Theodore chyba w żadnym momencie swojego życia nie nazwałby go prostym. Jak tylko wyszedł z piaskownicy, zostawił ich ojciec Alice, więc od tamtej pory siostra patrzyła na niego jak na obrzydliwego robaka. Potem odkrył w sobie pasję do posługiwania się pięściami, przez co matka musiała non stop świecić za niego oczami, a on sam co najmniej dwa razy miał złamany nos. Ledwo się ogarnął, a nagle okazało się, że jego ojcem jest pierdolony rzymski bóg, a Theo musi najpierw spędzić tygodnie z legendarną wilczycą, a potem zamieszkać w obozie, w którym niemal przez rok kazali mu tylko czyścić kible i przepraszać za to, że żyje.
Nie była to definicja najlepszego życia pod słońcem.
Mimo to w końcu wszystko zaczęło się układać. Nie był już in probatio, więc w Obozie Jupiter żyło mu się zdecydowanie lepiej. Coraz rzadziej bywał w domu, ale podczas jego wizyt Alice już nie patrzyła na niego aż tak spod byka. Marie może i nie mówiła mu wprost, że tęskni, ale czasami wydawało mu się, że w jej oczach widzi błysk czegoś, co sprawiało, że w gardle rosła mu gula. Był też Charlie — zawsze uśmiechnięty, zawsze z roziskrzonym spojrzeniem, zawsze na miejscu. Jedna z niewielu rzeczy w życiu Theodore'a, które były stałe.
Potem poszedł na jedną imprezę walentynkową i wszystko chuj strzelił.
Charlie dobijał się do niego cały następny dzień po tym feralnym wieczorze, ale bezskutecznie. Powiedział Alice, że jeśli pojawi się pod drzwiami, ma go po prostu nie wpuszczać. Może nie obchodziło jej, o co chodzi, a może po prostu pamiętała, w jakim stanie odbierała wczoraj brata z imprezy. Na pewno jedno z dwóch, bo o nic nie zapytała. Theo zamknął się w pokoju, całkowicie wyłączył swój ledwie zipiący laptop i ledwo się do kogokolwiek odzywał, a zaraz następnego ranka wrócił do obozu.
Jakoś nie czuł już, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Zajmował myśli zajęciami w obozie, nauką, wszystkim, w co mógł się wepchnąć. Jego towarzystwo stało się jeszcze gorsze do znoszenia, bo mniej skupiał się na tym, żeby trzymać swoje umiejętności w ryzach. Każdy, kto nie chciał w środku dnia zasnąć i wyłożyć się na trawie, skrupulatnie unikał przebywania z nim.
Theo odwoływał wizyty w domu dzień przed — jedną, bo musiał uczyć się na egzamin, żeby zaliczyć przedmiot (który już od dawna miał zaliczony), a drugą dlatego, że nagle dostał od pretora bardzo ważne zadanie niecierpiące zwłoki (na palcach jednej dłoni mógł policzyć sytuacje, w których to bezpośrednio Vergil kazał mu coś zrobić). Za trzecim razem nie znalazł już wymówki. Minęło prawie półtora miesiąca od walentynek i choć San Francisco zaczynało już witać się z wiosną, pustka, którą Theodore czuł w klatce piersiowej, stale się powiększała.
W domu okazało się, że Alice się wyprowadziła. Jeszcze przed tym, jak odwołał pierwszą wizytę w domu. Marie bardzo starała się wyglądać, jakby wszystko było w porządku, ale widać było, że nerwy ma w strzępkach. Theo żałował, że zostawił ją w tym samą, ale przecież o niczym nie wiedział. Boski ojciec dał mu w genach umiejętność usypiania wszystkich dookoła, nie jasnowidzenia. Niestety. Cała ta sprawa z Alice wprawiła go w jeszcze gorszy nastrój niż do tej pory. Siostra wyniosła się z domu akurat w chwili, w której pozwolił sobie mieć nadzieję na to, że między nimi mogłoby być lepiej.
Następnego dnia lało. Kiedy Theodore próbował w słabo oświetlonym pokoju rozwiązywać zadania z matematyki, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Westchnął i zsunął się z krzesła. Marie ledwo co wyszła z mieszkania, żeby dotrzeć do pracy na popołudniową zmianę. Mogła zapomnieć kluczy; czasami jej się zdarzało. Theo doczłapał do drzwi wejściowych i nawet nie wyjrzał przez wizjer, po prostu je otworzył. Zaraz potem pożałował, że jednak nie skorzystał ze starego, dobrego wizjera.
W drzwiach stał Charlie. Deszcz pozlepiał jego jasne włosy w strąki i przemoczył bluzę do suchej nitki. Theo nieraz próbował wpoić przyjacielowi ideę parasolki, ale nigdy mu się to nie udało. Chłopak mrugał, próbując pozbyć się kropel deszczu, które osiadły mu na rzęsach. Uśmiechnął się przy tym niepewnie, sprawiając, że jego twarz nabrała miększych, bardziej chłopięcych rysów. Theodore przesunął wzrok na jakiś punkt ponad jego ramieniem, równocześnie zaciskając dłoń na klamce drzwi.
— Hej — bąknął Charlie, wycierając poznaczoną kroplami wody twarz rękawem bluzy, co oni trochę mu nie pomogło. Opuścił dłonie wzdłuż boków. — Mogę wejść?
[708 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz