poniedziałek, 17 października 2022

Od Wandy do TJ (CD Philip) — „Siatkówka”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dobra Wanda. Ty serwuj, a potem stój na tyle. Podbijasz piłkę do mnie, ja ci wystawiam, a na koniec ścinasz, rozumiesz? — zapytała swojej partnerki, przy okazji zdejmując swoją kurtkę, ujawniając swoje braki w anatomii. Była rzecz jasna gotowa na to, że przez to wszelkie ściny i cięższe akcje polecą w jej kierunku, ale nie miała zamiaru dać sobie w kaszę dmuchać. To jest gra, a w grę gra się po to, by wygrać. Dlatego właśnie TJ da z siebie wszystko, nawet jeśli przyjdzie jej odnieść rany. Stanęła nieco bliżej siatki, mniej więcej na środku i ugięła kolana by być gotowa na przyjęcie niższych piłek.

Wysoka blondynka niesamowicie się zapiekliła, kiedy Philip zaproponowała rzut monetą. Była nawet dość ładna i może w innych okolicznościach centurionka zawiesiłaby na niej oko, ale dzisiejszego dnia była rywalką. Owszem, miała charakterek i jak było widać, lubiła rywalizację. Podobnie jak Philip.
— Zniszczmy ich — rzuciła do swoich. Zmrużyła oczy, patrząc na nieco niższą kumpelę blondynki, która miała zaserwować. Podbiła piłkę do blondynki, która teraz zdjęła bluzę, pokazując brak jednej ręki. Może to dlatego była taka zacięta.
Nadszedł moment pierwszego serwisu w wykonaniu córki Aresa. Siły miała całkiem sporo, a i również technika wykonania uderzenia była całkiem przyzwoita. Z tego powodu, kiedy piłka poleciała nad siatką do drużyny przeciwnej, Philip nie potrafiła sobie poradzić z utrzymaniem jej na swojej połowie i ta poleciała z powrotem do greckich herosów, wprost do TJ. Afrykanerka z jedną ręką mogła mieć problemy z odpowiednim wyważeniem siły, ale udało się jej podbić piłkę na tyle wysoko, aby Wanda miała szansę dobiec, doskoczyć i ściąć z całej siły. Zapewne w ten sposób mogłaby zdobić punkt dla swojej drużyny, gdyby nie błyskawiczna interwencja Ernesta, który zrobił wślizg na piasku, by ten nie dotknął piłki. W ten sposób piłka powędrowała do Philip.
— Amatorzy — mruknęła centurionka pod nosem, z lekkim uśmiechem. Dzieciakom w pomarańczowych koszulkach poszło nawet nieźle. To może być ciekawy mecz.
Chwyciła piłkę w ręce, chwilę gładząc ją i obracając, masując kciukiem jakieś zadrapanie. W końcu podrzuciła piłkę, odbiła do Ernesta, który ściął ją ostro. Piłka przeleciała nad siatką, rozcinając powietrze z niesłyszalnym dla pochłoniętych grą i adrenaliną nastolatków. Trafiła do TJ, która niestety nie poradziła sobie z odbiciem.
— Punkt dla Drużyny Juana! — podniósł się triumfalny okrzyk.
Wanda, usłyszawszy, że przeciwna drużyna dostała punkt, zdenerwowała się. Lubiła wygrywać, a w rywalizacjach zawsze była zawzięta (to chyba jedyne co ma wspólnego z Aresem).
— Nie na długo! — krzyknęła, z pewnością sobie w głosie.
Dziewczyna miała ochotę jeszcze w gratisie ich brzydko nazwać, jednak uważała, że to tak może nie wypada. Ustała jedynie na swoim miejscu. Chciała związać włosy, jednak nie miała czym. Przeczesała jedynie dłońmi swoje brązowe włosy, które w słońcu miały delikatny złocisty połysk. Do TJ posłała pogodny uśmiech, życząc jej powodzenia.
Moment, w którym próba przejęcia piłki przez TJ spaliła na panewce i po tym, jak piłka od jej ręki poleciała na aut, dziewczyna była bardzo zła na siebie. Była zła na to, że przez swoją ułomność jej drużyna straciła punkt. Warknęła cicho pod nosem, podniosła się z piasku i otrzepała ubrania.
— Teraz to mnie wkurzyli. Nie dam im zdobyć kolejnego punktu. — odpowiedziała Afrykanerka i przygotowała się do kolejnego serwa rywali.
To, co się działo później to była bitwa na miary turnieju o sztandar. Tym bardziej że wokół boiska gromadziło się coraz więcej ludzi, zarówno obozowiczów, jak i gości z obozu Jupiter, oraz nauczycieli. Nawet sam Chejron rzucił okiem na konkurencję między obozową. Około połowy pierwszego seta, w którym przewagę uzyskali goście, było już tak dużo kibiców, że spora część z nich przytargała ze swoich domków krzesła, aby wygodniej było im obserwować zmagania graczy. Było nawet widać jak jakiś młodziak, prawdopodobnie syn Ateny, chodzi między ludźmi i sprzedaje lody oraz popcorn. Świetnie wyczuł moment na rozkręcenie biznesu.
Wyniki były bardzo wyrównane, co pokazywało jak bardzo zdeterminowani i pełni woli walki są zawodnicy. Wielokrotnie udowadniali, że chcą wygrać, a przy tym pokazać się jako zawodowcy w swojej dziedzinie. Pierwszy set wygrała drużyna Juana 25 do 20, co zakończyło się okrzykami radości ze strony każdej osoby w fioletowym t-shircie. To jedynie jeszcze bardziej zmotywowało kibiców z obozu Półkrwi. Tuż po przerwie wrócili z domku Apolla z wielkim banerem z cytatem Ajschylosa “Η δύναμη της ανάγκης είναι ανίκητη”.
Ciężko stwierdzić kto zrozumiał całkowicie o co chodziło w tej informacji, ale podniosło to morale Greków. Wymachiwali z dumą swoimi banerami i koszulkami z pegazami na patykach, aby pokazać drużynie wsparcie i chęć utarcia nosa Rzymianom. Najwidoczniej bardzo to pomogło, bo dzięki temu szybko odrobili stracony punkt setowy i wyrównali.
W końcu nadszedł czas na moment, w którym to właśnie Rzymianie przynieśli własne transparenty, na których widniały napisy “Ille qui se vincit in victoria vincit”. Po obu stronach boiska, gdzie zasiadali kibice drużyn, słychać było faktyczną wrzawę i okrzyki, które pokazywały, jak bardzo tym młodym herosom zależy na pokazaniu, kto jest najlepszy. Miał to właśnie rozstrzygnąć ten set. Do osiemnastego punktu mecz był bardzo wyrównany i niemal za każdym razem drużyny przekazywali sobie piłkę po jednym punkcie.
Zostało tylko sześć punktów, by pokazać kto tak naprawdę wyjdzie z tej potyczki zwycięsko. Serw był w rękach Philip. Zmęczenie dawało o sobie już znać. Jej czoło i twarz błyszczały od potu. Jej mocny serw wymusił na Wandzie szarżę bliżej siatki i przyklęknięcie. Odebrała jednak piłkę doskonale i równie dobrze podbijając ją w górę, blisko siatki, tak by TJ z wyskoku zrobiła ścianę blisko linii autowej. Ściła tak precyzyjnie, że Ernest nie bronił, będąc pewny, że Afrykanerka zapewni Jupiterowi punkt, a stało się na odwrót. Piłka uderzyła idealnie o linię, wywołując zachwyt wśród pomarańczowych kibiców.
19/19.
Philip otarła pot z czoła. Nie spodziewała się, że rozgrywka zyska taką sławę — wokoło niej szalały tłumy niemalże, miotające przekleństwa i popcorn. Można było się poczuć jak na igrzyskach olimpijskich w starożytnej Grecji lub na teraźniejszym stadionie. Smród potu i rozgrzanych ciał, niebywała agresja i podejrzanej jakości wata cukrowa — centurionkę zawsze ciekawiła ta wyjątkowość sportu, który do tego stopnia angażował ludzi, że nawet wstawali ze swoich foteli przed telewizorami.
Z każdym kolejnym odbiciem nastolatkowie i dorośli wokoło nakręcali się jeszcze bardziej, jakby to było możliwe. Philip była pewna, że gdyby byli nieco ciszej, usłyszałaby chrzęst łamanych kości i jęki bólu pod stopami tłumu w stanie prawie ekstatycznym.
Był remis. Wanda nie mogła sobie wyobrazić przegranej. Po krótkiej przerwie ruszyła do dalszej rozgrywki.
Nadeszła kolej na serw dla Wandy. Wcale nie była mniej zmęczona od reszty zawodników i tak samo, jak reszta błyszczała się w słońcu od rosy na czole. Gdy zaserwowała, zdeterminowana Philip błyskawicznie przejęła inicjatywę. Zgarnęła piłkę i podbiła ją Ernestowi, a ten z wielką lekkością ściął ją pojedynczym ciosem ręki. TJ musiała się bardzo wysilić, by mogła uratować ten punkt. Pobiegła gwałtownie w tył i z wyskoku wybiła piłkę do przodu, upadając przy tym na gorący piasek. Przyczajona Polka tylko czekała na okazję do uderzenia spod siatki i to dało jej szansę. Wyskoczyła i ścięła idealnie między rękami obydwu broniących. Miała dużo szczęścia, bo gdyby obrona się udała, TJ nie zdołałaby dobiec do piłki.
19/20 dla herosów.
— Na Juana! — wrzasnęła ze wściekłością Philip. Gnojki wygrywają! Pochyliła się i uderzyła płaską dłonią o piasek, co oczywiście nie miało sensu — podobnie jak „FAKT, ŻE GŁUPI POMARAŃCZOWI DEBILE WYGRYWAJĄ”. Z tych emocji prawie ominęła piłkę, w porę jednak zdążyła ją odbić. Wprawdzie nie zdobyła punktu na razie — ale na razie. Trzymajmy się tego na razie. Posłała swojej drużynie spojrzenie, które w jej mniemaniu miało przekazać „jeśli przegramy, będziecie wylizywać Juanowi kopyta przez następne szesnaście tygodni”. Taka skomplikowana informacja może była trudna do przekazania przez zwykły, morderczy wzrok, jednak gniew w niej zawarty dotarł do członków Drużyny Juana bez problemu. Przełknęli ślinę.

Udało się. Córka Aresa i jej towarzyszka wygrywały. Nie wiadomo czy tak zostanie do końca, jednak były na prowadzeniu, więc to już coś oznacza. Tym razem Polka nawet nie odpoczywała. Od razu gotowa czekała na kolejną turę. Czuła jak adrenalina ją roznosi, będąc gotowym teraz i w tym momencie dalej zagrać. Musiała jednak poczekać na pozostałych. Czuła, że teraz da popalić.
Następny serw Wandy był o wiele bardziej efektywny. Uderzyła z taką siłą, że piłka odbiła się od rąk Ernesta i zamiast wystawić ją na czystą ścianę dla Philip, ta przelobowała dziewczynę i poleciała na aut, dając herosom już dwupunktową przewagę.
19/21 dla herosów.

Przewaga niby „tylko” dwóch punktów, jednak ciągle przewaga. Godząca w godność i działająca na pomarańczowych kibiców. Philip na początku postanowiła, że to będzie spokojna, miła (dla niej) rozgrywka, w którą nie zaangażuje się emocjonalnie, jednak cóż. Mojry najwyraźniej postanowiły inaczej — jeśli gdzieś tam były. Obecnie uwagę centurionki przykuwały tylko dwie rzeczy — chęć wygranej i Juan, jak zawsze, doskonały w swej pegaziej postawie, ideał istoty żywej I jakiejkolwiek. Na obrzeżach świadomości migotała jeszcze twarz blond ślicznotki bez ręki. „Wymazać ślicznotkę”, pomyślała natychmiast Philip. „Blondwłosa r y w a l k a. Chętnie starłabym jej ten kpiący uśmiech triumfu z twarzy”.

Zauważając jak jeden chłopak z jej obozu, wykrzyczał, że greccy herosi są na prowadzeniu, podbudowało Wandzie jeszcze bardziej. Jej chęci do dalszej rozgrywki się powiększyły, jednak siła jej spadła. Czuła się bardziej zmęczona, ale przecież nie mogła teraz odpuścić lub zagrać gorzej. Nadal musiała się starać, by utrzymać taki dobry wynik.
Tym razem Wanda zaserwowała nieco słabiej, przez co Ernest już dużo lepiej przekazał piłkę swojej towarzyszce i wystawił ją na czystą ścinę, tuż obok TJ, której jedną ręką było za trudno przyjąć tak mocny strzał. Piłka poleciała na aut po odbiciu się od ręki blondynki, zapewniając drużynie Juana punkt i serw.
20/21 dla Jupitera.

Jeden, aż jeden punkt przewagi!
— Tak!
Po raz pierwszy w życiu Philip odczuła potrzebę zatańczenia. Nie na grobach wrogów. Sport — szlachetna dziedzina, pobudzająca serca i umysły. Czemu sport miałby wzbudzać taką wielką chęć potrząsania tyłkiem?
Jej drużyna — przepraszam, Drużyna Juana — poddała się temu zewowi bez wahania i oporu, śpiewając przy tym kaleczącą uszy piosnkę o tym, co jupiterowcy robią z matkami członków drużyny przeciwnej. Co dziwne, nikt nie wyglądał, jakby się tym specjalnie przejął. Co jeszcze dziwniejsze — któryś wychowanek Chejrona odśpiewał im, co zrobiłby z ich ojcami. Ten sport, wiele ma obliczy. Albo za wiele tu Polaków.

— Kuźwa no! — powiedziała ciut głośniej sama do siebie Polka.
Niestety, tym razem nie wyszło tak super. Przeciwna drużyna dostała punkt. Wanda była jeszcze bardziej zmęczona niż przedtem. Czuła jak nogi się pod nią uginają, mimo iż kondycję miała dobrą. Po prostu, za duży wysiłek. Nawet po dłuższym odpoczynku nadal czuła jak pot spływa jej z czoła, a jej serce wariuje. Próbowała sobie sprawdzić puls. Wyszedł jej, że ma bardzo wysoki. Nie zamierzała się poddać. Widząc, jak jej kumple z Obozu Herosów wiwatują i drą się, aby wygrały, podnosiło jej wiarę. Jednak nawet gdyby uznać, że na przykład są tu jedynie osoby z Obozu Jupiter. Dziewczyna nadal by została i grałaby dalej, by pokazać swoją siłę, mimo iż jest najmłodsza.


TJ?
◇──◆──◇──◆
[1792 słowa: Wanda otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

Od Philip do Wandy i TJ — „Siatkówka”

LATO

Dziś był kolejny dość słoneczny jak na jesień dzień. Woda w morzu już nie była tak ciepła, jak w lecie.
Miał się odbyć mecz siatkówki, znaczy, może nie taki wielki mecz, że przyjedzie cała Ameryka, ale takie mini zawody.
Wanda, dowiedziawszy się o tym oczywiście, że się zgłosiła. Ona by taką okazję zmarnowała? Uwielbia takie rzeczy! W dodatku będzie grała z osobami z Obozu Jupiter. To dobra okazja, by się trochę popisać.
Dziewczyna nie marnowała siły na trening. Była przekonana, że pójdzie jej bardzo dobrze. Gdy chodziła do szkoły, była jedną z lepszych na wf (przymkniemy oko na to, że co drugi wf ktoś obrywał od niej piłką lub coś w tym stylu).
Idąc na miejsce, gdzie miały się te mini zawody, odbyć nagle sobie przypomniała nową, TJ. Może i miała swoją małą dysfunkcję, ale zapewne by z nią wygrała ten mecz. Mimo iż nie miała jednej ręki, bardzo dobrze sobie radziła z tym manekinem.

Ku zaskoczeniu Wandy, TJ już od dawna była pod boiskiem do siatkówki. Przychodziła na większość zawodów albo nawet na towarzyskie meczyki, jakie się tu odbywały. Jako że nie miała ręki, jej plan zajęć zdecydowanie różnił się od innych, a luki w planie wykorzystywała, by samej poćwiczyć, albo popatrzeć jak robią to inni.
Jej zdaniem, umiejętności wielu herosów odpowiednio przekierowane mogłyby dać im niemal nieograniczone możliwości w sportach drużynowych, co przekłada się na wspaniałe widowisko dla widza. Sama była przykładem takiego widza. Czerpała sporą radochę, patrząc, jak jej znajomi wykorzystują swoje dzikie umiejętności, aby zdobyć punkt w tak dynamicznej grze, jaką była bez wątpienia siatkówka.
Zaś jeśli chodzi o samą grę, TJ wolała się w to nie mieszać. Sama nie znała swoich boskich umiejętności, nie czuła się na sile konkurować z tak uzdolnionymi ludźmi, mimo iż sama jeździła na zawody w Pretorii i reprezentowała swój kraj w zawodach międzynarodowych dla młodzieży, ale to było, kiedy jeszcze miała wszystkie kończyny. Teraz wolała jedynie popatrzeć, ale jej narwana dusza marzyła, by się dorwać do serwu i pokazać reszcie jak to robi się w Kapsztadzie.
W tym momencie jednak siedziała na trawie po turecku w szortach, pomarańczowej koszulce z pegazem i brązowej skórzanej kurtce. Na ten występ przyszykowała sobie paczkę czipsów, którą właśnie otworzyła, kiedy zobaczyła, jak właśnie na boisko wchodzą obozowicze z Jupitera. Pomachała im na przywitanie i kontynuowała chrupanie czipsików.

Philip, jak większość ludzi wyznawała w życiu parę świętości (nad którymi oczywiście królował niepodzielnie Juan). Jedną z nich była praca. Czemu praca? Ponieważ w świecie pełnym tylu zmiennych takich jak moda, związki i ludzie praca (i Juan!) była niezmiennie doskonała, potrzebna i zawsze tak samo ceniona. Podobnie jak Juan, praca nigdy nie mogła prowadzić do czegoś złego (chyba że założenie było złe, albo wykonawcy pracy nieumiejętni). Tą mądrość próbowała wpoić legionistom Piątej Kohorty, przykładowo podczas niedawnych ćwiczeń bojowych. Jednak oni nie tylko nie słuchali, ale i nie stawili się w całości na rzeczone ćwiczenia. Po chwilowym dochodzeniu, jakie przebyła razem z Juanem, udało jej się ustalić, że ci nieobecni nie oddają się bynajmniej pracy — ale zabawie (która była dość daleko na liście świętości Philip)!
Winowajcy stwierdzili, że ćwiczą — a na pytanie, do czego ćwiczą i czemu to coś jest takie ważne, żeby nie stawić się na j e j ćwiczenia zarumienili się i wybąkali coś o zawodach.
Rywalizacja była również na liście świętości Philip. Ten dreszczyk emocji, adrenalina i radość zwycięstwa! Centurionka wiec skwapliwie wypytała grupkę, o jakie zawody chodzi. Siatkówka? Łatwizna.
Właśnie dlatego dzisiejszego dnia przyszła na czele jupiterowców, rzucając pogardliwe spojrzenia wychowankom „tej podróby konia", jak to kiedyś powiedział pewien legionista (dla zasady ochrzaniła go za obrażanie, ale zwrot się jej spodobał).
— Zaczynamy?
Młoda Polka zauważyła już nadchodzące osoby z Obozu Jupiter. Nie znała ich. Mimo to, że nie kojarzyła żadnej z nowych twarzy, popatrzyła na nie spojrzeniem typu „i tak ja tu wygram”. Nagle zauważyła dziewczynę, którą oprowadzała tam kiedyś i zobaczyła, że potrafi całkiem dobrze walczyć. Tak czuła, że tu przyjdzie. Od tamtego momentu raczej były ze sobą na cześć. TJ nadal nie została zatwierdzona, a Wanda, mimo iż nie była grupową to i tak miała swoje sprawy obozowe. Nie zastanawiając się dłużej, usiadła koło niej. Jak chce wygrać, musi ją namówić do wspólnej gry. Usiadła koło niej i bez pytania wzięła kilka chipsów, które zjadła.
— Cześć TJ — przywitała się z nią. — Tak czułam, że przyjdziesz — uśmiechnęła się do niej miło, po czym w końcu przeszła do sedna. — Wiem, że no… tak jakby… nie masz jednej ręki, ale jak chcesz, żebyśmy wygrały, to chcę, żebyś zagrała ze mną. Świetnie wtedy walczyłaś, więc grać pewnie też będziesz. Tamci z Jupiter na słabych nie wyglądają. Wiem, że pewnie sama bym sobie poradziła, jednak wiesz. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś zagrała ze mną.
Przez kilka minut popatrzyła na nią swoimi zielonymi oczami.
Kiedy Wanda wcisnęła łapę w paczkę pyszniutkich czipsów, TJ spojrzała na nią wzrokiem mówiącym niemal na głos. „Ag mann! Aikona!” Zapewne nikt z poza RPA by jej nie zrozumiał, więc wolała przemilczeć tę kwestię. Jednak darowała te czipsiki, bo wiedziała, kroi się nieco większa akcja.
— Dzięki Wanda, ale nie. Znajdź sobie kogoś lepszego, a ci będę tylko przeszkadzać. Swoje przygody z siatkówką skończyłam rok temu i nic nie wskazuje, bym miała do tego wrócić. — odparła z wyraźnym żalem w głosie. Było jej przykro z powodu swojej bezużyteczności w tym sporcie i z bólem serca wspominała słowa trenera w szkole, kiedy wróciła ze szpitala po wypadku. „Wybacz Visser, ale wzięliśmy już kogoś za ciebie. Wracaj szybko do formy”. Ale nic nie zanosi się, by forma jej miała się zmienić. Ręka w magiczny sposób jej nie odrośnie i nie miała powodu, by łudzić się, że w tym sporcie cokolwiek osiągnie. Grzecznie uśmiechnęła się do Wandy, ale jednoznacznie dała jej znak, że odmawia. Chwilę później spojrzała na nadchodzących reprezentantów obozu Jupiter. Nie wiedzieć czemu, ale TJ zawsze darzyła ich ogromnym respektem. Nie raz była świadkiem ich treningów, walk oraz lekcji strategii i za każdym razem ją zatykało, jak doskonale ci ludzie potrafią się zgrać i wykorzystywać wszystkie swoje mocne strony.
— I lepiej znajdź kogoś serio dobrego, bo lekko ci z nimi nie pójdzie. — dodała na koniec.

﹀ ︿ ﹀


Hałastra w pomarańczowych szmatach najwyraźniej nie kwapiła się do odpowiedzi na jej pytanie, więc je powtórzyła. Ci z uporem albo ją ignorowali, albo cierpieli na jakieś schorzenie słuchu — całą grupą. Po chwili Philip westchnęła i odwróciła się do swoich. Owi „jej” siatkówkarze byli ładnie ustawieni i w przeciwieństwie do tego gryzącego w oczy pomarańczu, ich koszulki miały kolor fioletu. Na plecach wszyscy bez wyjątku wymalowane mieli podobiznę końskiego ideału i tekst - „DRUŻYNA JUANA”.
— Dobra, Drużyno Juana, może trochę się rozegramy? Poćwiczymy, pokażemy biedakom, jak się gra w siatkówkę. Powinno ich to zmusić do odpowiedzi albo chociażby walkowera.
Grupka skwapliwie wypełniła polecenie, rozdzielając się w pary lub inne podgrupy i odbijając parę piłek. Centurionka z zadowoleniem obserwowała ich wyczyny, potem spojrzenie skierowała z powrotem na tych z Obozu Herosów, na pomarańczowokoszulkowych siatkarzy. Nadal zero reakcji. Coś gadali między sobą, nie zwracając uwagi na swoich przeciwników.
— Mamy jakąś ustaloną godzinę rozpoczęcia? Albo, chociażby porę? Nie chcę tu siedzieć do wieczora, obiecałam Juanowi dwugodzinną przebieżkę przed snem.

﹀ ︿ ﹀


Polka mimo to nie zmieniła zdania.
— Jak dla mnie to ty jesteś dobra i z tobą wygram, a tak to wątpię — odrzekła, patrząc jej w oczy, po czym delikatnie się uśmiechnęła.
Dziewczyna wstała. Wyciągnęła dłoń do starszej od siebie dziewczyny.
— To jak? Idziesz? Spróbujesz chociaż? — wciąż mówiła — jak dla mnie to szkoda talentu.
Polka przez pewien moment tak wpatrywała się w nią.
— Wiem, że tego chcesz.
TJ dalej nie była przekonana co do tego planu. Nie czuła się na siłach pokonać tych bysiorów z koniem na plecach. Zresztą, sama nie wiedziała po cholerę im ten koń. Może to z zazdrości? Obóz Pół-Krwi również miał na swoich koszulkach konia, ale z tym wyjątkiem, że oni mieli skrzydlatego, a nie śmierdzącą szkapę, która może zdechnąć od zbyt dużego nałykania się powietrza.
Afrykanerka podała lewą rękę swojej polskiej koleżance, by ta pomogła jej wstać.
— No dobra, ale jak przegramy, nie miej mi tego za złe. — odparła blondynka, a potem podeszła bliżej swoich rywali, w dalszym ciągu nie zdejmując kurtki i nie ujawniając swojej słabości.
— Dobra dobra. Zaczynamy już. Nie gorączkujcie się tak. Jako że jesteście gośćmi to macie prawo do wybrania boiska czy wolicie jednak wybrać piłkę i pierwszy serw? — pytanie było niezwykle istotne, oczywiście można było to rozegrać przy pomocy rzutu monetą, ale kultura sportu, była dla TJ ważna nie mniej niż sama rozgrywka. Oczywiście najważniejsze było i tak zwycięstwo, lecz bez gry fair play byłaby to tylko tępa naparzanka bez zasad.
— W końcu! — Philip zakrzyknęła i przewróciła oczami.
— Myślałam, że się nigdy nie doczekam!
— Centurionko! Boisko — szturchnął ją w ramię członek Drużyny Juana.
— Pamiętam, głupolu — odszepnęła.
Powiodła wzrokiem po owym boisku. Po chwilowym zastanowieniu wybrała tę połowę, którą uznała za godniejszą swojej drużyny.
— A pierwszy serw?
— Niech rozstrzygnie to los — mruknęła Philip, tonem sugerującym, że doskonale wie, komu los będzie sprzyjał. Wyjęła z kieszeni srebrną, cesarską monetę. Nie było to do końca legalne, w końcu zabytek i tak dalej, ale Philip stwierdziła, że Obóz Jupiter nie zauważy chwilowo braku jednej, zresztą i tak mieli ich za dużo. A tym z Obozu Herosów niech gałki oczne wypadną.
— Awers czy rewers? — rzuciła, pokazując przeciwnikom monetę na wyciągniętej ręce.
Wanda jak to na nią przystało, nie zastanawiała się długo.
— Awers — stwierdziła, patrząc się swoim przeciwnikom prosto w oczy.
Byli od niej starsi i wyżsi, jednak Polce to nie przeszkadzało. Jedynie zmieniła swój uśmiech i spojrzenie na bardziej pewny siebie, by pokazać, że mimo bycia niższą i młodszą wcale się ich nie boi. W końcu była córką Aresa, więc była sprawna, a jak ktoś ją wkurzy, to najwyżej mu przywali, przecież świat się nie załamie.
— Ej! Chwilunia. Żaden awers, srawers. — zawołała TJ i podeszła do Ernesta i wyrwała mu piłkę z rąk. — Wy sobie wybraliście boisko, to piłka jest dla nas. — po tych słowach obróciła się gwałtownie, tak że jej blond kucyk niemal strzelił chłopaka w twarz niczym bicz. Idąc w stronę boiska, rzuciła Wandzie piłkę, a gdy ta ją złapała, została pociągnięta za kołnierzyk wprost na piasek. TJ najwidoczniej była zdenerwowana. W tym, że Obozowicze z Jupitera chcieli rzucić monetą na to, kto dostanie piłkę, mimo że ta należała się greckim herosom, widziała próbę oszustwa i zdobycia przewagi. Jakby sam fakt, że słońce bijące jej w oczy było niewystarczającym utrudnieniem.


Wanda?
◇──◆──◇──◆
[1710 słów: Philip otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

Od Philip do Wandy — Chwała Juanowi

Juan zgrabnie podnosił i opuszczał swoje smukłe nogi w eleganckim chodzie. O każdym uderzeniu kopyta o pylistą nawierzchnię ścieżki można by napisać epos złożony z co najmniej pięćdziesięciu pieśni. Natchniony tętent winien być prawdziwie uczczony, winien wprawiać w drżenie każdą duszę, winien wreszcie stać się hymnem państwowym. 
Na ody zasługiwał także piękny łuk szyi, silne mięśnie barków. Błyszcząca grzywa. Czarna sierść o matowym połysku. Rozłożyste skrzydła — Juan właśnie nimi zamachał, i można było odnieść wrażenie, że to pierzaste piękno zagarnia niebo. 
Philip mogłaby cieszyć się pięknem tej wycieczki — co wprawdzie robiła, jednak miała też sprawę do załatwienia. Jupiterowe fauny wydelegowały ją do satyrów z Obozu Półkrwi. Powód był błahy — kradzież puszek, nimf albo zjedzenie szalika wujka Edgara. Kim był wujek Edgar, ani która z tych spraw w końcu była przedmiotem sporu — tym Philip na razie postanowiła nie zawracać sobie głowy. Kiedy dotrze na miejsce, satyry pewnie i tak zapomną, albo wywrzeszczą, o co chodzi Juanowi prosto w chrapy. Mimo wszystko Philip zgodziła się głównie z powodu, że mogła tę drogę przebyć na swoim pięknym pegazie. Żadna okazja do tego nie mogła być zmarnowana. 
Szybko dojechali na miejsce, jako że Juan czasami dosłownie zlatywał z pagórków. Nawet bez skrzydeł zresztą był najlepszym wierzchowcem z Obozu Jupiter. 
— Halo? Satyrowie?
Philip była pewna, że to właściwe miejsce — tutaj miał czekać na nią jakiś kozłonogi, przy tym drzewie w kształcie konewki. Oddalila się kawałek, rozglądając się. Ani śladu satyrów. Zaczęła nasłuchiwać. I dobiegł ją głos — człowieka, nimfy czy satyra — nieistotne, dobiegał bowiem ze strony Juana. Puściła się biegiem w jego stronę. Może groziło mu niebezpieczeństwo?
Juan stał tam, gdzie go zostawiła, czyli pod drzewem. Jego pysk gładziła brunetka. Po chwili Philip rozpoznała w niej ową Wandę, z którą jakiś czas temu rozegrała mecz siatkówki. 
— Piękny koń — szepnęła, i dopiero wtedy się zorientowała, że ktoś stoi obok.

Wanda?
◇──◆──◇──◆
[302 słowa: Philip otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Dziewczyna rozgląda się na boki, upewniając się, że mężczyzna poszedł.
— Nie mam pojęcia, ale być może to naprawdę oni. Szukałam w mitach greckich i rzymskich, ale nie znalazłam niczego podobnego — mówi z zaskakującą ufnością, wciąż wychylając się w poszukiwaniu wracającego, wściekłego ojca. Zniża głos. — Chciałam zaglądnąć też do opowieści ludowych czy innych bzdur, ale mój ojciec to zobaczył i od tamtego momentu posądza mnie o brak wiary w ufoludki. A to nie tak, że ja nie wierzę, ale po prostu nie wydaje mi się, żeby mieli jakieś interesy w szpiegowaniu mojej rodziny. Zresztą, częściej widuje sąsiadów, którzy próbują mnie odebrać od ojca, niż kosmitów.
Widać, że chce powiedzieć coś jeszcze. "Możesz mi zaufać" — mówisz. Widocznie jesteś przekonująca.
— Widziałam cholernie dużego wilka — mówi. Ewidentnie się boi.

Od Mistrza Gry do Merideth — zlecenie #2

Zostałaś brutalnie wyrzucona za próg domu, widocznie zadając o jedno pytanie za dużo. Gdy ty próbujesz się odezwać w akcie ratowania swej godności, właściciel domu zatrzaskuje za tobą drzwi. Czasami bywa i tak.
Czeka cię droga powrotna, ale na pocieszenie dostajesz 10 PD.

niedziela, 16 października 2022

Od Andrew CD Milio — „Miasteczko Halloween”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zważywszy na to, że w oddali już dało się zauważyć szyld niesławnej knajpy „Pod dzikiem”, nie odwiązywaliśmy nawet naszych wierzchowców, tylko od razu ruszyliśmy z buta.
Będąc szczerym, miejsce było dość… mi się niezbyt podobało. Było tu ciemno, czarno, a na ścianach wisiały głowy zwierząt. Co mnie zaskoczyło, wiele z owych zwierząt było pochodzenia mitologicznego. To znaczy, były tu hydry i piekielne ogary. Szczerze wątpię, aby śmiertelnicy zwrócili na to uwagę. Wyczuwałem w tym miejscu tyle Mgły, że aż bolała mnie głowa.
Nie zmienia to faktu, że prosty wniosek nasuwa się sam. Właściciel tej knajpy nie może być śmiertelnikiem.
— Coś mi tu śmierdzi — uznał Milio.
Skinąłem głową, zgadzając się z nim. Coś w tym miejscu było mocno nie tak. To znaczy, nie powiem, nie mogę zabronić żadnemu satyrowi prowadzenia własnego biznesu, ale… Tu przecież wisi hydra, na Zeusa! Wątpię, żeby jakikolwiek satyr zdołał w pojedynkę ją powalić.
— Miej się na baczności — ostrzegałem Milio. — Nie wiemy, czego możemy się tu spodziewać. Równie dobrze to tu może mieć leże nasz wróg.
Milio skinięciem głowy przyznał mi rację.
— Herosi — usłyszałem za sobą pogardliwe parsknięcie, które sprawiło, że niemalże podskoczyłem.
Nazwijcie mnie tchórzem, ale ledwie przed chwilą byłem pewien, że w knajpie nie ma żadnych gości.
Odwróciłem się ostrożnie i stanąłem oko w oko z nieznajomym sobie mężczyzną.
Niemniej, miałem łudzące wręcz wrażenie, że powinienem go skądś znać.
Wrażenie owe natychmiast zyskało głębszego znaczenia, gdy tylko zobaczyłem, jak Ruben robi krok w kierunku Aresa, po czym pada na kolana i spuszcza głowę.
I już było jasne, kim jest ten tajemniczy nieznajomy.
— Cześć ci — powiedział niepewnym głosem Ruben. — ojcze.
Ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości, kim jest nasz jegomość? Cóż, odpowiedź jest już chyba prosta. Mamy przed sobą ojca Rubena i samego pana wojny.
Aresa.
Bóg spojrzał z góry na swojego syna, uśmiechając się. Natychmiast zinterpretowałem to jako uśmiech zwycięstwa. Poczułem silny niesmak. On nie tylko zdaje sobie sprawę ze swojej władzy nad własnym synem. On się nią chełpi.
Uśmiech Aresa natychmiast zgasł, gdy przeniósł wzrok na nas.
— A wy? — spytał. — Nie weźmiecie przykłady z mądrzejszego kolegi?
Nie chciałem mu się podporządkować. Czułem, że nogi mi drżą na samą myśl o klęczeniu. Nie mogłem pokazać mu swej słabości.
Niemniej, Ares jest bogiem. A my właśnie idziemy do bitwy z samym panem podziemi. Niemądrze byłoby robić sobie z kolejnego bóstwa wroga. A jeśli dobrze to rozegramy, Ares może nawet stanąć po naszej stronie.
Niechętnie klęknąłem.


Milio?
◇──◆──◇──◆
[398 słów: Andrew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

sobota, 15 października 2022

Od Louise CD Lucasa — „Kamyk Towarzysz”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Zostawiłeś Magnusa?
Louise spojrzała w wylot jaskini, z której przed chwilą wyszli. Podeszła nieco bliżej, co Szwed zaraz zakwestionował zdecydowanym syknięciem. Jego siostra uniosła w jego stronę płaską dłoń, żeby pokazać mu, że nic się nie dzieje i ma poczekać. Sama nachyliła się w kierunku ciemnego wejścia. Cisza. Może tylko jakieś piski (nietoperzy?), kapanie wody, szelesty wiatru uderzającego o sklepienie — paru słowem, normalne jaskinio-dźwięki.
— Nie słyszę jakoś walącego się stropu, dzikich zwierząt ani oddziału wściekłych bachantek pragnących wypić krew prosto z naszego dymiącego jeszcze serca. Wejdziemy?
— Louise! — zganił ją Lucas.
— Co?
— Jesteśmy dziećmi Ateny. Powinniśmy być rozsądni, rozważni, rozumni i te wszystkie słowa na "r". A nie wchodzić do jaskiń, z których przed chwilą uciekliśmy.
W tym momencie jej brat wskazał swoje parę siniaków, jakby żeby podkreślić grozę sytuacji.
— Cały ten stereotyp dzieci Ateny jest mocno przereklamowany. Przede wszystkim jesteśmy herosami, pamiętasz? Nie mamy połowy mózgu, a drugie pół skutecznie zajmuje ADHD i pieczenie pianek nad ogniskiem. Wchodzimy.
I w chwili, w której wypowiedziała ostatnie zdanie, faktycznie to zrobiła. Krok w kierunku wejścia i spojrzenie na Lucasa - "wchodzisz?".
— Będę... ubezpieczał tyły.
Louise pokiwała głową, chwyciła za latarkę i bez dłuższych wahań po prostu weszła. Wilgoć, chłód, ciemność. Wszystko w porządku.
Córka Ateny brnęła więc dalej. W końcu doszła do wielkiego głazu. Obok niego leżał Magnus — chwyciła więc go i odwróciła się w stronę wyjścia i Lucasa, żeby zakrzyknąć o tym. Otworzyła już usta i wtedy niespodziewanie coś zakryło jej twarz — mokre, śmierdzące i ciepłe. Blondynka, starając się nie oddać panice, kopnęła w kierunku domniemanego przeciwnika. Rozległ się jęk i stukot, uścisk również się zwolnił. Louise krzyknęła wtedy głośno, żeby przywołać Lucasa. Na wszelki wypadek, gdyby zagrożenie okazało się większe.
— Niee kszycz — zameczał żałośnie nieco pomiętoszony satyr, kiedy Louise skierowała na niego promień latarki. 
— Satyr w jaskini? Tego jeszcze nie widziałem. Zwisasz może ze sufitu i straszysz herosów? — rzucił Szwed, zadyszany stając obok siostry.
Kozłonogi czułym ruchem chwycił najbliższą puszkę i zaczął ją podgryzać.
— Jest pijany — szepnęła Louise. — Pewnie zjadł za dużo puszek po piwie. 
— Nie sałkiem duszo! — zaprostestował wspomniany. 
— Jeno trosz… troszeszke. Dwie, czszy…
Dzieci Ateny zmierzyły go powątpiewającym spojrzeniem. Satyr przedstawiał widok nieco żałosny — jednak nie wymagał, chyba pomocy. A może jednak? Kostka wydawała się nieco opuchnięta pod futrem — to mógł być powód tego hałasu, który przestraszył herosów.

Lucas?
◇──◆──◇──◆
[360 słów: Louise otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]