Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Alius. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Alius. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2025

Andrew Alius umiera

zdjecieAndrew AliusON/JEGO — 17 LAT — PÓŁBÓG — AMERYKANIN, WŁOCH — 177 PD — 4 PU — 90 PZPostać NPC



Andrew miał tylko załatwić parę spraw. Miał to kluczowe słowo, bo podczas powrotu chciał zaprzyjaźnić się z gryfem, który... cóż, najwidoczniej nie był zbyt przyjacielski. Zwłoki syna Hekate znaleziono w labiryncie i pozostawiły po sobie smutek oraz niesmak.

środa, 11 października 2023

Od Andrew — „Just a dream”

Poprzednie opowiadanie

Ech — pomyślałem, siedząc w niewielkiej burgerowni na obrzeżach miasta i zastanawiając się, gdzie mogę znaleźć tę dziewczynkę, której odszukania oczekuje ode mnie Lamia. 
Wiem oczywiście, że powinienem teraz jej szaleńczo poszukiwać, drżąc przed zbliżającym się deadlinem, ale… cóż, jeść też muszę. A Jo szukam już przez pół dnia i wciąż nie mogę jej znaleźć. 
Popijając pośpiesznie swoją colę, by jak najszybciej wrócić do poszukiwań, skupiłem na chwilę wzrok na grach arkadowych i… 
Nie. Nie może być. 
Przy jednym z automatów do gier stała dziewczynka. I jeśli mnie wzrok nie myli, nie, nie wierzę, we własne szczęście. Tą dziewczynką, jeśli nie wzrok już całkiem nie myli, nie mógł być nikt inny, jak Jo. 
No dobra, udało się, miałem farta. Jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście. Pytanie teraz, jak mam niby nakłonić ją do współpracy? Jak mam zmusić Jo, by ze mną poszła? 
Dobra, nie ma czasu do stracenia. Przede wszystkim muszę spróbować wejść z nią w jakąś interakcję. Postawiłem na stoliku swoją colę, po czym wstałem i ruszyłem w stronę Jo, starając się wyglądać na całkowicie niegroźnego i niezdesperowanego młodego człowieka. 
Którym może i bym był, w innym świecie, w innym wymiarze, gdzie moją matką nie jest bogini magii. 
Tak czy inaczej, ruszyłem w stronę dziewczynki i położyłem jej rękę na ramieniu. 
— Cześć — przywitałem się przyjaźnie. — Nazywam się Andrew. A ty?
Podstawą jest umiejętna gra pozorów. Mimo że jest ona mym celem i wiem, jak się nazywa, to powinienem udawać, że pierwszy raz ją widzę na oczy. 
— Mama mówiła, że nie powinnam rozmawiać z nieznajomymi — odpowiedziała Jo. 
Nie bała się mnie, co prawda, ale jej chytry uśmiech zdradzał, że chce, abym sobie poszedł, by mogła dokończyć grę. 
Odetchnąłem z ulgą, słysząc, że nawiązuje do matki. Więc jeśli jest heroską, to najpewniej od strony taty. Czyli nie jest raczej córką Hery. Przynajmniej tyle dobrego. 
— W co grasz? — spróbowałem kontynuować rozmowę… o ile w ogóle da się to nazwać rozmową. 
— W pstro — odpowiedziała z coraz większą irytacją. — Idź już sobie. 
— Lubisz samochody? — spytałem, dostrzegając, że gra w jakąś grę z wyścigówkami. — Ja też. Jaki jest twój ulubiony model? 
Jo rozbiła swoją wyścigówkę. Gra się skończyła. Game over. Dziewczynka odwróciła się, a ja dostrzegłem coś dziwnego w jej spojrzeniu. Był w nim jakiś mrok, którego nie spodziewałem się po dziecku. 
— Powiedziałam, byś sobie poszedł — wysyczała przez zęby. Zrobiłem krok w tył, a ona podeszła do mnie i złapała mnie za przedramię. 
— Śpij — szepnęła, a ja nagle poczułem się bardzo senny. 
Nie minęła minuta, nim straciłem przytomność.

WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG (POSTAĆ PRZESZŁA DO NPC)
 
◇──◆──◇──◆
[413 słów: Andrew otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 19 września 2023

Od Andrew — „Just a dream”

Poprzednie opowiadanie

Wpatrywałem się w okrutne oczy potworzycy, doskonale rozumiejąc, że nie mam żadnej alternatywy. A przynajmniej, że jest ona zbyt koszmarna, by móc ją w ogóle brać pod uwagę jako alternatywę.
Albo sprowadzę potworzycy niewinne dziecko, albo zostanę zniewolony przez nią na resztę moich dni, albo po prostu umrę, pozwalając, by zabiła mnie trucizna Lamii.
Opcja z niewolą nie wchodzi w grę. Za nic nie zgodziłbym się zostać zabranym przez Lamię, tym bardziej że wreszcie zyskałem w tej kwestii jakikolwiek wybór. W zasadzie pozwala mi ona odejść, co mi akurat jak najbardziej pasuje.
Kłopot w tym, że jeśli do niej nie wrócę, wypełniwszy wcześniej jej misję, to niechybnie zginę. A ja nie chcę zginąć. Myślę, że nie byłbym w stanie wybrać tej opcji.
Czy jestem zbyt wybredny? Dostałem wreszcie jakiś wybór, który sprawił, że muszę decydować między wydaniem dziecka potworzycy, od której próbuję uciec, a własną śmiercią.
I jakże kusząca wydaje mi się pierwsza opcja. Praktycznie żadnych zobowiązań z mojej strony. Nieraz szukałem już zaginionych herosów. Jedyna różnica polega na tym, że miast do bezpiecznego obozu mam ją sprowadzić w zabójczą pułapkę.
Nie powinienem nawet rozważać zrobienia tego dziecku. Dlaczego mojej życie ma być ważniejsze od niej?
Ponieważ jest twoje. Usłyszałem łagodny głos w swojej głowie i jakkolwiek trudne nie byłoby dla mnie podjęcie tej decyzji, znałem już drogę, którą wybiorę.
— Mogę chociaż wiedzieć, czym ona jest? — Spytałem Lamię, zmuszając siebie, by myśleć o niej jako o „czymś”. Nie „ktoś”, a „coś”. Może tak będzie łatwiej. — Wygląda mi na herosa — stwierdziłem, zaciskając zęby, gdyż trucizna wciąż mnie parzyła, choć już nieco mniej. — Chciałbym wiedzieć, kto był jej boskim rodzicem. Tak na wszelki wypadek, aby wiedzieć, jakich umiejętności mogę się po niej spodziewać.
Nieprawda. Tak naprawdę wciąż łudziłem się, że może to dziecko nie jest potomkinią Hery, jak się spodziewałem, a jakiegokolwiek innego boga, a Lamię chce ją schwytać z całkowicie pacyfistycznego i niegroźnego powodu.
No jasne.
Lamia uśmiechnęła się, odsłaniając kły, ale nie uraczyła mnie odpowiedzią.
— Taki dzielny heros, a boi się początkującego dziecka — zadrwiła. — Oj nie, herosku, nie spodziewaj się już ode mnie żadnej pomocy w tej kwestii. Niech tożsamość Jo pozostanie niespodzianką.
Zacisnąłem powieki. Więc to Jo. Nie potrzebowałem, by Lamia nazywała ją po imieniu. Łatwiej byłoby wtedy nie myśleć o niej jak o osobie.
Chociaż, może nie wszystko stracone. Gdy ukończę misję Lamii, zdążę odzyskać już wszystkie zmysły. Może uda mi się odebrać Lamii antidotum, po czym uratować Jo. Tak, to brzmi jak plan. A potem odprowadzę ją do Obozu Herosów. Tak, może ta historia będzie jeszcze miała szczęśliwe zakończenie.
Skinąłem głową, dając znać Lamii, że się zgadzam (jakbym miał jeszcze jakiś wybór). Nie chciałem też już z nią rozmawiać. Dała mi do zrozumienia, że niczego więcej się od niej nie dowiem.
Lamia przeciągnęła się, po czym przykryła mnie kocem (tak, potworzyca przykryła mnie kocem, sam byłem zaskoczony), po czym podeszła do drzwi.
— Postaraj się przespać, póki nie przyzwyczaisz się do trucizny. — powiedziała, a ja uśmiechnąłem się cynicznie w duchu na to sformułowanie. — Obudzę cię, gdy to nastąpi. — Po tym słowach, potworzyca z premedytacją zgasiła światło, po czym wyszła, zamykając drzwi do składzika. Zostałem sam w kompletnej ciemności, a ból i myśli i nadchodzącej akcji, które mnie nawiedzały, nie pozwalały mi nawet marzyć i śnić.
Ledwie akapit temu pochwaliłem ją za to, że przykryła mnie kocem. Ale mogła zostawić mi jeszcze zaświecone światło. Czy oczekuję zbyt wiele?


***


Zgodnie z obietnicą, Lamia przyszła mnie obudzić, ale sam nie zmrużyłem oka, wpatrując się ślepo w pustkę i zastanawiając się, czy jestem złym człowiekiem, decydując się na narażenie niewinnego dziecka, by ratować skórę.
Potworzyca zdawała się nie być nawet zdziwiona, widząc, że nie spałem. Musiała się tego spodziewać.
Niemniej, zgodnie z jej słowami trucizna przestała już sprawiać mi ból, a ja wracałem już do pełni sił. Nie mogłem jednak zapomnieć o jej przestrodze. Jeśli nie dostanę antidotum na czas… Nie, nie mogłem do tego dopuścić.
Lamia poprowadziła mnie do drzwi wyjściowych, trzymając za ramię, a gdy w końcu tam dotarliśmy, oddała mi mój xiphos.
Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie powinienem jej już teraz zaatakować, ale wciąż czułem pewne zmęczenie tymi wydarzeniami. Może powinienem był się zmusić do snu? Tak czy inaczej, w swym obecnym stanie w dalszym ciągu nie miałbym z nią szans.
Już miałem wyjść za próg, kiedy Lamia mnie jeszcze zatrzymała.
— Weź jeszcze to — powiedziała mi, podając do ręki niewielką strzykawkę z zielonym płynem w środku. — To kolejna dawka trucizny. Podejrzewam, że będziesz tak zdeterminowany na ukończenie swej misji, że zapomnisz o upływie czasu i nie wrócisz do mnie w porę. Nie chciałabym, abyś umarł. Jeśli poczujesz, że brak trucizny cię zabija, wstrzyknij sobie to. Sprawi to, że nie uratuje cię już nawet antidotum, ale zyskasz na czasie, by móc do mnie wrócić.
Skinąłem głową i wziąłem strzykawkę. Wiedziałem, że jej nie użyję. Ale wciąż może się do czegoś przydać.
Bez słowa wyszedłem za próg i wyruszyłem na poszukiwania Jo.


◇──◆──◇──◆
[812 słów: Andrew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 1 sierpnia 2023

Od Andrew — „Just a dream”

Poprzednie opowiadanie

Wpatrywałem się ze zgrozą w potworzycę, która coraz bardziej się do mnie zbliżała. Nie śpieszyła się, wiedziała, że nie zdołam jej uciec. Nie próbowała również ukryć swych straszliwych oczu i pazurów. 
Z kolei ja, osłabiony i samotny, nigdy nie czułem się bardziej przerażony. Nie chciałem zostać uprowadzony, ani tym bardziej wychowywany przez tę istotę. Musiałem coś zrobić. 
Tylko co? 
— Przyjdą po ciebie — powiedziałem głosem tak piskliwym, że nie wystraszyłbym nawet myszy, po czym odchrząknąłem i zdobyłem się na pewniejszy ton. — Gdy zniknę, Chejron przyśle kogoś po mnie. Będą mnie szukać. A kiedy natrafią na twój trop, nie spoczną, póki cię nie dorwą. 
Pozwoliłem sobie na odrobinę nadziei. Tak, moi przyjaciele mnie nie zostawią. Nawet jeśli Lamia mnie porwie, to herosi będą mnie szukać. 
Na pewno. Jestem tego pewien. 
O ile mnie nie uznają od razu za zmarłego i nie spiszą na straty. 
Jak Aidena. 
Może Lamia uprowadziła wcześniej mego brata i przetrzymuje go gdzieś teraz. 
Może jeśli się jej poddam, zaprowadzi mnie do Aidena. 
Nie. Nie mogłem pozwolić sobie na takie myśli. Wiem przecież, że Aiden nie żyje, jakkolwiek nie pragnąłbym, by było inaczej. Ale w tej chwili na szali waży się mój los. 
Uniosłem wzrok, by zobaczyć, jak Lamia zareagowała na moje groźby. Dalej szła przed siebie, ale kąciki jej ust uniosły się odrobinę, jakby w uśmiechu. Wiem doskonale, o czym to świadczy. Lamia nie boi się herosów. Jest przekonana, że jej nie znajdą. A nawet jeśli, to co banda półbogów może zrobić wielkiej córce Hekate. Ze mną poradziła sobie tak, że ledwie zorientowałem się, co mnie spotkało, nim było za późno. 
Za późno. 
Czy naprawdę jest już za późno? 
Lamia stała już dosłownie krok ode mnie. Cofnąłem się, wiedząc, że jeśli mam coś zrobić, to jedynie teraz. 
Tylko co? 
Nim zdążyłem zdecydować, co zrobię, Lamia podniosła wolną od tabletek rękę i chwyciła mnie za koszulę, podnosząc z ziemi. 
Próbowałem się szamotać, ale byłem zbyt słaby, a ona zbyt silna. Niosła mnie bez większego trudu. Zabrała mnie za bar i upuściła na podłogę w kącie najsłabiej widocznym z ulicy. Uklękła obok mnie, położyła na podłodze spodeczek z tabletkami, po czym zbliżyła swą rękę i moich ust i je otworzyła. Jej pazury drapały moje wargi, ale to nie to było moim największym problemem. 
Nawet wtedy, gdy wystarczyło jedynie spiąć mięśnie ust i je zamknąć, nie mogłem stawić oporu. Mogłem zrobić tylko jedno. Ostatni desperacki ruch. 
— Sój — wyjęczałem niewyraźnie. — Saj soś sosiedzieć — wysepleniłem w nadziei, że mnie zrozumie. 
Chciałem z nią jeszcze porozmawiać. Lamia najwyraźniej zrozumiała. Zdawała się chwilę wahać, po czym skinęła głową. Puściła mi usta i odsunęła się nieznacznie. 
— Słuchaj. Jestem jeszcze niepełnoletni, ale to nie znaczy, że nie umiem o siebie zadbać — powiedziałem z udawanym spokojem. — Jestem herosem, tu albo rodzisz się przystosowany do tego niebezpiecznego świata, albo giniesz przed pierwszą kołysanką — spróbowałem przemówić jej do rozsądku, nie będąc pewien, czy ona w ogóle ma zdrowy rozsądek. — Proszę, wypuść mnie. Wolę już walczyć z potworami, niż być więźniem. 
— Myślisz, że byłbyś więźniem? — wysyczała Lamia. 
Odsunąłem głowę i zmrużyłem oczy, pewien, że teraz to już na bank zaprzepaściłem wszelkie nadzieje na ucieczkę, ale ku memu zdziwieniu, cios nie nadchodził. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że Lamia zdaje się nad czymś zastanawiać. 
— Uważasz się za dorosłego, co, Andrew? — powiedziała pogardliwie, wstając i ponownie mnie podnosząc. 
— Niezupełnie — zaprzeczyłem ostrożnie. — Ale przynajmniej nie bezbronnego — skrzywiłem się. Ale niekoniecznie w tej chwili. 
Lamia zdawała się nie słyszeć tych słów. Zaniosła mnie na zapleczę, gdzie stała niewielka, błękitna sofa. Położyła mnie na niej, po czym usiadła na krześle znajdującym się na przeciwległym krańcu pokoju od sofy. Znajdowała się teraz w cieniu, więc ledwie ją widziałem. 
— Mały Andrew sądzi, że jest już duzim chłopciem — wciąż nie rezygnowała ze swego pogardliwego tonu. — W porządku, młody — wreszcie zaczęła mówić normalnie. — Pozwolę ci się wykazać. Zrób dla mnie niewielką przysługę, a obiecuję, że cię wypuszczę. 
— Jaką przysługę? — spytałem, odzyskując nieco wigoru. 
— Za chwilę — Lamia uniosła rękę. — Najpierw powiedz, czy się zgadzasz. 
Skrzywiłem się. Nierozsądne jest wchodzenie w układy z potworami, nie będąc świadomym warunków umowy. Ale byłem w bardzo słabej pozycji i Lamia o tym wiedziała. W zasadzie nie miałem nic do stracenia, a umowa z Lamią była moją jedyną nadzieją na ratunek. Musiałem to zrobić, jeśli chciałem odzyskać wolność. 
Zacisnąłem wargi i skinąłem głową. 
— Zgadzam się — powiedziałem. 
Lamia uśmiechnęła się krwiożerczo, a ja natychmiast pożałowałem swej decyzji. Odwróciła się ode mnie i stanęła w drzwiach. 
— Zaczekaj tu chwilę — powiedziała, po czym wyszła. 
Na końcu języka miałem już kąśliwą uwagę, ale się powstrzymałem. Głupotą byłoby teraz ją prowokować. 
Po chwili wróciła ze strzykawką, w której bulgotał zielony płyn. Wzdrygnąłem się. Wiedziałem, że ta strzykawka nie wróży nic dobrego. 
— Co to? — Spytałem z niepokojem w głosie. 
Lamia nie odpowiedziała od razu. Podeszła do mnie, schyliła się, uniosła mi rękaw i wbiła mi w ramię strzykawkę, wstrzykując całą zawartość. 
Zacisnąłem zęby. Co prawda, dawałem już radę gorszemu bólowi, ale tym razem byłem osłabiony, a zielony płyn zdawał się wrzeć w moich żyłach. 
— Trucizna — dopiero teraz Lamia raczyła odpowiedzieć na moje pytanie. 
Spojrzałem na nią z nienawiścią w oczach, nie wierząc, że wstrzyknęła mi truciznę. Myślałem, że dobiliśmy targu. 
Lamia zauważyła najwyraźniej moją dezorientację, bo zaśmiała się i poklepała mnie po głowie. 
— Wiem, że teraz boli, ale bez obaw. Ból powinien minąć w ciągu dwóch godzin — skrzywiłem się na myśl, że będę musiał to wytrzymywać jeszcze przez dwie godziny. — Nie łudź się jednak, że po dwóch godzinach pozbędziesz się trucizny. Nie, jedyne co się zmieni to to, że twoje ciało zacznie się do niej przyzwyczajać. Jeśli w ciągu trzech dni nie dostaniesz antidotum, uzależnisz się od niej. Będziesz zmuszony ją regularnie przyjmować, gdyż inaczej pozbawi cię ona życia. — Uśmiechnęła się okrutnie. — A jedyną osobą, która ma zarówno antidotum, jak i truciznę, jestem ja. Dlatego czy wykonasz swe zadanie, czy też nie, będziesz musiał do mnie wrócić. 
— Dotrzymasz umowy? — Spojrzałem jej z nieufnością w oczy. Potworzyca położyła rękę na piersi. 
— Jeśli wykonasz misję, dam ci antidotum i pozwolę ci odejść. 
— W porządku — skinąłem głową, usiłując przynajmniej udawać, że nad czymś tu panuję. — To czego ode mnie chcesz? 
Lamia wyszczerzyła zęby i sięgnęła do kieszeni swych spodni. Po chwili wyciągnęła z niej zdjęcie dziewczynki. Zdawała się być może o dwa lata młodsza niż ja. 
 A zdjęcie dziecka w kieszeni zabójczyni dzieci to zawsze zły znak. 
— Nie — wyszeptałam przerażony tym, w co się wplątałem. 
— To Anne — powiedziała Lamia. — Urocza, miła, wesoła dziewczynka. Niezwykle mądra, niezwykle utalentowana. Sama w sobie jest bardzo niezwykła. — Spojrzała mi w oczy. — Przyprowadź ją do mnie — powiedziała, po czym oblizała usta, jakby smakując słowa, które miały zaraz z nich wyjść. — Mój sługo. 
 
◇──◆──◇──◆
[1091 słów: Andrew otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
 

sobota, 17 czerwca 2023

Od Andrew — „Just a dream”

Poprzednie opowiadanie

Wciąż ledwie trzymając się na nogach i podtrzymując niewielkim stolikiem wpatrywałem się w potworzycę, która miała być moją siostrą. No tak, Chejron opowiadał mi kiedyś o niej. Podobnie jak ja, była ona córką Hekate, ale gdy Hera zabiła jej potomstwo oszalała z rozpaczy i zaczęła zabijać każde napotkane przez siebie dziecko.
A ja wciąż jestem, jakby na to nie patrzyć, niepełnoletni. Co ona zamierza ze mną zrobić? Widząc, że moja oprawczyni jest już coraz bliżej, zrozumiałem, że w swym obecnym stanie nie mam innego wyjścia jak grać na czas.
— Cha cha — zaśmiałem się sztucznie, choć w gruncie rzeczy wcale nie było mi do śmiechu. — Naprawdę, niesamowicie mnie podeszłaś — nie wiem, co mógłbym zdziałać pochlebstwem, ale nie miałem nic do stracenia. Poza życiem. — Prawie ci uwierzyłem, że całe moje życie herosa było kłamstwem — ponownie się zaśmiałem. — Jedynym, co cię zdradziło, to oczy — spróbowałem odsunąć się od stołu i stanąć o własnych siłach, by upewnić się, czy wracam już powoli do kondycji sprzed spotkania z Lamią. Nic z tego, wciąż były odrętwiałe i gdybym nie złapał się znów stołu, niewątpliwie wykonałbym szpagat. — Żadna śmiertelniczka nie mogłaby mieć takich pięknych oczu — byłem zdesperowany.
Lamia uśmiechnęła się lekko, pozwalając mi, bym ujrzał jej wątpliwej urody uzębienie. Zdrętwiałem. Jestem pewien, że Lamia jest morderczynią, ale czy jest ona również kanibalem? I czy możemy tu w ogóle mówić o kanibalizmie, gdy ofiarą jest normalny półbóg, a kanibalem coś, co ma pazury wielkości krokodylej paszczy?
Tak, zdaję sobie sprawę, że jesteśmy spokrewnieni, ale jestem niemal pewien, że Lamia miała wśród swych przodków krokodyle. Choć może niekoniecznie od strony matki, stawiałbym bardziej, że od strony ojca.
Choć nie pamiętam, kto był ojcem Lamii. Czy Hekate byłaby w stanie mieć romans z krokodylem?
Ojć, rozkojarzyłem się, a to monstrum jest już o włos ode mnie.
— Pochlebstwa ci nie pomogą, herosie — powiedziała Lamia. — Ale nie bój się, młody Andrew. Nie mam zamiaru cię zabijać.
W zasadzie mogła mnie zabić już wcześniej, gdy leżałem otumaniony przy barze. Ale jeśli nie chciała mnie zabić…
— …to co zamierzasz ze mną zrobić? — dokończyłem swą myśl na głos, a gdy to zrobiłem, mój wzrok padł na trzymany przez nią spodeczek z tabletkami. — I co to za tabletki?
Lamia wbiła we mnie spojrzenie, po czym, ku mojej uldze zaprzestała marszu w moim kierunku i usiadła przy stoliku stojącym tuż przy tym, o który ja się podpierałem.
— Te tabletki w niczym ci nie zaszkodzą — zapewniła mnie. — Uśpią cię jedynie i uspokoją dostatecznie, bym mogła przenieść cię w bezpieczniejsze miejsce.
— Bezpieczniejsze miejsce? — Zdziwiłem się. — Więc to jest niebezpieczne? Nie widzę tu żadnych niebezpieczeństw poza… — ugryzłem się w język, nim powiedziałem: „poza tobą”.
— Zgadza się — Lamia skinęła głowę. — Gdy otumaniłam cię poprzednim razem, próbowałam przenieść cię do swojej kryjówki, ale niestety, nie miałam wtedy przy sobie za wiele tego specyfiku, którym cię uśpiłam, więc jego wpływ na ciebie miał być krótkotrwały.
— Ile jeszcze potrwa, nim odzyskam całkowitą kontrolę nad swoim ciałem? — Rzuciłem, udając, że słabo mnie to interesuje.
— Jakąś godzinę — powiedziała, a ja całkiem już straciłem nadzieję. Nie uda mi się jej odpierać przez godzinę. — Ale wracając do tematu, sprowadziłam cię do pierwszej lepszej knajpy, jaka wpadła mi w oko. Oczywiście, musiałam pozbyć się niewygodnych świadków, by zdobyć… pewną kontrolę nad tym przybytkiem — obejrzała się na schowek, a ja odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że schowała tam ciała prawomocnych właścicieli tego budynku. — Na szczęście, specyfik, którego używam do usypiania swych ofiar, nie jest zbyt trudny do wytworzenia. Wszystkie składniki znalazłam na miejscu. W lodówkach i we wnętrzach ludzi, którzy tu przed nami przebywali.
Z trudem wstrzymałem wymioty, słysząc o tym, że dla stworzenia tych tabletek Lamia musiała pobrać coś z wnętrza tych ludzi.
— A teraz mogę przenieść cię w bardziej zaufane sobie miejsce, o którym nie wie żaden potwór, ani heros. Dzięki temu będę miała pewność, że nikt nie spróbuje cię zabić, ani uprowadzić.
No dobra, więc wiem już, że Lamia chce mnie gdzieś zabrać. Ale wciąż nie znałem odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Dlaczego próbuje mnie porwać. Zadałem je więc na głos.
— Czy to nie oczywiste? — Lamia rozszerzyła źrenice, zdając się być serio zdziwiona. — Słuchaj, Andrew. Jesteś synem najpotężniejszej z bogiń i masz niesamowity potencjał. Niemniej marnujesz go teraz, bawiąc się z innymi półbogami w przedszkole. Chcę ci pomóc wydobyć z siebie ten potencjał — ujrzałem w jej oku niepokojący błysk. — Może i jesteśmy rodzeństwem, ale ty nie masz żadnego odpowiedzialnego dorosłego, który by się tobą zajął. I nie przypominaj mi o tym centaurze, szczujących swoich niewolników na wątpliwe moralnie misje, by walczyły za niego z potworami, jak łowne psy. Nie, on  nie jest odpowiednim opiekunem.
Zamrugałem ze zdziwienia, wciąż nie do końca pojmując, co zamierza zrobić ze mną Lamia.
— Czy ty…? — Zawahałem się, nie mogąc w to uwierzyć.
— Zgadza się, Andrew — zapewniła mnie Lamia, po czym odpuszczając już sobie teatrzyki, chwyciła tabletki i jednym skokiem znalazła się tuż przy mnie. — Zamierzam cię adoptować.

◇──◆──◇──◆
[802 słowa: Andrew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

piątek, 14 kwietnia 2023

Od Andrew — „Just a dream”

Obudziłem się w zaciemnionej kawiarni, siedząc przy barze. Czułem się źle, nawet bardzo źle, jak podczas choroby. Bolał mnie brzuch, głowa, ledwie widziałem na oczy i czułem, że gdybym zszedł z krzesła, nie zdołałbym ustać na nogach. Za ladą przede mną stała pulchna, miło wyglądająca staruszka. Uśmiechnęła się do mnie, widząc, że się obudziłem.
— Witaj z powrotem wśród żywych, Aiden — przywitała mnie.
Zdrętwiałem. Dlaczego ona nazwała mnie imieniem mego zmarłego brata? Przecież nie jesteśmy do siebie aż tak podobni.
— Przepraszam — powiedziałem ostrożnie. — Nazywam się Andrew. Aiden to jest… — poczułem gulę w gardlę. — To był mój brat.
— Nonsens — staruszka pokręciła z przekonaniem głową. — Znam cię przecież od lat, Aidenie. Nie pamiętasz — zaśmiała się, trochę zbyt złowieszczo, jak na mój gust. — Wczoraj musiałeś mieć niezłą imprezę z rodziną Dionizych. Więc słuchaj. Jesteś jedynakiem. Twoi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, osierocając cię. Dorastałeś na ulicy. Odnalazłam cię jakieś… — zawahała się, jakby liczyła. — Trzy lata temu. Pozwoliłam ci mieszkać u siebie w kawiarni, pod warunkiem, że będziesz przy niej pomagał. Wiesz, sprzątał ze stołów, przynosił gościom napoje, wiesz, takie tam.
— Takie tam… — powtórzyłem za nią. Tak, z czasem, gdy ona to opowiadała, nabierałem pewności, że jest to prawda. Miałem wrażenie, że tak właśnie wyglądało moje życie. Rzeczywiście nazywam się Aiden Allius. Rzeczywiście jestem jedynakiem. Zgadza się, że moi rodzice zginęli w wypadku, a ja żyłem na ulicy, dopóki nie odnalazła mnie ta staruszka.
Gdy spałem, miałem naprawdę pokręcony sen. O bogach, herosach, centaurach, potworach. Sam byłem w tym śnie synem bogini Hekate o imieniu Andrew i miałem brata, który nazywał się dokładnie tak samo, jak ja nazywam się naprawdę.
Tylko że w tym śnie Aiden zginął.
Ale, z jakiegoś powodu, nie spodobało mi się odkrycie, że mój brat nie tyle zginął, co nigdy nie istniał. Czy to egoistyczne, że wolałbym już skonfrontować się z jego śmiercią, niż nieistnieniem? Czy to może dlatego, że z tym pierwszym zaczynałem się już powoli godzić? Nie, nie godzić. Nie mógłbym się z tym nigdy pogodzić. Bardziej, akceptować.
I dlatego ten świat z mojego snu wydaje mi się nie mniej realny od tego, o którym opowiadała mi ta staruszka. Jakby, oba te światy były równie prawdziwe.
Spróbowałem minimalnie spowolnić czas, by sprawdzić, czy wciąż mam swoje moce. Nic się nie wydarzyło.
Cóż, to oczywiste. Co się niby miało wydarzyć? Magia przecież nie istnieje, podobnie jak Hekate. Moja matka była śmiertelniczką.
Spojrzałem na staruszkę i dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nie pamiętam nawet, jak ma na imię. Roześmiałem się, skrępowany własnym roztargnieniem. Uratowała mnie z ulicy, a ja już zapomniałem, jak się nazywa.
— Przepraszam, to dość głupie pytanie, ale jak się nazywasz? — spytałem ostrożnie.
— Lam — przedstawiła się staruszka, po czym przechyliła ze współczuciem głową. — Naprawdę nie wyglądasz najlepiej. Przykro mi, to moja wina. Wiedziałam, że nie przywykłeś do picia takiej ilości alkoholu, co wczoraj. Powinnam była cię upilnować.
To również było dziwne. Z tego, co mówiła Lam, czułem się dziwnie, ponieważ miałem kaca. Ale miałem wrażenie, że zdarzało mi się już kilka razy upić i nie czułem się potem tak źle, jak dzisiaj.
Chyba że to również był wymysł mojego dziwnie realistycznego snu.
— Czuję się po części odpowiedzialna, za twój stan — powiedziała smutno Lam, sięgając pod ladę. — Dam ci coś, co ci pomoże.
Zniknęła pod ladą tylko po to, by po chwili powrócić spod niej ze spodeczkiem, na którym leżały dwie nienaturalnie niebieskie tabletki.
— To lekarstwo na kaca? — spytałem niepewnie, a ona skinęła głową.
Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego, ale jakiś wewnętrzny instynkt mówił mi, aby jej nie ufać. Pewna część mnie wierzyła jej, ale druga… druga się jej bała.
Podniosłem wzrok i pierwszy raz odkąd się obudziłem, spojrzałem jej w oczy.
— Proszę cię, młody. Weź lekarstwo, a natychmiast poczujesz się lepiej — mówiła dalej Lam, ale ja zdrętwiałem, widząc w końcu jej wzrok.
Miała gadzie oczy.
Lam najwyraźniej zauważyła, że jej się przyglądam, bo natychmiast stała się bardziej niespokojna.
— Andrew, natychmiast połknij te tabletki — wywarczała przez zęby.
Wciąż źle się czułem, od swojego przebudzenia, ale wiedziałem już, że nie należy ufać Lam. Kłamała. To, co jak sama twierdziła, przyśniło mi się, wydarzyło się naprawdę.
Zszedłem z krzesła i zgodnie z tym, czego się spodziewałem, przewróciłem się. Podniosłem wzrok, by znów na nią spojrzeć.
— Nie jesteś śmiertelniczką — powiedziałem z pełną powagą.
— Nie, nie jestem — powiedziała, najwyraźniej nie widząc we mnie już żadnego zagrożenia i co za tym idzie, nie widząc już powodu, by ukrywać swoją tożsamość. Wyszła zza lady, a ja ujrzałem ją w pełnej okazałości. Nie tylko z pionowymi źrenicami, ale również z jaszczurzymi szponami na palcach. Byłem pewien, że byłyby w stanie rozerwać mnie na kawałki.
Odsunąłem się od niej na klęczkach do stojącego najdalej od niej stolika, by podpierając się o niego stanąć w pozycji wyprostowanej.
— Jak się nazywasz? — spytałem, starając się brzmieć groźnie, mimo że czułem się jak wystraszony dzieciak.
— No co ty, braciszku? Nie rozpoznajesz siostry? — powiedziała drwiąco, robiąc krok w moją stronę i zabierając z lady, tabletki, do których połknięcia próbowała mnie zmusić. — Nazywam się Lamia. Córka Hekate.

◇──◆──◇──◆
[825 słów: Andrew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 25 marca 2023

Od Andrew do Gaspara — „Zguba”

— „Słuchaj chłopcze, mam dla ciebie bojowe zadanie”.
Andrew wciąż słyszał w głowie brzmienie słów wypowiedzianych ledwie przed godziną przez Chejrona i wciąż nie mógł uwierzyć, że centaur nie zdaje sobie sprawy z niesławy, jaką zostało owiane to sformułowanie w świecie śmiertelnych dzieci.
Ogólnie, sprawa prezentuje się następująco. Chejron wezwał go do siebie dzisiejszego ranka z prośbą, by poszedł dziś wesprzeć obozowiczów pracujących na polu truskawek. Co prawda, mogłoby się to wydawać karą dla kogoś, kto z trudem rozróżnia ową truskawkę od, chociażby poziomki, a o roślinach wie tylko tyle, że większość z nich nie rośnie w zimie, ale Chejron określił to jako normalny, obozowy obowiązek.
Chejron próbował się tłumaczyć, że w szeregach domku Dionizosa doszło do rozłamu. Krótko mówiąc, ostatniego wieczora wszystkie dzieci boga wina zorganizowały sobie coś, co określiły jako „Ostateczną Próbę Siły”. Nie obyło się bez ofiar. Na szczęście, wszyscy przeżyli, ale Chejron miał trochę pracy, przy operowaniu rannych. Sprawiło to jednak, że mamy jeszcze mniej ludzi do pracy nad truskawkami.
Cóż, muszę przyznać, że dzieci Aresa zdają się teraz darzyć potomstwo Dionizosa znacznie większym respektem.
Nie zmienia to jednak faktu, że ja wiem swoje. Chejron może się bronić, ale ja wiem swoje. Centaur wyznaczył mnie do tego zadania z premedytacją. Była to jego zemsta za to…
Powiedzmy tylko tyle, że kilka dni temu włamałem się do biblioteki Chejrona i znalazłem książkę o magii. Wiecie, jestem synem Hekate, więc magia to moja broszka. No i w jednej z nich był opisany sposób na wskrzeszenie zmarłych.
Zrozumcie mnie, musiałem spróbować. Zrobiłem wszystko dokładnie tak, jak mówiła książka, ale nic się nie stało, poza tym, że moje nocne krzyki obudziły Chejrona i wywołały jego gniew.
Centaur twierdzi, że już mi wybaczył myszkowanie w jego rzeczach i próbę użycia nieautoryzowanej magii, ale sam nie byłbym tego taki pewien. Wciąż mi się wydaje, że jest między nami zła krew.
W każdym razie ruszyłem na pole truskawek. Oczywiście, gdy już tam dotarłem, polana była oblężona przez pracujących obozowiczów. Było stosunkowo chłodno jak na tę porę roku. Słońce nawet za bardzo nie paliło. Po chwili zdałem sobie sprawę, że moje ukochane okulary przeciwsłoneczne będą mi bardziej przeszkadzać, niż pomagać. Trudniej mi będzie w nich wypatrywać truskawek. Poza tym nie chciałem, by zaczepiły się o jakiś krzaczek, spadły mi z nosa i się potłukły. Z niechętnym westchnieniem wyprostowałem się, zdjąłem okulary, włożyłem je do kieszeni, uniosłem swój koszyk i zabrałem się do pracy.
***
Ku memu zaskoczeniu, nawet przyjemnie mi się pracowało. Była to w zasadzie miła odmiana. Tak się w to wciągnąłem, że nie zauważyłem nawet, gdy pole truskawek opustoszało. Inni obozowicze musieli już skończyć swą pracę i odeszli, by zająć się czymś innym.
Wstałem i otrzepałem się, uznając, że na mnie też nadszedł już czas. Położyłem koszyk na ziemi z zamiarem wyjęcia moich okularów, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że… zniknęły. Moje okulary. Musiały gdzieś wypaść, gdy szukałem truskawek.
Rozglądałem się w panice, zastanawiając się, gdzie mogłem zgubić swój skarb. W tej właśnie chwili podszedł do mnie uśmiechnięty, kasztanowłosy chłopak.


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG
◇──◆──◇──◆
[497 słów: Andrew otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 17 stycznia 2023

Od Andrew — „Senny brat”

Minął tydzień, odkąd Aiden został oficjalnie uznany za zmarłego. Przez cały tydzień nie zmrużyłem oka, zastanawiając się, czy mój braciszek naprawdę nie żyję. Co prawda, przez brak snu, byłem ledwie żywy na treningach, ale czy jest w tym jeszcze jakikolwiek sens? W końcu prędzej czy później, wszyscy skończymy tak samo. Mnie pozostało już tylko czekać na ponowne spotkanie z bratem. W tym świecie… albo w tym drugim.

***

Minęły dwa tygodnie. Chejron w końcu namówił mnie, bym pozwolił dzieciom Hypnosa mnie uśpić. Może i to coś da, w końcu, miałem już do czynienia z ich mocami i wiem, że są one potężne. Co prawda, nie tęsknię za snem, tak, jak tęsknię za bratem, ale… bezsenne noce zaczynają mnie już męczyć. Po śmierci dziadka jedynie chwile tego błogiego zapomnienia, jakie dawały mi sny, było w stanie zachować mnie przy zdrowych zmysłach. Teraz, po śmierci Aidena, nie mogłem pozwolić sobie nawet na taki luksus.

***

Znalazłem się w bardzo jasnym, białym, kwadratowym pomieszczeniu bez drzwi i okien. Wzdrygnąłem się. Nie podobało mi się to miejsce. Czułem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, wydarzy się coś złego.
Zacząłem krzyczeć i uderzać pięściami w białe, niewzruszone ściany. Próbowałem przypomnieć sobie, czy  być może nie odziedziczyłem po mamie jakichś mocy do burzenia ścian. Gdy już skończyły mi się opcje do wyboru, kuliłem się i chlipałem cicho w kącie, jak zagubione dziecko, którym chyba rzeczywiście byłem
I w tej właśnie chwili, coś przykuło moją uwagę. W przeciwległym kącie stał chłopiec. Pod tym kątem, z zapłakanymi oczami ledwie mogłem go rozpoznać, ale pozwoliłem, by przepłynęła przeze mnie delikatna fala nadziei.
Ocierając łzy, wstałem i podszedłem do chłopca. Tak, teraz już widziałem go dokładnie. Rude włosy, dokładnie takie same, jak moje, acz miał ode mnie znacznie bardziej okrągłą twarz, odziedziczoną po naszej matce. Jego błękitne oczy wciąż zachowały w sobie szczyptę wesołości, mimo tak smutnych okoliczności. 
Nie miałem wątpliwości, kim był stojący przede mną chłopiec. Uśmiechnąłem się smutno i położyłem mu rękę na ramieniu.
— Aiden — powiedziałem cicho. — Kochany Aiden.
Próbowałem go uścisnąć, ale brat odsunął się ode mnie. Jego wzrok stał się nagle mroczniejszy, a po kilku chwilach odezwał się głębokim, niepodobnym do własnego głosem.
— Andrew — zaczął. — Musisz mnie pomścić.

***

Po tych słowach się obudziłem. Gdy obejrzałem się po pokoju, zrozumiałem, że dzieci Hypnosa już nie ma. Pewnie same poszły spać, jak to mają w zwyczaju.
Trudno. Nie będę już ich potrzebował.
Mam nową misję do wypełnienia.

◇──◆──◇──◆
[397 słów: Andrew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

piątek, 16 grudnia 2022

Od Andrew — „Retrospekcja”

Czytałem właśnie książkę o mitologii greckiej (zważywszy na okoliczności, w jakich się znalazłem, chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o swym pochodzeniu), gdy usłyszałem odgłosy bólu, dobiegające ze strzelnicy, oraz poczułem zapach spalenizny. To może oznaczać tylko jedno.
Mój brat znów próbuje strzelać z łuku.
Z westchnieniem irytacji odłożyłem książkę na szafkę nocną, po czym wyszedłem na zewnątrz. Zgodnie ze swoimi przypuszczeniami, zastałem Aidena leżącego przed tarczą strzelniczą, ze strzałą wbitą w łokieć.
Nie pierwszy raz mu się już zdarzyło coś takiego i zawsze wracał później do siebie, więc jeśli mam być szczery, byłem w stosunku do niego bardziej rozbawiony, niż współczujący.
Stanąłem przed nim i położyłem rękę na tarczy strzeleckiej.
— Wiesz, że to tu miałeś strzelać, prawda? — Spytałem przyjaźnie.
— Ach, nie ciesz się już tak, z cudzego nieszczęścia, tylko mi pomóż — warknął na mnie Aiden, udręczonym głosem. Uśmiechnąłem się. Za dobrze go znałem, by nie być w stanie rozpoznać, kiedy mój brat naprawdę jest poważnie ranny, a kiedy tylko przesadza.
— Jasne, jasne, młody Apollo — dodałem jeszcze szyderczo, po czym pozwoliłem mu oprzeć się na moim ramieniu. — Zabiorę cię do Chejrona.
Odeszliśmy ledwie kilka kroków, gdy Aiden spojrzał na mnie z wdzięcznością.
— Dzięki za pomoc, bracie — powiedział.
Odwróciłem się do niego, uśmiechając promiennie.
— Nie ma za co. Ale postaraj się nie bawić strzałami przynajmniej przez najbliższy tydzień. Centaurowi może nie starczyć bandaży.
— Może na tym właśnie polega mój nikczemny plan. Najpierw zbiorę cały bandaż w Obozie Herosów, a później to już tylko zdobyć władzę nad światem i czas umierać.
Zaśmialiśmy się wspólnie z tej wizji. Otarłem z oka łzę radości. Jak dobrze jest mieć brata.


***


— No już, chłopcy — mówił chropowaty, głęboki głos, którego właściciel trzymał mnie za ramię. — Spodoba wam się moje stado. Już ja was wychowam, na prawdziwych mężczyzn. Już ja was nauczę, jak przetrwać. — Spojrzał w dół, napotykając moje spojrzenie. — Umiecie już czarować, prawda?
Pokręciłem przecząco głową, cały spięty. Chciałem, by ten mężczyzna nas puścił. Mnie i Aidena. To znaczy, wiedziałem, że jest on naszym ojcem, ale… bałem się go. Nie wyglądał jak ojciec, którego zawsze sobie wyobrażałem. Bardziej jak któryś z tych czarnych charakterów kina akcji, którzy chcą zabić część populacji, a pod koniec filmu giną z ręki głównego bohatera. Czułem, że dużo lepiej było mi u dziadka, niż kiedykolwiek będzie z nim.
Wstrzymałem oddech, by nie zacząć płakać, na myśl o dziadku. W pewnej chwili nasz ojciec zatrzymał się przed jakimiś drzwiami.
— Zaczekajcie tu, pójdę uprzedzić resztę, o waszym przybyciu. To idioci, więc jeśli się ich zawczasu nie poinformuje, będą strzelać do wszystkiego, czego nie znają.
Spojrzałem w kierunku brata z paniką w oczach. Znajdowaliśmy się w szemranej uliczce, wszędzie znajdowało się pełno zbirów ojca. Nie mieliśmy szans uciec.
Aiden skupił nagle na czymś wzrok, po czym poklepał mnie w ramię. Patrzył na wielkie, kartonowe pudło. Dość duże, by zmieściło się w nim dwoje dzieci.
Skinąłem głową, po czym obaj schowaliśmy się w pudle. Obserwowaliśmy, jak ojciec wychodzi ze swojej kryjówki i rozgląda się z niepokojem w oczach.
— Chłopcy? — zawołał, a gdy nie usłyszał odpowiedzi, jego wzrok się zmienił. Stał się nie tyle zaniepokojony, ile wściekły. — A to małe łobuzy. Jak ja was znajdę?! — Odwrócił się ponownie, wysuwając głowę za drzwi kryjówki. — Wyłazić, sfora. Młodzi gdzieś uciekli. Macie je znaleźć, inaczej, cała grupa będzie głodować przez tydzień.
Z budynku wybiegła grupa około siedmiu mężczyzn w grubych, czarnych marynarkach. Ruszyła śladami ojca. Poczułem dreszcze, a patrząc na Aidena, zdałem sobie sprawę z tego, że mój brat również się boi.
— Spokojnie — szepnąłem, przytulając go. — Uciekniemy im.


***


— Andrew, musisz o tym usłyszeć — krzyknął Aiden, biegnąc w moim kierunku. — Dostałem misję!
— To wspaniale! — Ucieszyłem się, ze szczęścia brata. — Na czym polega?
Aiden spuścił ze skruchą wzrok.
— Wiesz, to tajemnica, nie mogę ci powiedzieć — mruknął, a ja poklepałem go po ramieniu.
— Grunt, że idziesz wypełniać misję. Będziesz bohaterem — uśmiechnąłem się.
Ponownie spojrzałem w oczy brata i ujrzałem w nich coś, czego nie chciałem zobaczyć. Wątpliwości. Wzdrygnąłem się.
— Boisz się — zauważyłem.
— Nie, ja… — zaczął Aiden, ale ja mu przerwałem.
— Sam bałbym się przed swoją pierwszą misją. Każdy się boi — spojrzałem mu w oczy. — Prawdziwą odwagą nie jest apatia wobec strachu. Niewiele się to różni od głupoty. Prawdziwą odwagą jest dążenie do celu, mimo strachu.
Aiden uniósł wzrok, uśmiechając się.
— Dzięki Andrew. Już mi lepiej — spojrzał w kierunku naszego domku. — Lepiej zacznę się pakować. Zobaczę, co może być mi potrzebne. Wyruszam już jutro.
Patrzyłem, jak biegnie do domku, czując zarówno dumę, jak i strach, jaki los czeka mojego brata.
— Powodzenia Aiden — powiedziałem, mimo że chłopak już mnie nie słyszał.


◇──◆──◇──◆
[745 słów: Andrew otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 27 listopada 2022

Od Andrew CD Milio — „Miasteczko Halloween”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Przysięgam, niczego w tamtej chwili bardziej nie pragnąłem, jak móc powiedzieć wam (zgadza się, wam drodzy czytelnicy), że pozwolono nam nazajutrz spokojnie wstać, swoim tempem, zorganizować się, umyć, ubrać i zjeść śniadanie. Niestety, nie mogę tego powiedzieć. To znaczy, mogę, ale wtedy musiałbym wam skłamać. A wszystko dzięki wielkiemu bogu wojny — Aresowi.
Bóg wojny wparował nam jak błyskawica do pokoju, wrzeszcząc na alarm, abyśmy się budzili, gdyż wspaniała przygoda czeka, poderwał swego dzika za szczecinę, całkiem zignorował fakt, że związaliśmy jego syna (to znaczy, przepraszam, nie zignorował tego. Ojciec roku spojrzał na niego z pogardą i parsknął), po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Spojrzałem zaspanymi oczami na zegarek, znajdujący się na szafce naprzeciwko. Była dokładnie 3:30. Serio? Kto wstaje o tej godzinie? Czy nasz wojownik na medal nie słyszał nigdy żadnej z tych mrocznych, mrożących krew w żyłach historii, prawiących o tym, co się dzieje z ludźmi budzącymi herosa o tak nieludzkiej porze?
Ha, nawet jeśli o nich słyszał, to najwyraźniej się nimi nie przejmował. Zwłaszcza że nasz cudem zatrudniony przewodnik (który w zasadzie nie jest jeszcze zatrudniony, bo wciąż mu nie zapłaciliśmy, a dług, który u niego mamy możemy zapłacić głowami) do gatunku homo sapiens sapiens się chyba nie zalicza. W zasadzie, nawet gdyby nie był bogiem, jego natura lepiej pasowałaby moim zdaniem do neandertalczyków, ale nie powinienem wybrzydzać. Tym bardziej, że wciąż jestem mu winien wynagrodzenie za jego usługi (tak, cieszę się, że nie umie czytać w myślach, bo za użycie takiego określenia mógłby się odrobinkę obrazić).
W każdym razie żadnemu z nas nie uśmiechało się wyruszanie na akcję o tak nieludzkiej porze, ale jak mus, to mus. Co poradzić? Z niechęcią poszedłem się umyć, a Milio zajął się rozwiązywaniem Rubena.

***

Gdy tylko Ares zobaczył, jak wychodzimy z naszego pokoju, wsiadł na Mpéikona i pognał w sobie tylko znanym kierunku. Nie mogłem uwierzyć, że karze nam biec za dzikiem, ale jeśli chodzi o bogów greckich, nie mam co wierzyć lub nie wierzyć w coś, co próbuje mi przy każdej okazji rozłupać głowę, więc nie mogąc zrobić wiele więcej, rzuciłem się w pościg za bogiem wojny i jego dziką świną.

***

W końcu Ares zatrzymał się w jakiś krzakach. Gdy nam, zwykłym herosom biegnącym za bogiem o własnych siłach udało się go wreszcie dogonić, dyszeliśmy jak parowóz. Bóg wojny obrzucił nas pogardliwym spojrzeniem.
— Heroski się zasapały? — parsknął. — Ha, macie szczęście, że stary Hefi ledwie chodzi, bo w przeciwnym razie krucho widzą waszą ucieczkę przed nim. Chyba że poszczuje was swoimi mecha-psami. Wtedy nie macie szans.
Łapałem oddech i ledwie mogłem się odezwać, więc tym razem to Milio przyjął inicjatywę.
— Powiesz nam, gdzie mamy szukać Hefajstosa? — spytał.
— Masz przecież jego kryjówkę przed oczami, pacanie, więc przestań zadawać głupie pytanie.
Milio przełknął gorzko ślinę, ale nie odpowiedział na zniewagę Aresa. Ja z kolei zauważyłem, że bóg wojny jest bodajże jedyną istotą, która jest w stanie wypowiedzieć słowo „pacan” w sposób spokojny i opanowany, jakby powtarzał to już tyle razy, że zaczęło tracić dla niego ten typowy dla siebie charakter.
Wyjrzałem zza krzaków i ujrzałem… mały, ceglany domek letniskowy. Odwróciłem się i spojrzałem na Aresa z niedowierzaniem.
— Hefajstos i Afrodyta mieszkają w domku letniskowym? — spytałem zaskoczony.
— Każdy potrzebuje czasem przerwy od śmiertelników, idioto, nawet bogowie — Ares wzruszył obojętnie ramionami. — A Hefajstos ma wyjątkowo słaby gust — spojrzał nagle w dal, a oczy mu rozbłysły. — Ja to preferuję mimo wszystko takie miejsca, w których coś się dzieje. Pomagają odwrócić uwagę od błahych, prywatnych spraw. Byliście kiedyś w Amazonce? Ubiłem tam aligatora. Kilka razy.
Przewróciłem oczami, zastanawiając się, którego boga boję się bardziej: Hefajstosa z jego macha-psami, czy Aresa z… Aresem.


Milio?
◇──◆──◇──◆
[600 słów: Andrew otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 6 listopada 2022

Od Andrew CD Milio — „Miasteczko Halloween”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Uśmiechnąłem się cynicznie, słysząc ostatnie słowa boga wojny. Pomoże nam, ale nie za darmo. Kto by się spodziewał.
Każdy. Na tym podłym świecie nikt nie jest bezinteresowny i nic nie jest za darmo.
Zwłaszcza po jego śmierci.
— W porządku, Ares — rozsiadłem się wygodniej na krześle, udając pewniejszego, niż byłem naprawdę. — Czego od nas chcesz? Bo wiesz, my jesteśmy tylko małymi heroskami, nie możemy dać ci wszystkiego — uśmiechnąłem się.
— Dla ciebie panie Aresie — warknął bóg, odbierając mi resztki wiary w siebie i zastępując ją wiarą, że mój rozmówca mógłby mnie w jednej sekundzie rozerwać na strzępy, gdyby chciał. Zatrząsłem się. Ares widząc to, uśmiechnął się bezczelnie. — Ale masz rację. Jesteście słabi. Więc nie wymagam od wam wiele więcej niż od byle śmiertelnika.
Skrzywiłem się, słysząc, jak Ares porównuje nas do zwykłych śmiertelników, ale strach nie pozwalał mi się bronić. Po poprzednim pokazie brawury całkiem odebrało mi mowę, więc inicjatywę przejął Milio.
— To znaczy? — spytał syn Dionizosa. — Czego od nas chcesz?
Bóg wojny odchylił się na krześle, kładąc nogi na stole. Jakoś straciłem ochotę na swoje Piccolo.
— Znacie taką jedną, Afrodytę? — spytał niby od niechcenia. — Jasne, że musicie ją znać. To w końcu bogini miłości — i kochanka Aresa, z tego, co słyszałem. — Wspaniała dama, ale ma wnerwiającego męża. Jak mu tam, Hefi?
— Hefajstos – powiedziałem ostrożnie, mając nadzieję, że Ares uzna to za pomoc w przypomnieniu sobie imienia rywala, a nie próbę zdominowania boga swoją wiedzą.
Natychmiast tego pożałowałem, gdy Ares spiorunował mnie płomiennym wzrokiem. Nic nie powiedział, ale ja znów się spiąłem.
— W każdym razie — Ares machnął na mnie ostentacyjnie ręką. — Hefi nie pozwala Afrodycie się bawić, a ja chciałbym jej dać trochę rozrywki. Słyszałem od Afrodyci… — speszył się nagle, zdając sobie sprawę, jak nazwał przy nas boginię miłości. Odchrząknął zmieszany — że stary kowal chce jej jutro pokazać jakieś swoje wypociny. Nuda jak zawsze. Dlatego chcę pomóc przyjaciółce, rozumiecie? Więc plan jest taki. Ja was przeniosę do Hefiego o Afrodyty, a wy odwrócicie uwagę tego pierwszego, bym sam mógł wykraść tą drugą. Zgoda?
Potrząsnąłem głową, pewny, że się przesłyszałem. Mamy zaczepiać boga ognia, by bóg wojny mógł się spotkać z kochanką?
— Nie? — Ares chyba opacznie zrozumiał moje kręcenie głową, oznaczające niedowierzanie, a nie zaprzeczenia. — Cóż — powiedział z nową, niepokojącą nutą w głosie i stał się jakby większy. Wstał. — Wygląda na to, że będę musiał was ukarać za pyskowanie potężniejszym od was.
Zamarłem. Nie mogłem nic zrobić. W głowie miałem tylko jedną myśl.
No to po nas.
Może przynajmniej znów zobaczę brata.
— Nie — usłyszałem krzyk Rubena. — Tato, on nie chciał. Zaskoczył go tylko twój majestat, nic więcej — posłał mi błagalne spojrzenie. — My… zrobimy to.
Ares posłał jeszcze jedno pytające spojrzenie do Milio.
— Zgadzasz się z mym synem?


Milio?
◇──◆──◇──◆
[444 słowa: Andrew otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 16 października 2022

Od Andrew CD Milio — „Miasteczko Halloween”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zważywszy na to, że w oddali już dało się zauważyć szyld niesławnej knajpy „Pod dzikiem”, nie odwiązywaliśmy nawet naszych wierzchowców, tylko od razu ruszyliśmy z buta.
Będąc szczerym, miejsce było dość… mi się niezbyt podobało. Było tu ciemno, czarno, a na ścianach wisiały głowy zwierząt. Co mnie zaskoczyło, wiele z owych zwierząt było pochodzenia mitologicznego. To znaczy, były tu hydry i piekielne ogary. Szczerze wątpię, aby śmiertelnicy zwrócili na to uwagę. Wyczuwałem w tym miejscu tyle Mgły, że aż bolała mnie głowa.
Nie zmienia to faktu, że prosty wniosek nasuwa się sam. Właściciel tej knajpy nie może być śmiertelnikiem.
— Coś mi tu śmierdzi — uznał Milio.
Skinąłem głową, zgadzając się z nim. Coś w tym miejscu było mocno nie tak. To znaczy, nie powiem, nie mogę zabronić żadnemu satyrowi prowadzenia własnego biznesu, ale… Tu przecież wisi hydra, na Zeusa! Wątpię, żeby jakikolwiek satyr zdołał w pojedynkę ją powalić.
— Miej się na baczności — ostrzegałem Milio. — Nie wiemy, czego możemy się tu spodziewać. Równie dobrze to tu może mieć leże nasz wróg.
Milio skinięciem głowy przyznał mi rację.
— Herosi — usłyszałem za sobą pogardliwe parsknięcie, które sprawiło, że niemalże podskoczyłem.
Nazwijcie mnie tchórzem, ale ledwie przed chwilą byłem pewien, że w knajpie nie ma żadnych gości.
Odwróciłem się ostrożnie i stanąłem oko w oko z nieznajomym sobie mężczyzną.
Niemniej, miałem łudzące wręcz wrażenie, że powinienem go skądś znać.
Wrażenie owe natychmiast zyskało głębszego znaczenia, gdy tylko zobaczyłem, jak Ruben robi krok w kierunku Aresa, po czym pada na kolana i spuszcza głowę.
I już było jasne, kim jest ten tajemniczy nieznajomy.
— Cześć ci — powiedział niepewnym głosem Ruben. — ojcze.
Ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości, kim jest nasz jegomość? Cóż, odpowiedź jest już chyba prosta. Mamy przed sobą ojca Rubena i samego pana wojny.
Aresa.
Bóg spojrzał z góry na swojego syna, uśmiechając się. Natychmiast zinterpretowałem to jako uśmiech zwycięstwa. Poczułem silny niesmak. On nie tylko zdaje sobie sprawę ze swojej władzy nad własnym synem. On się nią chełpi.
Uśmiech Aresa natychmiast zgasł, gdy przeniósł wzrok na nas.
— A wy? — spytał. — Nie weźmiecie przykłady z mądrzejszego kolegi?
Nie chciałem mu się podporządkować. Czułem, że nogi mi drżą na samą myśl o klęczeniu. Nie mogłem pokazać mu swej słabości.
Niemniej, Ares jest bogiem. A my właśnie idziemy do bitwy z samym panem podziemi. Niemądrze byłoby robić sobie z kolejnego bóstwa wroga. A jeśli dobrze to rozegramy, Ares może nawet stanąć po naszej stronie.
Niechętnie klęknąłem.


Milio?
◇──◆──◇──◆
[398 słów: Andrew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

środa, 21 września 2022

Od Andrew CD Kanmi — „Późnonoc”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zawahałem się chwilę, słysząc, że teraz ona chce, abym opowiedział jej o własnych problemach. Westchnąłem ciężko w głowie. Zdawała się mieć już dość własnych problemów i nie czułbym się w porządku, zmuszając ją, by przejęła na kark również moje.
— To już nieistotne. Chyba… przywykłem do ciągłego rozdrapywania starych ran. Nikt nie mógłby już nic na to poradzić, więc… — nie dokończyłem, bo Kanmi mi przerwała.
— Och nie, nie wymigasz się tak łatwo, synu Hekate — wyraźnie zmusiła się do uśmiechu. — Ja powiedziałam ci, co mnie gryzie. Teraz twoja kolej.
Spuściłem wzrok. Co niby miałbym jej powiedzieć? Że straciłem brata na jednej z tych kretyńskich misji Chejrona i wciąż nie potrafię sobie z tym poradzić? Że moje własne pochodzenie odebrało mi najcenniejszą rzecz, jaką miałem w życiu? Że niczego nie pragnąłbym bardziej, niż tego, aby mój drogi braciszek był tu teraz ze mną? Czy może, że… Że to ja powinienem być wtedy tam, na jego miejscu? Że lepiej, abym to ja zginął, niż on? Że byłby dużo lepszym herosem ode mnie, gdyby tylko dano mu na to szansę?
Potrząsnąłem głową, w ułamku sekundy powstrzymując łzy, nim Kanmi je zauważyła. To była jedna z moich pierwszych lekcji po śmierci brata. Jak to zrobić, by nie pokazywać każdemu napotkanemu człowiekowi swojego żalu i rozgoryczenia.
Niemniej, wiedziałem, że córka Asklepiosa mi nie odpuści. W zasadzie miała rację. Tak będzie sprawiedliwie. W końcu sama powiedziała mi, co jej leży na sercu. Znając te wszystkie ludzkie konwenanse, powinienem odpowiedzieć jej tym samym.
Muszę tylko zrobić to najspokojniej, jak tylko się da.
— Kiedyś miałem dom, rodzinę, przyjaciół — starałem się uogólniać, aby Kanmi nie domyśliła się, że chodzi mi zwłaszcza o jednego członka rodziny i przyjaciela zarazem. — Później, moje życie natychmiastowo odwróciło się o 180 stopni i bez mojej zgody wrzuciło do świata pełnego… bogów, potworów, bitew i śmierci. Nie zrozum mnie źle. Sam fakt bycia herosem mi nie przeszkadza, ale… nie podoba mi się kruchość naszego życia — znów się zawahałem, zdając sobie sprawę z tego, jak mrocznie mogło to zabrzmieć. Mój wzrok odruchowo spoczął na moim xiphos. — Możemy jedynie ćwiczyć, by jak najdłużej zachować się przy życiu — spojrzałem jej w oczy, starając się zabrzmieć tym razem nieco mniej przerażająco. — Może mały sparing?


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG (BRAK AKTYWNOŚCI)
◇──◆──◇──◆
[363 słowa: Andrew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

poniedziałek, 18 lipca 2022

Od Andrew CD Milio — „Miasteczko Halloween”

Poprzednie opowiadanie

Dolatywaliśmy właśnie do lasu, w którym spodziewaliśmy się znaleźć „Pod dzikiem”, a nasz syn Aresa zaczął się budzić. Ziewnął, podniósł głowę, a gdy zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje, jego oczy stały się większe niż kamień Syzyfa. Złapał się mocniej szyi swojego rumaka.
— Co na…?! — zawahał się, nie wiedząc nawet, jak dokończyć. — To… porwanie!
— Złota gwiazdka dla Rubena — parsknął Milio, trochę mało empatycznie. Niemniej, doskonale rozumiałem niechęć chłopaka do syna Aresa. To w końcu on mógł być odpowiedzialny za śmierć naszych bliskich. A nawet, jeśli nie był za to odpowiedzialny, to nie wykorzystał swojej poprzedniej okazji do uratowania ich.
— Dokąd mnie bierzecie? — Spytał.
— Na razie na obiad — nie mogłem się powstrzymać, by nie uśmiechnąć się drwiąco. — Ponoć „Pod dzikiem” mają nieziemskie ceny. Słyszałeś o tym?
— O, nie, nie, nie — zaciął się syn Aresa.
— Nie słyszałeś o tym, czy nie zgadzasz się z tą opinią? — spytałem niewinnie, a Milio parsknął śmiechem.
— Nie możecie tam iść, on może tam być — syknął Ruben z paniką w oczach.
Teraz, to już się zaniepokoiłem. Już miałem go zapytać, kogo ma na myśli, kiedy nasze pegazy właśnie wylądowały. Dobrze osłonięta drzewami polana zdawała się idealnym miejscem, by rozbić tu obóz na noc. Przywiązałem swojego Skoczka do najbliższego drzewa, pomogłem Milio wyplątać syna Aresa z oplatających go lin, po czym spojrzałem pytająco na Rubena.
— Rozwiniesz temat? Kogo możemy się tam spodziewać?
Ruben spuścił wzrok i usiadł na trawie. Zdaje się, że nie miał najmniejszej ochoty odpowiadać, więc Milio zrobił groźny krok w jego stronę.
— Proszę, przyjacielu — słowo „przyjaciel”, wysyczał znacząco przez zęby. — Odpowiedz panu.
— Cóż… — zawahał się Ruben. — W zasadzie, w tej konkretnej knajpie bardzo lubią przesiadywać różnego rodzaju bóstwa. Atena, Apollo… A nawet i mój ojciec. Wolałbym go nie spotkać. Wiecie, jak to jest z naszymi boskimi rodzicami. Nie jest łatwo.
Ja i Milio westchnęliśmy głośno, dokładnie w tym samym czasie. Tak, dokładnie rozumieliśmy, o czym mówi Ruben. Sam również wolałbym nie spotkać tutaj matki. Pewnie próbowałaby mnie od tego odwieźć wzruszającą gadką o przeznaczeniu, godzeniu się z losem i odrzuceniu zemsty. Jak ja tego nie cierpiałem. Nie, nie chciałem pogodzić się ze śmiercią brata. Nie chciałem, żeby to stało się dla mnie normalne. Chciałem, aby tego, kto go zabił, spotkała zasłużona, krwawa kara.
Z drugiej strony, miałem dziwne przeczucie, że Ruben może coś ukrywać. Jego strach zdawał się o wiele zbyt silny jak na zwykłą niechęć spotkania z ojcem. Choć, z opowieści, jakie słyszałem w obozie o bogu wojny, on naprawdę może być dość podły, by taki Ruben mógł się go bać.
Chciałem jeszcze o tym porozmawiać, kiedy usłyszałem cichy szmer wśród krzewów. Ostrożnie położyłem rękę na xiphos, by przygotować się do potencjalnej walki.
Milio i Ruben też podnieśli niepewnie głowy i dokładnie wtedy, na syna Dionizosa skoczył oczekiwany napastnik.
Podniosłem swój oręż i ruszyłem, by pomóc Milio w walce, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że napastniczką jest erynia.
Erynia? Zastanowiłem się w biegu. Co tu robi erynia? Czyżby próbowała nas powstrzymać przed rozwiązaniem zagadki śmierci naszych najbliższych?
Jedynym bogiem, którego kojarzę z eryniami, jest Hades. Czyżby sam pan podziemi był w to zamieszany?
Moje rozważania przerwał krzyk Milio, opędzającego się od napastniczki i głośny skrzek erynii.
— Heroski idą do dzika? Heroski szukają bóstwa? O nie, heroski. Odejdźcie stąd! Nie zranicie go!
— A sio! — warknął Milio, machając mieczem, dopóki nie stanąłem między nimi.
— Czekaj! — zawołałem, po czym odwróciłem się do eryni. — O jakim bóstwie mówisz?
Milio?
◇──◆──◇──◆
561 słów: Andrew otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Od Andrew CD Milio — „Miasteczko Halloween”

Poprzednie opowiadanie

Gdy tylko usłyszałem za sobą kroki, rozluźniłem się, starając się wyglądać mniej groźnie, w głowie powtarzając wszystkie taktyki walki, jakie kiedykolwiek przerabiałem. Może to zbędna ostrożność, ale jesteśmy w końcu herosami, prawda? Praktycznie nie ma na tym świecie miejsc, w których moglibyśmy czuć się całkowicie bezpieczni. Dosłownie giniemy jeden po drugim.
Tak jak to było w przypadku Aidena.
— Aiden? — Usłyszałem za sobą głos, wołający mojego zmarłego brata. Zdrętwiałem, po czym bardzo powoli, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, odwróciłem się.
— Bogowie, sorry… Andrew.
Spojrzałem na chłopca, próbując przypomnieć sobie, skąd go znam. Ciemne włosy, gruba kurtka, mimo że mamy przecież lato… starszy ode mnie o jakiś rok, może dwa lata.
Pociągnąłem nosem i odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z synem Dionizosa. Nie twierdzę, że był pijany. Ale jego dzieci zawsze otacza swoista atmosfera charakterystyczna dla ludzi, którzy lubią się zabawić.
Po chwili wiedziałem już, z kim mam do czynienia. No jasne. Kto inny kręciłby się tu teraz, w okolicy cmentarza, poza mną.
— Cześć Milio — przywitałem się. Widziałem wcześniej, jak chłopak idzie do Wielkiego Domu. Nie wydaje mi się, aby dzisiaj znów coś przeskrobał (choć mogę się mylić, bo wzorowym obozowiczem to on nie jest), więc miałem dziwne uczucie, że wiem, o co pytał Chejrona.
— Powiedział ci? — Spytałem go, starając się mu nie pokazywać, jak bardzo mi na tym zależy.
Milio usiadł obok mnie, wpatrując się błędnym wzrokiem w nagrobek swojej kuzynki. Spoczywała ona tuż obok mojego brata.
Minęła jakaś minuta, nim syn Dionizosa odpowiedział na moje pytanie, ale ja i tak znałem już odpowiedź.
— Ten głupi centaur nawet nie stara się dociec prawdy — wysyczał przez zęby.
Wahałem się przez chwilę, po czym ze smutkiem skinąłem głową. Lubiłem Chejrona. Nie wiem, czy lubię go obecnie, ale gdy po raz pierwszy znaleźliśmy się w obozie, był dla nas taki ciepły i empatyczny. Dla mnie i Aidena. Zdawał się doskonale rozumieć, jak trudna jest to dla nas sytuacja i stawał na głowie, aby nas wesprzeć. A wierzcie mi, to wcale nie jest łatwe dla centaura.
Tak, ledwie rok temu, gdybym usłyszał taki brak szacunku wobec Chejrona z ust któregokolwiek z obozowiczów, wściekłbym się i zaczął go bronić. Jednak, jeśli mam być szczery, nie jestem pewien, czy wciąż mu ufam.
Nie spodobała mi się jego reakcja na śmierć Aidena. Centaur jakby zupełnie się nie przejął. Cóż, dla niego to pewnie nic nowego. Misje są niebezpieczne i z co drugiej nie wraca któryś z obozowiczów, więc po co w ogóle zawracać sobie głowę liczbą dzieci w obozie. Jeden więcej, czy mniej, jaka to różnica.
KOLOSALNA RÓŻNICA, ZWŁASZCZA JEŚLI CHODZI O MOJEGO AIDENA!
Oczywiście, nie powiem, Chejron zapewnił mojemu bratu stosowny pogrzeb, nagrobek. Ale czy kiedykolwiek zainteresował się, co w ogóle się z nim stało? Nie, oczywiście, że nie. Nie zaprzątnął sobie nawet głowy tym, aby poszukać jego ciała, w miejscu, do którego wysłał go na tę przeklętą misję.
A co jeśli istniał, choć cień szansy, że mój brat żyje? Jeśli żyje, ale został gdzieś uwięziony, i nie może wrócić? Czy ten głupi centaur zdaje sobie sprawę z tego, że mojego brata mogą obecnie dzielić oddechy od śmierci, która dopadnie go, jeśli nie wyśle misji ratunkowej!
Nie, oczywiście, że nie. Sam nie wierzę, żeby mój brat wciąż żył. Niemniej, coraz częściej śni mi się jeden i ten sam sen. Idę przez łąkę. Jest ciepło i słonecznie. Cieszę się pogodą, aż w pewnym momencie podnoszę wzrok i widzę trzy piekielne ogary. Stoją wokół czegoś błękitnego i świecącego.
Podchodzę do nich i zabijam je co do jednego swoim xiphos. Następnie podchodzę do tego świecącego czegoś, zainteresowany, czego chciały od tego ogary. Widzę oślepiające światło. Mrugam kilka razy. Światło nie osłabło, ale ja się do niego przyzwyczaiłem. Widzę teraz, że błękitny blask pokrywa mosiężną klatkę, w której stoi nikt inny, jak Aiden.
Oniemiały ze szczęścia chcę przytulić brata, który jednak wciąż siedzi w klatce. Spuszczam wzrok i zaczynam grzebać w ziemi, pewien, że gdzieś tu musi być klucz do więzienia mojego brata. Aiden płacze i krzyczy, że nie mam czasu, ale ja się nie poddaję. W dalszym ciągu grzebię w ziemi, aż w końcu go znajduję. Mały, złocisty kluczyk, zrobiony z mosiądzu, podobnie, jak owa klatka. Wstaję z zamiarem uwolnienia brata, ale gdy tylko próbuję ponownie odszukać go wzrokiem, zdaję sobie sprawę z tego, że jego już nie ma. Zniknął.
Wciąż jednak słyszę jego głos, brzmiący mi w uszach.
— Proszę, Andrew, pomścij moją śmierć. Zanurz xiphos w gardle mojego zabójcy, a dopiero wtedy, przestaniesz odpowiadać za to, co się ze mną stało.
Zawsze w tym właśnie momencie, budzę się zlany potem. Nie potrafię wyrazić słowami, jak się wtedy czuję, ale serce bije mi jak oszalałe. Raz na kilka nocy odnajduję mojego brata tylko po to, by ponownie go stracić.
Za co mnie tak karzecie, bogowie!
Z zamyślenia wyrwał mnie nagle głos Milio.
— To nieuczciwe, że nikt z tym nic nie robi — wypowiedział na głos to, o czym sam myślałem.
— Masz całkowitą rację — skinąłem głową, szykując się, by powiedzieć coś, czego w życiu bym się po sobie nie spodziewał. Zawsze to ja byłem rozsądniejszy od Aidena. A na pewno jestem rozsądniejszy od Milio. Jednak teraz kiedy nikt nie zamierza zrobić tego, co słuszne… Mogę to zrobić tylko ja. — Słuchaj Milio, idę odszukać ciała Aidena i Lydiji i należycie ukarać ich zabójcę. Nie musisz iść ze mną, nie chcę cię narażać — wolałbym zrobić to sam, niż z towarzyszem. Podejrzewałem, że syn Dionizosa nie zgodzi się zostać cierpliwie w obozie, ale uznałem, że jako kuzyn jednej z ofiar, powinien wiedzieć. — Proszę cię tylko, nie mów Chejronowi.

Milio?
◇──◆──◇──◆
915 słów: Andrew otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia

wtorek, 21 czerwca 2022

Od Andrew CD Kanmi — „Późnonoc”

Poprzednie opowiadanie

Podniosłem głowę, zaskoczony, że ktoś mnie zaczepił. Potrzebowałem kilku sekund, by zdać sobie sprawę z tego, z kim mam do czynienia.
— Cześć — przywitałem się, starając się brzmieć przyjaźnie. — Kanmi, prawda? Nazywam się Andrew — Zaraz po tym, jak się przedstawiłem, spojrzałem w dal, lekko wzdychając. — Masz rację, życie jest pojebane. To znaczy, pewnie nikt nie ma lekko w tych czasach, ani w tym miejscu. Zostaliśmy wybrani, by stać się kimś wielkim, tylko dlatego, że jeden z naszych rodziców jest bogiem, ale… tak, to pojebane. Zwłaszcza że nikt nie pytał nas o zdanie, czy życzymy sobie mieć wielkie przeznaczenie…
Przerwałem, widząc lekką konsternacją w jej oczach. Zaczerwieniłem się z zażenowania. Co ja sobie myślałem? Przyszła do mnie, z nadzieją, że pomogę z jej problemem, a ja… A ja jak zwykle zatonąłem we własnych rozmyślaniach.
Spojrzałem na nią ze skruchą, próbując przypomnieć sobie, o czym mi mówiła. Ach tak, wkurzył ją ktoś, kto kupił zegarek z krokodylami. Po emocjach, które z nią biją, mogę wnioskować, że to ktoś jej bardzo bliski. Ale co ja mogę wiedzieć, o kontaktach międzyludzkich? Dwie najbliższe mi osoby odeszły w ciągu ostatnich kilku lat i teraz nie mam już nikogo, kto lubiłby mnie tak, jak ona lubi tego chłopca.
Skup się, Andrew. Myśl o dziewczynie. Musisz ją jakoś wesprzeć. Zwróciła się do ciebie z prośbą o pomoc. Musisz jej ją udzielić. Tylko co powinieneś jej powiedzieć? Tylko jedna rzecz, przychodziła mi do głowy.
— Tak, faceci to dupki — zgodziłem się z nią. — To chyba normalne, dla naszej płci. To znaczy, twój kolega na pewno jest spoko, o nic go nie obwiniam, ale jeśli zachował się jak idiota… cóż, pewnie sam nie zdaje sobie z tego sprawy.
Kanmi uśmiechnęła się. Usiadła obok mnie i również spojrzała w dal.
— Chyba naprawdę coś do niego czuję — przyznała, po chwili ciszy. — Nie wiem, czy powinnam ci o tym opowiadać. Wiedz po prostu…, że zależy mi na nim.
— Kto to jest? — Spytałem, po czym zdałem sobie sprawę z własnej natrętności. — Wybacz, nie chciałem mieszać się w nie swoje sprawy. Po prostu… Cóż, po prostu chciałbym pomóc ci się z nim dogadać.

Kanmi?
◇──◆──◇──◆
347 słów: Andrew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia

Andrew Alius

We’re all stories, in the end. Just make it a good one, eh?

zdjecieAndrew AliusON/JEGO — 15 LAT — PÓŁBÓG — AMERYKANIN, WŁOCH — 100 PD — 4 PU — 100 PZRassilon#7127

Syn Hekate