poniedziałek, 16 marca 2026

Od Judasa CD Havu — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Odszedł od stolika i wziął dla siebie colę w szklanej butelce. Pracownik zza lady podał mu otwieracz, po czym wrócił do swoich spraw. Ze wszystkiego złego pozytywnym faktem było to, że prawdopodobnie nadal byli w Stanach, sądząc po akcencie obsługującego ich mężczyzny. Vincent może i nie miał pojęcia, co wyprawia ze swoimi mocami, ale nie były one na tyle potężne, aby komukolwiek tym brakiem kontroli zaszkodzić.
Chłopak i Havu na szczęście się dogadywali, na opór zestresowanego Judasa, który tylko zastanawiał się, co powinni zrobić. Czuł się jak głowa rodziny, jak jedyny odpowiedzialny członek rodziny, który musi wszystkim zarządzać, żeby dom nie przewrócił się do góry nogami. I tak proste zadanie go przerosło, bo tak naprawdę nigdy nie był kimś obowiązkowym, kto dopina wszystko na ostatni guzik i jest na tyle niezorganizowany oraz chaotyczny, że nie powinien mieć pod swoją opieką takiej dwójki, jak Havu i Vincent, bo już po godzinie przez ich beztroskę zaczął czuć się, jakby pilnował dzieci.
Zapomnieli po jakimś czasie, że są na przypadkowej plaży, do której się niespodziewanie przeteleportowali, w swoich pidżamach, a z perspektywy nieznanych osób muszą wyglądać (co najmniej) dziwnie — dwójka dorosłych mężczyzn, gdzie jeden z nich potem zamówił alkohol, w towarzystwie nastolatka.
Nie mieli za bardzo, co ze sobą zrobić, a udanie się gdzieś bez znajomości miejscowości mogłoby pogorszyć ich sytuację. Z tego powodu zajęli stolik na parę godzin, ciągle coś zamawiając i prawdopodobnie postradali wszystkie zmysły. Na stoliku zebrały się puste szklanki oraz naczynia — nie mogli przecież być głodni cały dzień, a nie dokończyli swojego śniadania. Havu był w swoim żywiole, Vincent najwyraźniej odpoczywał od obozowych obowiązków, Judas także przestał już myśleć o tym, jak dostać się z powrotem do San Francisco. Skoro się tu teleportowali, to się też odteleportują. Skoro weszło, to też wyjdzie. Najwyżej pojadą stopem. Wystarczy dopilnować Vincenta, aby tym razem nie zniknął, bo mogą go już nie odnaleźć w takiej sytuacji.
Zaczynało być na niebie już pomarańczowo, a bar napełniał się kolejnymi osobami, zapewne będącymi na urlopie, przychodzącymi odpocząć po całym dniu. Było tłoczno, słychać było same rozmowy, przez które ledwo co przebijała się puszczana muzyka. Próbował się w nią wsłuchiwać, wyłapywać rytm i słowa.
— Teraz mam wrażenie, że nic o tobie nie wiem. — Judas kontynuował temat dopiero po paru godzinach, gdy Vincent odszedł od stolika.
— Wiesz o mnie już dużo — parsknął śmiechem. — Bardzo dużo. Serio. Więcej, niż powinieneś.
Przerzucił się z soków na alkohol i w tej chwili sączył fioletowego, gazowanego drinka. Przed chwilą jedli specjał restauracyjnego baru, czyli makaron z kawałkami homara oraz krewetkami. Nie mieli dużo dań do wyboru, a ich menu głównie zawierało małe przekąski, napoje i alkohole, ale dało się też zjeść coś większego. Nie mieli na co narzekać.
— Od początku byłem przekonany, że jesteś dzieckiem głupiego Plutona.
Brzmiało to teraz głupio w jego ustach, ale to on został zwiedziony i czuł się okłamany. Chociaż… mógł się domyślić, że Havu nie byłby synem tak potężnego boga (bez obrazy — po prostu tak nie wyglądał). Nie było łatwo napotkać ot tak osoby o takim pochodzeniu, a rudowłosy nie miał niebywale silnych umiejętności.
— To w sumie śmieszne.
— No, nie za bardzo.
— Śmieszniej będzie, jeśli nigdy się nie dowiesz. Taka tajemnica. — Wzruszył ramionami. — Nie można wiedzieć o sobie wszystkiego. Zawsze są jakieś kłamstwa i tajemnice.
— Może jak ja jesteś synem Formido i jesteśmy rodzeństwem? Dlatego to ukrywasz?
— Bez przesady. Fuj.
Nie kontynuował, widząc, że Havu jest już delikatnie wstawiony. Zjadł kolejną z frytek, maczając ją w sosie czosnkowym. Nabrał ochoty zapalić papierosa, ale swoich nie miał, a nikt z gości nie wychodził zapalić, aby ewentualnie pożyczył je od któregoś z nich.
— Ej, a myślisz, że co się stanie, jak dzieci tego samego boga zrobią swoje dziecko? Będą zmutowane?
— Przestań już. Nie gadaj o kazirodztwie.
— Nie myślałeś o tym? — Pokołysał szklanką, wpatrując się w poruszany lód. — Może nie mogą tego zrobić? Czy w takim przypadku dwie osoby mogą się w ogóle w sobie zakochać? A może zostaną ukarani przez bogów, tak jak Bóg każe za grzechy? Czy to jest tak naprawdę takie kazirodztwo, jak u zwykłych ludzi? A co, jeśli ktoś jest dzieckiem Merkurego, a druga osoba dzieckiem Hermesa?
Alkohol zaczął rozluźniać mu język. Judas może i wypił znacznie mniej, ale nagle zebrał się w sobie i poczuł, jak puszcza blokada, która go trzymała od długiego czasu.
— Skoro jesteśmy przy tym, to kim dla ciebie jestem? Czy to też ma być tajemnicą?
Przebywali ze sobą tyle czasu, mieli ze sobą tyle wspólnego, jak i tyle oddzielnego, że prędzej czy później musiał zostać poruszony ten temat. Trwanie kolejne parę lat (o ile je razem przeżyją) w takiej relacji, czymkolwiek ona jest, byłoby tylko frustrujące. Nie wierzył, że mogłoby to skończyć się dobrze, a zaczął się zaopatrywać dość poważnie w… cokolwiek, co działo się między nimi. Nie był pewien, czy jest to dwustronne, w związku ze sprzecznymi, dwuznacznymi sygnałami dawanymi przez Havu.
Spojrzał na niego zielonymi, skołowanymi oczami. Wyglądał przez chwilę, jakby formował w głowie poważną myśl w odpowiedzi na to pytanie. Dłoń z napojem zastygła w powietrzu. Miał ochotę go popędzić, gdy czekał niecierpliwie na odpowiedź, czując, że nie będzie w stanie pozbyć się wewnętrznego ciężaru, dopóki jej nie usłyszy, a Havu, prawie jak na złość, przedłużał tę scenę.
— Jesteśmy dla siebie tylko kropką we wszechświecie.
Judas się zmarszczył. Spodziewał się, że będzie albo mocno zawiedziony, albo okrutnie zraniony, a tymczasem słowa Havu nie przyniosły ani jednego, ani drugiego skutku. Jeśli to prawda, że ludzie po pijaku mówią to, co rzeczywiście mają na myśli, to albo jest to okropny wymysł, albo teraz ksiądz będzie musiał rozszyfrowywać, o co tak naprawdę mu chodzi.
A prawdopodobnie po prostu się nawalił, a to w ogóle nie pomagało.
— Hej, przepraszam... — przerwał wymownym chrząknięciem ich rozmowę pracujący w barku mężczyzna. — Zajmujecie stolik od samego rana i tak właściwie to niedługo zamykamy, dlatego... Czy możecie proszę już dokonać opłaty? Wasz rachunek stale rośnie.
— Tak, tak — Judas pokiwał głową żwawo, wytrącony ze zdezorientowania — nie ma sprawy. Już płacę.
Wtedy sięgnął do swojej kieszeni, w której zawsze i wszędzie miał portfel. Jak duże zdziwienie go poraziło, gdy jego ręka natrafiła na pustkę. Nie przeszło mu przez myśl, że nikt normalny nie trzyma portfela w pidżamie. Poczuł ukłucie w żołądku, widząc kątem oka puste szklanki i talerze na stoliku, wyliczając koszty, które powinni ponieść. Wątpił, że jest opcja ,,zapłaty później” w zwykłym barku na plaży, której nie ma nawet jak poświadczyć inaczej niż swoim imieniem i nazwiskiem.
Pozostała im kradzież. Przez ich własną głupotę. Jednak mogli pozostać anonimowi, skoro nie są stąd. Podniósł wzrok na Havu, który porozumiewawczo zacisnął usta, trzeźwiejąc w sekundę, gdy zrozumiał sytuację. Ksiądz wyszeptał coś do niego, a z ruchu warg można było wyraźnie odczytać: ,,Uciekamy stąd. Teraz”

Havu
──── 
[1104 słowa: Judas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz