręcił głową. — Na razie wystarczą.
Było mi przykro, że musieliśmy się pożegnać, ale pozwoliłem mu wrócić do domu. Przecież dopiero zaczynaliśmy budować swoją przyjaźń i byłoby to co najmniej dziwne, gdybym już u niego sypiał, prawda?
ivy?
ps. mozesz go zabic
ps. mozesz go zabic
────
[1025 słów: Dante otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz