Barak, z niewyjaśnionego powodu, wydaje się dziwnie zamglony, gdy tylko otwiera oczy. „Wina niewyspania” – myśli, przecierając powieki. Mgła nie znika, więc pewnie jest bardzo niewyspana i…
To zdecydowanie nie jest pikanie czyjegoś budzika?
Jak nagle porażona prądem, zrywa się z łóżka i próbuje dostrzec coś przez zasłonę dymną, która pełznie po całym baraku. Ktoś łapie ją za rękę i siłą wyciąga z łóżka, krzycząc coś o nuggetsach, kimś imieniem „Dick” i głupich pomysłach niedorosłych chłopców. Dopiero gdy udaje im się wydostać z zadymionego baraku, Kuźma rozpoznaje Lexi, z którą w ciągu całego swojego obozowego życia miała tyle wspólnego, że jedynym, co o niej wie, jest jej ciche parskanie przez sen dochodzące z łóżka nad Kuźmą i które aż za bardzo przeszkadza jej w zaśnięciu, dopóki po paru minutach nie ucichnie (rozlegnie się znowu po paru godzinach). Dziewczyna zbyt długo nie pozostaje przy koleżance, tylko posyła jej nieszczery uśmiech (przynajmniej tak odbiera go córka Pavora) i mówi coś o swoim koledze, który śpi w tym bardziej zadymionym baraku. Kuźma, wciąż niedobudzona, marszczy brwi i chyba dodatkowo straszy tym starszą o parę lat koleżankę. Albo ona po prostu lubi wszędzie bardzo szybko biegać.
Zanim dziewczynka orientuje się w sytuacji, na parę sekund przejmuje się tym, że podczas nagłego biegu spodnie prawie zsunęły się jej z bioder, włosy przybrały postać napuszonego hełmu, a jej służąca za piżamę koszulka spada jej z ramienia (warto dodać, że to koszulka ze szpetnym nadrukiem Bonny'ego z FNAFA, kupiona dla niej przez jakiegoś wujka, który nie wie, co to FNAF i zdecydowanie nie jest w stanie rozróżnić podróbki od prawdziwego merchu). Doprowadza się do znośnego porządku, podobnie jak cała reszta lokatorów jej baraku, którzy stoją na brukowanej ulicy w samych skarpetkach albo, jeśli nie są psychopatami, bez skarpetek. Odzywa się też parę głosów nieśmiało pytających, co się stało, ale Kuźma chyba wie, co. Inni też powinni wiedzieć. Pewnie teraz, gdy pozostała część piątej kohorty wietrzy dwa ze swoich baraków, Ricky tłumaczy się, jakie połączenie których związków chemicznych doprowadziło do tak potężnego wybuchu, że przed piątą rano dym ogarnął AŻ DWA baraki. Pewnie jest z tego osiągnięcia niezwykle dumny.
Kuźma chciałaby mieć czas, żeby zapytać tego idiotę, co mu strzeliło do głowy ORAZ pożalić mu się, że przez niego nie udało jej się znaleźć szczotki na czas (wywietrzywszy barak, legioniści z piątej kohorty mieli zaskakująco mało czasu na zebranie się do kupy), więc cały dzień dziewczynka musi spędzić w awaryjnym, niskim kucyku, którego rozplątanie po calym dniu roboty przyprawi ją o wyrwanie sobie co najmniej kilkuset skołtunionych włosów. Grzywka też nie chce układać jej się w jakkolwiek znośny sposób i ciągle czuje, że na środku głowy samoistnie tworzy jej się przedziałek (a grzywkę właśnie ma po to, żeby nie mieć przedziałka, więc cała jej fryzura przestaje mieć sens). Na śniadaniu stawia się niezwykle naburmuszona, a gdy jeszcze słyszy, że dzisiaj przypada jej mycie stajni, ma ochotę zacząć wrzeszczeć, rzucać talerzami i natychmiast uciec z Obozu. Nie robi nic z tych rzeczy, ale zaniepokojeni koledzy i koleżanki, sami nie wiedząc czemu, odsuwają się od niej, niemrawo żując swoje śniadania. Niektórzy posuwają się nawet do przejścia do stołu po drugiej stronie sali, co Kuźma wspaniałomyślnie ignoruje.
Dopiero wtedy, gdy teoretycznie powinna już co najmniej wyczyścić jakieś ćwierć stajni, udaje jej się złapać Philip. Ledwo powstrzymuje się od desperackiego złapania jej za rękaw i jak małe dziecko zaskomlenia, że ona nie chce myć końskiego gówna.
– E, centurionko – mówi tonem mężczyzny, który zaczepia ładne dziewczyny na ulicy (nienaumyślnie). – Ja nie mogę czyścić stajni.
– Czemu? – Philip nie wydaje się zaskoczona — jej twarz wciąż zachowuje jej zwykły, beznamiętny wyraz, który odrzuca niedostatecznie odważnych lub zdesperowanych ludzi od zaczepiania jej.
– One się mnie boją – skarży się Kuźma, powstrzymując chęć zwrócenia uwagi centurionki na wystający z jej warkocza kosmyk włosów, który zaraz odwiedzi Obóz Herosów. Philip marszczy brwi i zamiast obojętnej zmienia się w lekko poirytowaną, bo Kuźma pewnie w jednej chwili zniszczyła cały jej plan na dzisiejszy dzień, do którego obowiązki rozdzielała jakiś tydzień temu. Dziewczynce już wydaje się, że jedyną odpowiedzią, jaką otrzyma, będzie: „No i co ja mam z tym zrobić?” (czego spodziewałaby się po każdym organie władzy przypominającym rodzica mnogiej zgrai głupich dzieciaków o nadprzyrodzonych mocach), więc dodaje szybko: – Z jakąś pomocą dam radę, jakby, w sensie, żeby ktoś uspokajał konie…
– Kiedyś posprzątałaś sama.
Oczy Kuźmy otwierają się szerzej ze zdziwienia, bo nie spodziewała się po niej takiej pamięci. Było to rok… nie, nawet dwa lata temu, jeśli dziewczynka dobrze liczy i, tak zupełnie szczerze, w tym momencie bardzo cieszy się, że przez te minione dwa lata miała spokój od stajni, koni i siana. Mimo przypomnienia sobie tego faktu w miarę szybko, Kuźma wciąż jest wzięta z zaskoczenia i przez chwilę po prostu nie wie, co odpowiedzieć, aż wreszcie wybąkuje pierwszą rzecz, jaka przychodzi jej do głowy:
– Twoja dziewczyna mi wtedy pomogła.
Tym razem Philip wydaje się wstrząśnięta. Albo właśnie się nie wydaje, bo Kuźma ma niezły problem z odczytaniem jej mimiki twarzy (może przez to, że stresuje ją ta rozmowa, nie do końca jest w stanie to stwierdzić).
– Nie mówiła ci o tym? – Kuźma przejmuje pałeczkę i nawet jest w stanie wlać w ton swojego głosu więcej niedowierzenia niż ironii. – Wiesz, to była ta, Wanda. – Dziewczynka wciąż nie ma pojęcia, co myśli o tym Philip, bo po prostu nie patrzy jej w twarz. Zamiast zerknąć, brnie dalej w to dziwne wytłumaczenie, słowa dobierając na tyle ostrożnie, żeby nie obrazić centurionki (bo w obrażaniu ludzi, wcale tego nie chcąc, okazuje się dość dobra, a naprawdę bardzo nie chce mieć dzisiaj do czynienia z końmi): – No i. Jesteśmy teraz, jakby, koleżankami. I ona. Mówiła coś o jakichś. Planach wspólnych potem, jak już wyjdzie z Obozu. I inne takie.
Skupia się na nieziemsko interesujących kamieniach, bo nagle przygniata ją wyższość pozycji centurionki nad nią, legionistką, która wciąż pamięta ciężar plakietki in probatio na szyi i nie dopuszcza do siebie świadomości, że już rok, od kiedy nie musi jej nosić.
Ma szczerą nadzieję, że nie rozsiewa wokół siebie oszałamiającej aury strachu, która zepsułaby cały plan wymigania się od dostania kopytem prosto w pierś po raz drugi w ciągu jej obozowej kariery. Albo już nie drugi, a trzeci, ale jednego z nich nie pamięta.
────
[1027 słów: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz