niedziela, 17 maja 2026

Od Weroniki do Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Historycy uwielbiają mówić o imperiach, jakby człowiek rodził się dopiero wtedy, gdy nauczył się liczyć podatki. A przecież pierwszą oznaką cywilizacji nie było ani pismo, ani prawo — tylko chwila, w której ktoś uznał, że obcy ból jest ważniejszy od własnego głodu. Reszta to już administracja.
Zabawne zresztą, że ludzie przez tysiące lat patrzyli w niebo, zanim wymyślili dla niego poprawne słowo. Najpierw była trwoga, potem poezja, dopiero na końcu gramatyka. Tak samo z miłością: najpierw gotowość do ruiny, później pieśni o ruinie, a dopiero potem moraliści próbujący wszystko ponumerować.
Ale oczywiście współczesny człowiek wierzy, że istnieje dopiero wtedy, gdy zostawi po sobie cyfrowy ślad. To bardzo wzruszające. Mrówki też zostawiają ścieżki.
Zadowolona z siebie Weronika przechadzała się po obozie, klejąc zdania w mentalnym notatniczku. Na punkt honoru postawiła sobie uporządkowanie, złożenie i uszeregowanie pokoi w pałacu pamięci. Wbrew pozorom było to bardziej męczące niż sprzątanie realnego pokoju w swoim domku. Gdzieś musiała uporządkować filozoficzne myśli, tuż obok najlepszych ironicznych odzywek Anno Domini 2025. Daleko gdzieś w tyle zostawiła pokój, zabarykadowany na kilka spustów, w którym trzymała jakiekolwiek informacje związane z Niketasem. Nie, żeby chciała. O wrogach trzeba wiedzieć wszystko, żeby nie zaskoczyli. A Niketas zaskakiwał ku rozpaczy galaxowłosej grupowej domku.
Tak się kręciła, że nie zauważyła, kiedy prawie wpadła na inną dziewczynę. Prawie, bo jej nieskazitelna intuicja w ostatniej chwili kazała jej odskoczyć krokiem zwiewnym, niczym baletnicy. Już miała porządnie ochrzanić prowodyrkę zdarzenia, kiedy zauważyła grymas na znajomej twarzy.
— Och, brutalna siła, która ugięła się pod moją filozofią, ironią oraz szpadą! — Skomentowała złośliwie.
Kojarzyła ją z pojedynku, który w jej myślach był zdecydowanie jednym z lepszych. W końcu wygrała z córką boga wojny. Potomstwo Aresa to nie byle kto, całymi dniami siedzą na treningach, a nocami biją się na poduszki. Są pierwsi do walk na miecze, topory, katapulty i bogowie wiedzą co jeszcze, żeby to dotarło do ciebie, drogi czytelniku, że grupowa domku Ateny pokonała nie byle kogo, żadną tam płotkę… Z gracją baletnicy, językiem ostrym jak brzytwa. W jej głowie.
Zawsze ignorowała resztę obozowiczów, która śmiała coś mówić o tym, że w starciu z Caroline ledwo wygrała, była spocona jak dzik, dwa razy się potknęła w drodze do domu ze zmęczenia. Kiedyś krzyknęła ze złości na swoją siostrę, która mruczała pod nosem, że Caroline pewnie tego dnia miała okres czy tam zły humor, bo tak to by zwinęła Weronikę, jak precelka. Powiedzmy, że była czuła na tym punkcie.
Dziewczyny przez chwilę mierzyły się w niepisanym konkursie, wkładając możliwie jak najwięcej pogardy oraz lekceważenia. To były spojrzenia, którym obdarzało się zazwyczaj zdeptanemu na chodniku robaka. Głównie karalucha.
— Ironicznie to możesz zrobić baranka o ścianę, Weronika. — Odburknęła.
Po czym minęła córkę Ateny.
— Wszystko na świecie jest głupstwem oprócz samego śmiechu. — Skwitowała Weronika.
Po czym ruszyła dalej w swoją drogę. W myślach przeklinała na Caroline, bowiem przez nią powstał bałagan w pokoju „cytaty z literatury na każdy dzień”. Jak można przeszkadzać Nice w czynnościach umysłowych? Niedorzeczne, kiedyś karma spotka tą troglodytkę. Przez chwilę zamyśliła się jednak nad czymś innym. Przecież Caroline wybyła do miasta, prawdopodobnie Nowego Jorku, to czemu tutaj jest? To się nie godzi.
I tak była do tyłu z obowiązkami. Próbowała je nadrabiać, kiedy rusz, tylko dlatego, że utknęła w kiblu na dłuższy czas przez głupie zagrywki Niketasa, który podrzucał jej na spotkaniach grupowych ostre rzeczy. Od których dostawała bólu brzucha. Wyliczyła, że mogła poświęcić czas na myślenie o dzieciakach Aresa na dokładnie 5 sekund w ciągu dnia i limit został przekroczony już dawno.
Przed kolacją atmosfera była spokojna, chociaż Weronika wyczuła pewną nerwowość, kiedy przyszła na plac treningowy. Zignorowała to, że to ona mogła ją wywołać, zamiast tego skupiła się na tym, czy ekwipunek treningowy był zgodny z zasadami HAACP, nie przemieszczał się znienacka i nie był obsmarowany jakimś psikusem Hermesiaków. Połowę mieczy kazała oddać do wyważenia, część do polerowania, ku rozpaczy trenujących.
— Bez dyskusji! To niebezpieczne. Możecie ten czas przeznaczyć na, na przykład, zajmowanie się tymi mieczami! Po co wam miecze, skoro nie umiecie o nie dbać!? Sio mi stąd.
Skrzyżowała ręce i kręciła głową na pozostałe wyposażenie. Rozwalone, zniszczone… wyrzygane? Wolała się nie upewniać.
— Jak zawsze dzieci Aresa muszą przejawiać zwierzęce zapędy. — Skomentowała na głos.
Pałac pamięci miał schowek na miotły, w którym przechowywała zdania na temat innych obozowiczów.
— Dzieci Ateny, jak zawsze, uważają się za lepszych. — Usłyszała z tyłu.
Odwróciła się na pięcie, trochę zbyt nerwowo jak na jej gust, i zobaczyła Caroline. Ważyła ona miecz w dłoni, wymachując nim w powietrzu.
— Bo jesteśmy. Nie ma w tym żadnej filozofii, myśl poleci śmielej i trafi, czego nie można powiedzieć o zwykłym kamieniu.
— Uważaj, żeby ten kamień nie rozbił ci okna samozachwytu.
— Czy to zaproszenie do konfrontacji? Oby nie baletowej, tutaj zwycięzca byłby tylko jeden. — Wsadziła w tą wypowiedź jak największy akcent ironii.
— Ot, sparing. Tylko się nie zafilozofuj na śmierć.
En garde!
Weronika wyciągnęła pierwszą, lepszą szpadę i ustawiła się w pozycji, podobnie jak jej przeciwniczka. Wymieniały się wzrokiem. Weronika zauważyła, że Caroline jest w lepszej kondycji (czyżby Nowy Jork wpływał dobroczynnie na nerwy?), ale nie miała zamiaru się poddawać. Znaczy to tylko, że walka będzie lepsza i może coś wyciągnie z tego sparingu.
Brzdęki szabli się rozległy gwałtownie po terenie. Naprzeciw wykwintnej gracji występowało bezczelnie błoto, blokując możliwość tworzenia, jakże, efektownych piruetów. Jesień uderzyła z całych sił, utrudniając treningi i wspólne posiadówki. Wszystko przez Chejrona, który stwierdził, że półbogowie powinni doświadczyć od czasu do czasu jakiejś gorszej pogody. Wspominał coś o docenieniu słońca oraz możliwości treningu w grząskim terenie, ale Nika wtedy była zajęta walką o ołówek z Grupowym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Caroline widocznie lepiej się czuła w tych warunkach (czy trzeba wspominać coś o zwierzęcych upodobaniach potomstwa Aresa?), wymierzając celne ciosy, które ciężko było sparować. Nika uciekła do tego, co zna najlepiej.
— Ach, nie oczekuj, że dam ci fory. Szczególnie po tej żałosnej walce, w której próbowałaś forsować brutalną siłą!
Zaatakowała.
Caroline niewzruszona odbiła cios.
— Mhm.
— Za to aprobuję rzucenie wyzwania. Zawsze warto próbować chronić honoru swojego rodzica. Czyżby ktoś dostał szlaban za przegranie walki?
— Sądzisz, że Ares zwróciłby uwagę na sparing? A co, twoja matka oglądała i klaskała w dłonie z zadowoleniem? Wow, pojedynek na wykałaczki, super sprawność umysłowa, Weroniko! Dostajesz naszywkę dzielnego skauta. — Odbiła ironią.
Weronice przestało pasować to, że cały czas przeciwniczka była defensywna w walce. Niczym sęp, który wyczekuje błędu ofiary.
— Lepsza naszywka dzielnego skauta niż pochwały od boga dzikusów.
Córka Ateny już miała przygotowany plan, rozstawiony jak figury na planszy. Zrobi zwód, szybki blef, uniknie i wtedy powinna mieć czyste okno do zaatakowania. Rozplanowane co do każdego szczegółu. Dopóki Caroline nie otworzyła ust, niech bogowie ją przeklną na wieki.
— A nie żelki od Niketasa, cukiereczku?
Nika wybałuszyła oczy.
— Co, ale skąd t— Wydukała z siebie.
To wszystko, co mogła powiedzieć, zanim dostała płazem miecza w skroń. Straciła równowagę i wylądowała ogłuszona zadkiem w błotku.
— Brutalna siła i żelki wygrały! — Krzyknęła Caroline do grupy wiwatujących obozowiczów.


Caroline?
────
[1138 słów: Weronika otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz