niedziela, 25 stycznia 2026

Od Anastazego — „Siedzimy tu przez nieporozumienie” cz. 1

– Patrz.
Gabriel macha mu przed twarzą gęsto zapisanym skrawkiem papieru. Anastazy unosi wzrok niewysłowienie zmęczonego człowieka znad płytki elektrycznej z podłączonymi do niej trzema diodami. Parę dni temu Kuźma poprosiła go o pomoc w zrobieniu makiety ulicznego skrzyżowania do szkoły, a połączenie jej aury strachu z pasją Anastazego do robienia wszystkiego, tylko nie pójścia do pracy, sprawiło, że od paru godzin skręca sygnalizację świetlną, podczas gdy czeka na wyschnięcie drugiej warstwy farby na nadprogramowym rondzie pod małą apteką. Oczywiście, Kuźma pomogła mu w niektórych rzeczach, jak domalowanie mikroskopijnych pająków i wybranie koloru trawy.
– Na co mam…? – Anastazy marszczy brwi, bo kartka równie szybko, jak znalazła się przed jego oczami, tak sprzed nich zniknęła. Jedyne, co udało mu się dostrzec, to bardzo pochylone (bo prawie poziome), pełne ozdobników i całkowicie nieczytelne pismo, w ogóle nie przypominające tego, jak pisze Gabriel. – Hę?
– To list – tłumaczy jego współlokator, a w jego głosie pobrzmiewa duma. – Od mojego kuzyna.
– Kuzyna?
– Greka. Ej, ty go powinieneś znać, nie? – Gabriel jakby dostaje olśnienia, choć nie okazuje najmniejszej iskry radości związanej z nim. – Laurencjusz Potocki. Taki Włoch.
– Włoch?? – Anastazy marszczy brwi, mocno skonfundowany. – A to nie bardziej… Laurenti?
– Nie – prycha, a Nastek domyśla się, że w tym absurdzie nie doszuka się czegokolwiek logicznego oprócz tego, że z jakiegoś powodu wszyscy wokół od lat akceptują człowieka z polskim nazwiskiem uważającego się za Włocha. – Ale tak zupełnie go nie kojarzysz? Syn Dionizosa? Taki imprezowicz? Pije dużo wina i tylko ostre?
Anastazy nie wie, czy Gabriel zdaje sobie sprawę, ale w gruncie rzeczy opisuje każde dziecko Dionizosa, jakie kiedykolwiek postawiło swoją stopę w Obozie Herosów. Nie chciałby go rozczarować, więc nawet na chwilę mocno marszczy brwi, żeby przypomnieć sobie kogokolwiek, kto w jego pamięci choćby częściowo przypomina polskiego Włocha. Bardzo mu się to nie udaje.
– Chyba… chyba coś mi świta – odpowiada, ale Gabriela już to w ogóle nie obchodzi.
– Dobra, mniejsza. – Macha na to ręką. – Zaprosił nas do siebie na imprezę. Znaczy, w sumie to tylko mnie, ale z osobą towarzyszącą, to pomyślałem sobie, że… To jest tylko taka formalność, nie?
– Co?
– Pomyślałem, że pojedziemy razem? – Z jakiegoś powodu, zadając to pytanie, brzmi na bardzo sfrustrowanego. Prawie jak postać z kreskówki, której ze złości zaczyna pulsować żyłka. Nawet narwowo tupie nogą i Anastazy (nie będąc najlepszym w odczytywaniu ludzkiej mowy ciała) domyśla się, że chciałby jak najszybciej stąd uciec, walnąć sobie lampeczkę wina i obejrzeć film. W całkowitej samotności i ciszy. (Albo po prostu Anastazy na tyle zna swojego współlokatora, że domyśliłby się tego nie mając na nosie okularów).
– Mam… makietę do zrobienia?
Zapada pomiędzy nimi chwila niezręcznej ciszy, podczas której Anastazy zastanawia się, czemu w ogóle to powiedział, a Gabriel w milczeniu patrzy na niedokończoną sygnalizację świetlną, która równie dobrze mogłaby być zdalnie sterowanym, świecącym pająkiem (czym pewnie stałaby się, gdyby Nastek pozwolił sobie na chwilę rozkojarzenia).
– To Kuźma ma makietę do zrobienia – mówi wreszcie Gabriel. – Zaczynam w ogóle żałować, że jej wtedy pomogłem wstać…
– Sama nie zrobi świateł…
– Okej, nieważne, rób jak chcesz – wzdycha mężczyzna i już odwraca się, żeby opuścić zabałąganiony pokoik Anastazego. Gdy dotyka framugi odkrywa, że z jakiegoś powodu jest odrapana tak, jakby mieli w mieszkaniu ogromnego kota (wspaniałomyślnie postanawia to zignorować). – Po prostu nie masz psychy pojechać – rzuca na odchodne, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jakim zapalnikiem potrafią być te słowa.
Dopiero siedząc w nowojorskim metrze, Anastazy zaczyna zastanawiać się, czy, po pierwsze, może uznać to za swoją porażkę, a po drugie, dlaczego Gabriel aż tak uparł się, żeby pojechali we dwójkę. Doszedł do niekoniecznie górnolotnych pomysłów:

1) Gabriel tak dawno nie widział się z kuzynem, że się stresuje i oczywiście tego po sobie nie pokazuje,
2) zabranie ze sobą osoby towarzyszącej świadczy o tym, że ma się znajomych,
3) z jakiegoś powodu na imprezie ma być bardzo mało osób.

Anastazy jeszcze nie żałuje swojej decyzji. Myśli głównie o tym, że w jakiś sposób ratuje Gabriela z dziwnej opresji, którą prawdopodobnie wymyślił Nastek i która pewnie w ogóle nie istnieje.
Prawdziwy, niewytłumaczalny i lepki strach obejmuje go dopiero wtedy, gdy ramię w ramię stają przed mieszkaniem owego Laurencjusza. Ze środka już dobiega dudnienie muzyki i chyba jakieś krzyki, a Gabriel patrzy na Anastazego wzrokiem mówiącym: „Ja pukam, ty mówisz” i zanim Nastek zdąży zaprotestować, mężczyzna stuka w drzwi.


────
[704 słowa: Anastazy otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz