sobota, 21 marca 2026

Od Blanche do Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Zaledwie kilka lat temu Blanche mogłaby określić swój stosunek do lata jako ambiwalentny. Nie uważała się za osobę posiadającą ulubioną porę roku. Wszystko było kwestią odpowiedniego dobrania stroju i dodatków, bez względu na to, czy akurat panował upał, mróz czy umiarkowana temperatura powietrza.
Wszystko zmieniło się cztery lata temu. Pierwsze, przypadkowe spotkanie z Winterem Millerem było jak trzepot skrzydeł motyle, który spowodował pojawienie się tornada w jej życiu. Zanim się obejrzała, zima stała się jej ulubioną porą roku, tylko i wyłącznie dlatego, że była ulubioną porą Wintera, podczas której, paradoksalnie, rozkwitał. Upalne lata stały się zaś udręką, która z zaskakującą siłą wpływała na jej codzienne funkcjonowanie.
Jeszcze rok temu nadwyrężała plecy, wycierając wodne plamy, które średnio co kilka minut pojawiały się na posadzkach. Pozostawiały je roztapiające się kostki lodu, prowizoryczny sposób na przyniesienie przynajmniej odrobiny ulgi synowi bogini śniegu. Córce Tyche nie uśmiechała się jednak wizja horrendalnych wydatków na ortopedę czy reumatologa jeszcze przed czterdziestką. Dlatego więc przez cały ostatni rok po cichu odkładała pieniądze, by przygotować się na nadejście kolejnego lata.
Mina Wintera, kiedy wrócił do domu — teraz będącego ich wspólnym, rodzinnym domem — pierwszego dnia tegorocznych upałów, była warta każdego wydanego dolara i każdej minuty poświęconej na planowanie i nadzór montażu najsilniejszego systemu klimatyzacji, jaki udało jej się znaleźć. Od tamtego momentu, zamiast zaduchu, funkcjonowali wśród umiarkowanych lub wręcz mroźnych temperatur. Kiedy temperatura na zewnątrz zbytnio dawała się we znaki w ciągu dnia, wieczorami ich salon zmieniał się w otoczenie rodem z filmu familijnego z Jimem Carreyem i pingwinami (który, nomen omen, pojawił się w jej świadomości nie wiadomo skąd, jako że nie przypominała sobie, kiedy i dlaczego kiedykolwiek go oglądała). Kilka godzin spędzonych w kurtce we własnym domu, i to w środku lata, było niewielką ceną do zapłacenia za możliwość obserwowania zadowolenia Wintera i skradnięcia kilku dodatkowych objęć z Keen.
Tego wieczoru jednak z klimatyzacji wydobywał się jedynie lekki, przyjemny wietrzyk. Winter wyszedł z domu zaledwie kilka minut temu, postanowiwszy wykorzystać ochłodzenie spowodowane zachodem słońca na wizytę u Ziona. Kilka minut wystarczyło jednak, by Blanche siedziała jak na szpilkach. Teoretycznie próbowała skupić się na dokumentach z pracy, w praktyce skupiała się na przynoszeniu Winterowi szczęścia na odległość.
— Zrelaksuj się, bo dostaniesz zmarszczek. Ewentualnie wrzodów na żołądku — odezwała się Keen, a Blanche drgnęła zaskoczona. W swoim zamyśleniu nie zauważyła nawet, kiedy partnerka pojawiła się obok niej.
Podniosła wzrok i automatycznie uśmiechnęła się, nieco krzywo i niezbyt przekonująco. Wiedziała, że Keen była mniej skora do zamartwiania się o Wintera — musiała odepchnąć natrętne myśli, które wciąż, pomimo wielu rozmów i wspólnej pracy nad wadami ich obu, napawały ją złością, troską o tego zaniedbanego chłopca sprzed lat, którego matka prawie nigdy nie była w domu — więc nie liczyła na to, że partnerka zrozumie to dziwne uczucie w klatce piersiowej. Winter może i miał już siedemnaście lat, ale wizja jego samotnego wieczornego snucia się po mieście napawała ją strachem. Nie tylko ze względów, o które martwiłby się każdy rodzic, ale i z tych, które znane były wyłącznie półbogom.
— Nie przejmuj się moją skórą i żołądkiem. Przetrwały tak trzydzieści sześć lat, przetrwają i więcej — mruknęła, chwytając dłoń Keen.
Po latach samotności starała się wykorzystywać każdą możliwą okazję do wspólnego spędzania czasu i do odczuwania emocjonalnej i fizycznej bliskości drugiego człowieka. Przesunęła kciukiem po knykciach Keen, starając się choć na chwilę skupić się na tym uczuciu, a nie na tysiącach czarnych scenariuszy.
Jednak wtedy zadzwonił jej telefon.
Początkowo nie przejęła się, gdy zobaczyła na wyświetlaczu imię syna Ateny. Podejrzewała, że być może postanowił jedynie dać jej znać, że Winter dotarł do niego cały i zdrowy. Nie utrzymywała już zbyt regularnego kontaktu z Zionem po tym, jak po kilku nieudanych randkach stwierdzili, że jednak nic z tego nie będzie, jednak Winter wciąż stanowił łączące ich spoiwo, które nie pozwalało całkowicie się od siebie oddalić. Blanche była szczęśliwa z Keen, Winter korzystał z obecności dorosłych półbogów w swoim życiu, wszyscy byli szczęśliwi.
Jednak głos, który usłyszała po odebraniu połączenia, nie należał do Ziona. Był zbyt młody i zdecydowanie zbyt niepewny.
— Winter? — spytała, kiedy zdołała pojąć, czyj głos słyszy. — Coś się stało?
Wyprostowała plecy i puściła dłoń Keen, napięte mięśnie gotowe do ruszenia z miejsca, jeśli tylko okazałoby się to konieczne. Zanim Winter zdołał odpowiedzieć, w jej głowie już pojawił się plan działania. Xiphos miała na wyciągnięcie ręki, w postaci przypinki wbitej w tablicę korkową nad biurkiem. Kluczyki od samochodu leżały na komodzie w holu. Zion nie mieszkał daleko, jednak w kryzysowej sytuacji zawsze lepiej było mieć pod ręką pojazd.
— Blanche, chyba coś jest nie tak. Drzwi od mieszkania Ziona były otwarte, ale jego nigdzie tu nie ma. Wszystko jest chyba na swoim miejscu, nie ma bałaganu ani dziwnych śladów, no ale on przecież nie wyszedłby z domu, zostawiając uchylone drzwi.
To wystarczyło, by wstała i sięgnęła po przypinkę. Przymocowała ją do koszulki, którą miała na sobie i pocałowała Keen w policzek. Nie było czasu na wyjaśnienia.
— Zostań tam i nic nie ruszaj. Nie rozłączaj się. Będę tam za kilka minut, idę już do samochodu.
Po drodze Winter podawał jej kolejne szczegóły. Zabroniła mu czegokolwiek dotykać, jednak nie mówiła nic o rozglądaniu się. Portfel i zegarek leżały na szafce. Na stole leżała filiżanka, na wpół wypełniona jeszcze stygnącą kawą.
— Jednak czegoś dotknąłem, ale jego spathy nie ma tam, gdzie Zion zazwyczaj ją trzyma. Nie pytaj, skąd wiem, gdzie to jest — usłyszała, gdy parkowała samochód pod budynkiem, w którym mieszkał Zion.
— Nie będę pytać, ale tylko i wyłącznie dlatego, że nie mamy na to czasu. Z tego samego powodu upiecze ci się ignorowanie moich poleceń — mruknęła, wchodząc po schodach.
Drzwi wciąż były uchylone, kiedy do nich dotarła. Na chwilę zamarła, zalana nagłą falą wspomnień. Przed oczami zamajaczyło jej inne mieszkanie z uchylonymi drzwiami, kilka lat temu. Mieszkanie pachnące krwią i strachem. Mieszkanie, które widziało zbyt wiele cierpienia zadanego zbyt młodej dziewczynce.
— Blanche, to ty? — Drzwi otworzyły się szerzej. Znajoma twarz wyrwała ją z duszących wspomnień.
To mieszkanie nie zostało splamione krwią, lecz panująca w nim atmosfera nie pozwoliła jej się odprężyć. Bez słowa przekroczyła próg i zaczęła się rozglądać. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, był gramofon, wciąż włączony pomimo końca płyty. Talerz obracał się, a pokój wypełniały ciche trzaski. Jednym z nawyków Ziona było wyłączanie sprzętu i chowanie płyty od razu po tym, jak album dobiegł do końca.
— Na pewno wyszedł stąd w pośpiechu. Wziął ze sobą broń. Ale dlaczego? I gdzie poszedł? — mruknęła. Nie wiedziała sama, czy przemawia do Wintera, do samej siebie, czy do czterech ścian, licząc, że jej odpowiedzą.


Winter?
────
[1075 słów: Blanche otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz