poniedziałek, 30 marca 2026

Od Filemona — „Just another day”

Alayah była typem nieznośnego ekstrawertyka. Wszędzie było jej pełno i wszędzie chciałaby pójść. Filemon już od najmłodszych lat przestał za nią nadążać, ale dzisiaj był już do granic możliwości wyczerpany. To kolejny sklep, do którego weszli tylko po to, by Alayah mogła sobie ponarzekać na ceny, nie dając bratu nawet dojść do głosu. Plusem było to, że Filemon nie musiał targać ze sobą dziesięciu toreb, martwiąc się, czy udźwignie jeszcze kolejne pięć.
Alayah zatrzymała się dopiero przed budką z lodami. Było dzisiaj ciepło, jak na to, że znajdowali się w San Francisco. Dziewczyna otarła pot z czoła i uśmiechnęła się do brata.
— Przerwa.
Filemon w duchu odetchnął. Przez ostatnią godzinę latał za siostrą — nawet mając długie nogi ledwo, mógł ją dogonić.
Alayah wzięła sobie lody truskawkowe, a Filemonowi podała coś, co nazwała „smakiem niespodzianką”. Czymkolwiek był ten „smak niespodzianka”, Filemon trochę się obawiał i nie spróbował od razu.
— Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz — zaśmiała się. — No, dalej, nie bój się.
Filemon się bał, bo znał swoją siostrę na wylot. Wiedział, że albo zamówiła mu coś najpyszniejszego na świecie, albo coś najobrzydliwszego w mieście. Nigdy nic pomiędzy. Alayah cechowały skrajności.
Postanowił w końcu spróbować tego wynalazku i pozytywnie się zaskoczył — siostra wzięła mu loda o smaku jakiegoś sernika, może nowojorskiego, a nie o smaku mięty, której szczerze nienawidził.
— Dzisiaj jesteś dla mnie łaskawa — zauważył, bo Alayah od dzieciaka wolała bawić się w pranki.
— To za to, że zgodziłeś się ze mną spotkać.
— Z własną siostrą zawsze mam czas, żeby się spotkać.
Alayah chyba była ostatnią osobą, z którą Filemon mógł się spotykać. Ze wszystkimi innymi łączyły go jedynie więzi pracownicze albo więzi bingo-podobne, bo przecież chodził ze starszymi paniami na bingo.
Po tym dniu Filemon wziął na siebie odprowadzenie Alayah na busa, bo dziewczyna mieszkała w miejscowości oddalonej o około osiemdziesiąt kilometrów od San Francisco. Całą drogę słuchał jej narzekania na matkę i pracę, w której musiała użerać się z nieznośnymi klientami. Cóż, mógł się tylko zgadzać, bo też nienawidził zarówno matki, jak i swojej pracy.
Pożegnali się chwilę przed osiemnastą. Filemon zaplanował sobie na resztę dnia odpoczynek i święty spokój, ale droga powrotna do mieszkania okazała się niesamowicie niełaskawa. Pierwsze, co zobaczył, to wielkiego stwora, a potem uciekającego przed nim dzieciaka. Miał może trzynaście lat, może właśnie miał skończyć czternaście. Nie potrafił tego ocenić, ale w każdym razie był dosyć młody i trochę zdziwiło mężczyznę, że pozwalają takich bachorom biegać po mieście bez odpowiedniego treningu. W końcu rzekomy półbóg dzierżył w jednej dłoni miecz.
Stanął i obserwował sytuację przez minutę. Nie czuł potrzeby, żeby mu pomóc. Odciął się od tego życia. Od tych wszystkich potworów, smaku krwi i okropnego smrodu, którego nie dało się z siebie zmyć po takiej walce przez następny tydzień. Mógł tylko życzyć smarkaczowi szczęścia. Życie półboga nigdy nie jest długie i w większości przypadkach kończy się nagłą, brutalną śmiercią. Może ten dzieciak już miał zapisany swój los i powinien umrzeć dzisiaj, o tej godzinie. Nie mieszał się w to.
Do domu wracał w akompaniamencie trzasku metalu, krzyków dzieciaka i ryku potwora. Domyślał się, jak to starcie się potoczyło i kto odniósł zwycięstwo. Czasem tak bywa.

────
[521 słów: Filemon otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz