środa, 18 stycznia 2023

Sacnite Xoco de la Rivera Y García

I see fire, blood in the breeze.

zdjecieSacnite RiveraONA/JEJ — 13 LAT — PÓŁBOGINI — MEKSYKANKA — 0 PD — 0 PU — 95 PZzesram-sie#7457

Córka Nike

Od Jesúsa do Sacnite — „Drinking vodka”

Powoli zbliżały się wakacje, a wraz z tą myślą uczniom znikały resztki pozostałego rozumu. Doskonałym przypadkiem, pokazującym nowo narodzoną (albo też ukrywaną do tego czasu) głupotę uczniów z pewnej szkoły w Meksyku był Jesús, który właśnie wpakował się do bagażnika wynajętego autokaru, którego przeznaczeniem było przewieść zawodników i ich opiekunów na miejsce międzyszkolnych zawodów sportowych. Wśród licznego grona uczestników starcia znajdowała się jego bff Sacnite, i to właśnie jej obecność w pojeździe zbytnio siadła Jesúsowi na umyśle, w związku z czym nie pomyślał on przed wykonaniem wyczynu i wskoczył razem z bagażami do schowka. Byleby nie pozostawić Xoco samej.
— Och, och — wyjęczał, kiedy dwuślad ruszył, a razem z nim w podróż postanowiły udać się wszystkie przedmioty będące w sąsiedztwie, skacząc po Jesúsie. — Co jamże zrobił, by czupryna ma karana była?!
Zaczynał żałować, że nie zapytał się po ludzku wychowawców, czy mógłby pojechać na miejsce eventu w roli starszego brata Sacnite albo chociażby widza. Mógłby kibicować uczestnikom, budować wśród nich pozytywną atmosferę albo biegać po trybunach i rozdawać wszystkim tacos.
Wielkie zawody siatkówki wydawały się być jedynie miłym i mało znaczącym epizodem, zakańczającym ciężki rok szkolny. Chłopak jednak doskonale wiedział, że dla jego najlepszej przyjaciółki są one miejscem walki o życie i śmierć, o chwałę i poniżenie. Chociaż dla Jesúsa nie byłyby one ważnym wydarzeniem, waga, jaką przywiązywała do nich Sacnite, zmusiła go do zaryzykowania i wskoczenia razem z bagażami do wynajętego autokaru, by móc być przy Xoco w ten ważny dzień. Chłopak zaczął powoli żałować swojego wyboru, z perspektywy czasu widząc, jakie głupstwo popełnił oraz rozumiejąc, że parę dni po jego powrocie do domu jego rodzicielka będzie bawiła się jesúsowymi zwłokami.
Szybko wyjął z kieszeni różaniec i począł się modlić, byleby tylko dojechać żywym na miejsce. Tym, co stanie się, gdy nauczyciele go zauważą, będzie martwił się później.
— Co tam tak się rzuca?! — chłopak zdołał usłyszeć, nim do schowka wpadło jasne światło. Po sporym czasie spędzonym w ciemności, Jesús nieironicznie myślał, że to Bóg zstąpił z nieba i przyszedł po niego.
— Panie, jeszcze nie jestem gotów… — wyjęczał, ponownie klękając (ponieważ ówczesne nagłe zahamowanie zwaliło go do pozycji leżącej).
¡Cojones! — usłyszał, co dało mu pewność, że to nie zaświaty przemówiły, a jego zszokowany wychowawca. Kiedy wyciągnięto go brutalnie siłą za ucho, chłopak zaczął się zastanawiać, czy nie wolałby być w tempie natychmiastowym eksportowany do nieba.
Jesús czuł na sobie ciekawskie spojrzenia, posyłane mu przez zdziwionych uczniów siedzących w autokarze. Ich twarze były niemal przyciśnięte do szyb, a ich usta ruszały się w tempie wystrzałów z karabinu maszynowego. Kiedy chłopak skierował wzrok na miejsce, w którym siedziała Sacnite, uśmiechnął się do niej krzywo. Ta wyglądała, jakby nadal łączyła kropki, ze skupioną i niewyraźną mimiką zerkając mu w oczy.
Jej usta poruszyły się w ruch ewidentnego przekleństwa, co trochę zepsuło Jesúsowi — do tej chwili całkiem dobry — humor. Bardzo nie lubił, kiedy ktoś przeklinał. A w szczególności, kiedy on nie był obok tej osoby i nie mógł uświadomić jej popełnionego nietaktu.
— Co ty zrobiłeś?! CZEMU PAKOWAŁEŚ SIĘ NAM DO AUTOKARU?! — jeden z opiekunów, narwany brunet, niemal udusił nieletniego przestępcę. Nawet nie dał mu dojść do głosu, kiedy kontynuował. — W życiu nie dostaniesz żadnej lepszej oceny niż NAJGORSZEJ MOŻLIWEJ Z KAŻDEGO PRZEDMIO-
— Nie drzyj się na dziecko! — przekrzyczał go ktoś inny, obdarzony odrobinę większą miłością do bachorów.
Jesús natomiast patrzył się zdezorientowany na ten cyrk (bo przecież nie zrobił chyba nic aż tak złego?), po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że niedługo będzie martwy. Tylko że nie umrze z rąk swojej matki, a nauczycieli.

♦ ♢ ♦

— Chciałem dobrze — wyjawił Xoco, kiedy udało im się jako tako rozsiąść we dwójkę na jednym siedzeniu. Koleżanka, siedząca obok Sacnite (teraz również obok Jesúsa) wyglądała, jakby miała zwymiotować. I to nie z powodu tego, że jej nowy sąsiad jakoś strasznie cuchnął, tylko dlatego, że dodatkowa osoba na dwuosobowych siedzeniach miażdżyła jej żebra.
— No i co z tego?! Przecież będziesz mieć przewalone do końca pobytu w tej szkole. Oglądanie mnie, jak wygrywam, naprawdę nie było tego warte — powiedziała, jednak widać było w jej oczach, że uważa inaczej. W końcu jej zwycięstwo musi być wielkie, widowiskowe i potężne. Zapewne w głębi duszy doskonale rozumiała, że absolutnie nikt nie chciałby przegapić tego pokazu.
— Może i tak rozum ci mówi… Ale popatrz wpierw z odmiennej strony. Wszak najpierwsze jest me dobre samopoczucie, a przebywanie i socjalizowanie się z osobami, które są mymi drogimi przyjaciółmi, zapewnia mej osobie ten komfort. Wychowawcy, chociażby najbardziej rozdygotani, na zdrowie nie wpłyną. Przeto mogę się sprzeciwiać ich rozkazom do woli.
— Ta, ale jak wylecisz z szkoły, to zobaczysz, że czasami trzeba się słuchać — wymruczała pod nosem, w internecie oglądając nagrody z zawodów z poprzednich lat. — Jak myślisz, może zmienią te medale? Wyglądają trochę staro.
— Mój widok na nie jest odmienny.
— Zapytałam złą osobę — westchnęła, chowając urządzenie do kieszeni. — Wziąłeś coś do jedzenia, czy mam ci dać?
Rzecz jasna, nauczyciele zrobili wszystko, by nie odesłać znajdy do domu. W takim wypadku z całą pewnością spóźniliby się na międzyszkolny mecz siatkówki, przynajmniej na część mającą miejsce w pierwszym dniu wydarzenia. Skontaktowali się z jego opiekunką, po czym ustalili, że ta podjedzie ona po Jesúsa następnego dnia. Chłopak był zadowolony. W końcu będzie miał szansę obejrzeć chociaż pierwszą rozgrywkę swojej „młodszej siostry”. O stream z drugiej połowy poprosi rezerwowych.
— Chyba dojechaliśmy — zmieniła temat Sacnite, przykładając czoło do okna.
Ich oczom ukazał się mały, niezbyt piękny motel. Stara, ognista cegła, porośnięta była przez nienaturalnie zielony (sztuczny, jak stwierdziła Xoco) bluszcz, wyrastający spod szarawego dachu. Do budynku można było dostać się przez półokrągłe, drewniane drzwi z kołatką, przez które w momencie przyjazdu autokaru wyszła starsza pani w tunice. Podpierała się ona laską w sposób ewidentnie świadczący, że samodzielnie nie byłaby w stanie zrobić zbyt wiele.
— Witajcie, skarbeńki — nieszkodliwa staruszka uśmiechnęła się.

♦ ♢ ♦

— Proszę, kochani, to coś do schrupania — właścicielka posiadłości nagle zjawiła się w ich pokoju, trzymając na rękach tacę z owocami. Zarówno Xoco jak i jej przyjaciel podskoczyli, wyrwani ze wspólnej rozmowy.
Mieli to szczęście, że dostali pokój we dwójkę, kiedy reszta dzieci została przydzielona do pokojów z trzema lub czterema łóżkami. Oprócz tego jednak wielkiej różnicy między miejscami zakwaterowania nie było, albowiem wystrój w każdym z pomieszczeń był okropny, jaskrawy i kwiecisty, a meble zaniedbane, brudne i stare. Natomiast wielkość każdego pokoju porównywalna była do łazienki w przeciętnym polskim domu.
— Dziękujemy — pierwsza z zaskoczenia wyrwała się Sacnite, uprzejmie biorąc talerz z połyskującym jedzeniem.
Zapewne posiłek dostali jako pierwsi, biorąc pod uwagę, że znajdowali się na parterze. Cała reszta, razem z nauczycielami, miała spać piętro wyżej. Miało to swoje plusy (nie było sąsiadów, którzy mogliby hałasować) ale też minusy (jakby wydarzył się niebezpieczny incydent, których pewnie jest masa w takich miejscach, trochę by minęło, zanim ktoś by się o tym dowiedział).
Starsza położyła jedzenie przed nimi, wciąż bacznie stojąc w drzwiach. Widocznie jednym z jej hobby było podglądanie jedzących dzieci.
— Przepraszam nieuprzejmość, ale czy jest Pani pewna, że winogrona te są w stanie odpowiednim? — Jesús uważnym spojrzeniem omiótł zbyt soczysty owoc, dotykając go obiema dłońmi.
— Tak, tak! Sama je podlewałam i zrywałam — zapewniła.
— Czy nie było to zbyt wielkim poświeceniem? — uprzejmie spytała Sacnite. — Nie wygląda na to, jakby miała Pani kogoś do pomocy, a przecież jedną ręką podpiera się Pani lask-
Jesúsa zdziwiło urwanie w połowie wypowiedzi, podniósł więc wzrok znad winogrona. Ujrzał Xoco, wpatrującą się w rękę właścicielki motelu, oraz nią samą, która, sądząc po zdziwionym spojrzeniu, widocznie sobie coś uświadomiła. Zanim Jesús zrozumiał, że starsza babcia stoi o własnych siłach, stabilnie na nogach, oraz że jego winogrono rozsypało się w pył, przed jego oczami zamiast nieszkodliwej staruszki stał potwór.
Szatan — to pierwsze, co przyszło mu do głowy.
— Chciałam to zrobić prosto, ale chyba muszę się natrudzić — stworzenie wysyczało.
Wielkie, żarzące się oczyska, z pionowymi źrenicami, zasłonięte zostały przez jaszczurcze szpony, kiedy podniosły się na ich wysokość i rzuciły na dzieci.
Gdyby któraś z ofiar znała się na greckiej mitologii, wiedziałaby, że przed nimi stała Lamia. Była władczyni Libii, teraz potwór gotowy zabić każde napotkane dziecko w ramach zemsty na Herze. Nie dość, że jako dziecko Hekate uzyskała ona zdolność panowania nad Mgłą i rzucania czarów, tak samo jak każda mitologiczna bestia potrafiła wyczuć półbogów na kilometr.
— Boże święty! Kimże ja jestem, że nasyłasz na mnie swego odwiecznego wroga, Panie?! — wykrzyczał wiadomo kto, przewracając stół i chowając się za nim niczym za gigantyczną tarczą.
— A MASZ TY, SZMATO! — Sacnite poczuła ducha walki, podnosząc krzesło i mierząc nim w potwora. — Jesúsie, biegnij po nauczycieli! — wywrzeszczała do przyjaciela, jednocześnie jakimś cudem robiąc unik przed gigantycznymi pazurami.
— Nic wam nie pomogą — z dziwnym sykiem oznajmiła Lamia, nienaturalnie skręcając pysk w coś na rodzaj uśmiechu. — Naiwne, myślą, że mogą wygrać z Mgłą. Śmiertelnicy są wobec niej całkowicie ślepi i bezbronni!
Kiedy Jesús otrząsnął się z pierwszego szoku i zrozumiał, że nie ma do czynienia z diabłem, faktycznie próbował wybiec przez drzwi. Kiedy ta paniczna próba wezwania pomocy została zweryfikowana przez wroga, chłopak w panice wybił szybę i wybiegł na pole, ignorując odłamki szkła wbijające się w jego skórę. Za nim pobiegła Sacnite, wrzeszcząc coś niezrozumiałego do przyjaciela. Ten nie mógł jej usłyszeć, ponieważ śpiewał „Barkę”. Była to jedyna katolicka pieśń, jaka przyszła mu do głowy, i, jak mu się wydawało, również jedyna rzecz, jaka mogła ich uratować.
— O PANIEEEEE, TO TY NA MNIE SPOJRZAŁEEEEEŚ…
Okazało się, że ratunek przyszedł z innej strony (chociaż chłopak nadal później myślał, że to Bóg zesłał pomoc).
— Przybyliśmy tu, by uratować was i zabrać do Obozu Herosów! — uprzejmie oznajmił jakiś randomowy blondyn, wymachując sztyletem, podczas gdy dwójka pozostałych nastolatków rzuciła się na Lamię. — Poczekajcie proszę, aż rozprawimy się z wrogiem, a potem zabierzemy was do miejsca bezpiecznego pobytu — widać było, że nauczył się na pamięć swojej wypowiedzi, ale niestety Sacnite nie pozwoliła mu dokończyć głoszenia wspaniałej mowy.
— Ja mam czekać?! Chyba sobie żartujesz. JA BĘDĘ WALCZYĆ Z TYM CZYMŚ! — wkurzona dziewczyna powiedziała łamanym angielskim (wspomagając sobie hiszpańskim), po czym dołączyła do bitki, ignorując, że ramię w ramię stoi z dwójką dziwnych ludzi, jednym strzelającym z łuku i drugim rzucającym bombami.
— A ja sobie poczekam — cały drżący, zestresowany Jesús usiadł na ziemi, próbując opanować chęć wymiotów. Blondyn, jak się okazało, będący Lucasem, podczas gdy inni byli zajęci pokonywaniem Lamii, tłumaczył półbogowi, że jest półbogiem, opowiadał mu o Obozie Herosów i o potworze, który postanowił ich zaatakować, oraz generalnie próbował poprawić samopoczucie ofiary. Wyszło mu marnie.
Najpierw napastnika zaatakował Gaspar. Wymierzył dokładnie i zamachnął się na przeciwnika greckim ogniem, a kiedy bomba wybuchła, Lamia zawyła ogłuszającym lamentem. W furii zamierzała rzucić się na przeciwnika, jednak Avery nie zamierzało na to pozwolić i posłało w jej kierunku strzałę. Ta niestety nie wyrządziła potworowi obrażeń.
Kolejna, własnymi pięściami, postanowiła zaatakować Xoco. Przerażony Jesús obserwował, jak jego przyjaciółka naraża się na pożarcie i z całej siły zadaje cios za ciosem. Przynajmniej próbowała, bo wyszło dość marnie. Jakimś cudem Lamia darowała jej życie, odsuwając się z sykiem. Sacnite odwróciła się zadowolona, jakby myśląc, że to koniec pojedynku. Potwór jednak miał odmienne zdanie: rzucił się na nią, jednak w szale potknął się, widocznie wciąż rozpamiętując rzucony w niego grecki ogień.
Gaspar i Avery kolejno zaatakowali potwora z dystansu, jeszcze bardziej niszcząc mu dobry humor. Xoco nie chciała być gorsza i tym razem udało jej się. Drasnęła Lamię parę razy (przy okazji prawie łamiąc sobie kości).
— SACNITE, CÓŻ TY ROBISZ?! — wrzasnął Jesús, który widocznie dopiero teraz się obudził i rozszerzonymi oczyma obserwował pobojowisko.
Przez następną minutę cała walcząca czwórka kręciła się w kółko. Nikt nie wiedział, co ma robić, niemrawo próbując zadać cios. W końcu Lucas na nich nakrzyczał, prawie przyprawiając stojącego obok niego chłopaka o zawał. Gaspar spróbował wycelować we wroga, ale bomba minęła zamierzony cel i praktycznie trafiła w Xoco. Chłopakowi pomogło Avery, posyłając strzałę w oko potwora. Razem z osobą zaatakowała Sacnite, waląc pięściami. Widocznie wciąż nie widziała w tym nic szalonego.
Kiedy Avery i Sacnite kontynuowali walkę (jeno gorzej, ona lepiej) Gaspar czarował i przyzywał diabły. Tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy Jesúsa. Lucas wyjaśnił mu, jednocześnie budując katapultę, że w tej właśnie chwili syn Demeter wzywa satyry aby zabrały ich wszystkich do Obozu Herosów. Po dokończeniu wypowiedzi wystrzelił ze swojego wynalazku, ciężko raniąc potwora.
— Poszukaj mi trochę kamieni — polecił trzęsącemu się Jesúsowi.
Zarówno Gaspar, jak i Avery z Xoco próbowali kontynuować walkę. Żadnemu z nich jednak nie udało się ugodzić wroga, prawdopodobnie przez wyczerpanie, a stworzenie uderzyło w ręce Sacnite swoimi pazurami. Dziewczyna odskoczyła z piskiem.
— Potwory, greccy bogowie… — wyjąkał oglądający to chrześcijanin — Boże, jeżeli tam jesteś, uratuj mnie od tego wariatkowa…
Nie miał jednak odwagi podejść i walczyć, kontynuował więc zbieranie kamieni. Całe szczęście zarówno od walki jak i przeszukiwania ściółki wyręczyły go satyry, które właśnie przybyły na miejsce.
— Zwiewamy — powiedział jeden z nich. — Jeżeli mamy dwóch niewyszkolonych, nie będziemy ryzykować ich życiem.
Gdyby natomiast ktoś pytał o zdanie Jesúsa, on z chęcią kontynuowałby walkę jedynie po to, aby na jej końcu umrzeć i nie musieć akceptować myśli, że satyry istnieją a on oprócz bycia dzieckiem Boga jest też dzieckiem jakiegoś greckiego mitu. Cóż, chrześcijanin trochę upadł na duchu.

Xoco?
◇──◆──◇──◆
[2145 słów: Jezus otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

Jesús Maria de los Sántos Y Huerta

Naturalnie, moja omyłka, wyrzuć z serca swą niechęć do mnie.

zdjecieJesús SántosON/JEGO — 14 LAT — PÓŁBÓG — MEKSYKANIN — 0 PD — 0 PU — 100 PZyender#3602

Półbóg Pijactwa

Od Friedricha CD Cherry — „Ryby i gracze Ligi głosu nie mają”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Friedrich przysiągł sobie, że nigdy więcej nie wsiądzie do tej „taksówki”, o ile można ją tak nazwać. Nie dość, że musiał za to zapłacić swoimi jedynymi pieniędzmi, to jeszcze było mu tak niedobrze. Miał nadzieję, że tylko nie zwróci wczorajszej kolacji, bo śniadania oczywiście przez Cherry nie zjadł. Ostatnim razem, kiedy tak się czuł, było, kiedy zobaczył Lux z ośmioma milionami maestri, a i tak wiedział, że jakaś osoba ma dziesięć milionów. Niby czuł się dumny z tego, że gra na serwerze EUW, a nie EUNE, ale nadal trochę wstyd tyle grać w ligę. Friedrich przynajmniej gra postaciami, które wymagają zdolności mechanicznych i potrafi wyjść z platyny.
Jak tylko usłyszał tylko wzmiankę o tym, że musieliby wracać tym samym transportem, tym razem to on się wzdrygnął.
— W takim razie będziemy wracać na pieszo, ponieważ nie mam nic już przy sobie. — Po chwili zastanowienia dodał. — Wiesz co? Lepiej jednak będzie, jak go znajdziemy. Możemy przy okazji rzucić Cię na pożarcie.
— Czemu mnie? Przecież to TY byłeś zapisany — zanim zdążyła dokończyć, chłopak jej przerwał.
— Ale ja jestem zbyt ważny, aby mnie pożarto.
Cherry aż miała ochotę go walnąć. Powinna mu dziękować, ponieważ dzięki temu oto wspaniałemu półbogowi znanego jako Friedrich, ćwiczy swoją cierpliwość. Nadal nie rozumiał, czemu ona się zgłosiła, aby z nim wyruszyć.
— Wiesz, kto by nam się naprawdę przydał? Caid. Nie tylko, aby trzymał mnie tutaj psychicznie, ale pomógłby nam z wodą, gdyby była taka potrzeba.
— Chcesz się jeszcze nad nim znęcać? Biedny, nawet on z Tobą nie wytrzymuje.
— Nie znęcam się nad nim. — Powiedział, omijając ją i skierował się w stronę wody. — Poza tym on wytrzymuje.
Rozejrzał się po jeziorze. Piękne lato, czyż nie? Mógłby tutaj odpoczywać od ligi, ale został wysłany na jakąś misje i musiał szukać jakiegoś potwora.
Niestety życie nigdy nie było takie piękne i zaczęli rozglądać się za czymkolwiek, co mogło naprowadzić ich na potwora. Oprócz parku dosłownie obok siebie nic nie mieli, więc od niego zaczęli, ale przesuwali się powoli, szukając po prostu czegoś. W końcu nie będą szukali na ulicy, czyż nie? Chociaż Sowi miał wrażenie, że prędzej znajdą go w kanałach, niż nagle jakąś zagadką otworzą wejście do podziemia, ale ona go nie posłucha.
W głębi duszy miał nadzieję, że Cherry ma rację i znajdą go tutaj. Nie chciał się szwendać wszędzie za nim. Jak już wcześniej było wspomniane, to jego imię było zapisane na kartce, a reszta zaginęła. Wiedział, że jest najlepszy na świecie i jest niezastąpiony, ale bał się w tym momencie o swoje życie. Nie przyzna oczywiście tego przed nikim, ale sam fakt tego, że mógł już nigdy nie zobaczyć np. Sylwii, niezbyt mu się podobał.
Oboje nie potrafili nic znaleźć, ale to oczywiste, skoro szukali w złym miejscu. Szukanie tutaj nie było najlepszym pomysłem, ale od czegoś musieli zacząć. Sami sobie to uświadomili. Trzeba przyznać, że długo szukali, gdyż zdążyli obejść połowę jeziora. Nie denerwowało go to może aż tak, ale nudziło mu tu się bardzo. A do tego nie miał żadnych pieniędzy, aby kupić sobie coś do jedzenia, czy picia. A niestety zaczął robić się głodny, w końcu śniadania nie jadł. Lepiej nie pytać, co robił przez godzinę przed wyjściem, że nawet nie zjadł śniadania.
— Masz jakiekolwiek pieniądze? — Westchnął, siadając na ławkę obok.
— Nie.
— Głodny jestem.
Cherry na chwilę się zatrzymała i spojrzała w końcu na swojego towarzysza. Ona miała dobre serce. Na pewno nie lubiła Friedricha, ale ona nie mogła go tak gnębić, jak on ją. Oboje nie mieli pieniędzy, więc jeśli chcieli coś zjeść, to musieli coś wymyślić.
— Nie będziemy kraść, więc trzeba poprosić kogoś, aby kupił jedzenie.
Friedrich aż podniósł zdziwiony wzrok na nią. Prosić?
— Poprosić? — Powtórzył. — Miałaś na myśli zastraszyć? Nie będę nikogo prosić.
— Mamy się zachowywać normalnie, idioto. Nie będziesz zastraszać innych.
Przeklął pod nosem niezadowolony z dezaprobatą jego wspaniałego pomysłu. Nie zrozumiał, jak można było się z nim nie zgodzić. Ona pewnie miała już dość jego pomysłów, ale przynajmniej wyrażał swoje zdanie. Asertywność przede wszystkim.
Cherry zdecydowała, że skoro chcieli coś zjeść, to musieli pójść pod sklep i prosić, aby ktoś kupił im coś do jedzenia. Pewnie wolała nie widzieć głodnego i zdenerwowanego Friedricha. Naprawdę nie podobał mu się ten pomysł, ale co mógł zrobić? W końcu musiał udawać normalnego, a ona nie uważała jego propozycji za normalną. On jednak nie zamierzał prosić, nie zniży się do tego poziomu.


Przynajmniej sklep potrafią znaleźć i po kilku minutach znaleźli się przed wejściem. Czy był jakiś sens wchodzenia, skoro i tak nie mieli czym zapłacić i musieli poprosić kogoś o to? Dla Friedricha nie dlatego ten zaczął już sobie szukać jakiejś ławki, aby na niej usiąść. Cherry w tym czasie, zamiast rozglądać się za ławką, miała szukać osoby, która by wspomogła ich jedzeniem. Musiała się w końcu Friedrichem zająć jak dzieckiem, co prawda nadal młodszy od niej o dwa lata.
Różni ludzie przechodzili, a mężczyzna nienawidził ich wszystkich tak samo. Kiedy czekał, nic lepszego do roboty nie miał, poza obserwowaniem ich i ocenianiem. Do tego, jak jakieś rude dziecko biegało w kółko z jakimś nowo kupionym samolotem w rączce, to nie mógł po prostu siedzieć i patrzeć w ziemię, a tym bardziej że coraz bliżej do niego podbiegał. Rudy podbiegł w końcu na wystarczającą odległość do niego, przez co mógł podłożyć mu nogę. Dziecko się wywróciło, a Friedrich nie mógł się powstrzymać od cichego śmiechu. Cherry, gdy tylko to zauważyła, od razu uderzyła go, najmocniej jak umiała w tył głowy, a mama dziecka już zabrała je.
— Okay, to nawet bolało. — Powiedział już bez humoru, łapiąc się za tył głowy.
— Ty pieprzony... — zaczęła, ale jak widać, wolała nie kończyć, gdyż znajdowali się w przestrzeni publicznej.
Syn Juwentas był pewny, że jak tylko wrócą do obozu, to dostanie takie ochrzan od niej. Ona go po prostu ma dość.
— Spokojnie. — Przewrócił oczami.
Myślał, że plan Cherry się nie powiedzie. Był przekonany, że nikt nie będzie chciał losowym dzieciakom kupić cokolwiek do jedzenia. Na szczęście się mylił, a po krótkiej wymianie zdań z towarzyszką podeszła do nich kobieta średniego wieku. Miała dwie reklamówki. Jedna była cała pełna, a druga miała tylko kilka rzeczy. Postawiła przed półbogami tę drugą, po czym odgarnęła lekko swoje dosyć krótkie, brązowe włosy. Gdy tylko podeszła do nich od razu posłała pełen zdziwienia i pogardy wzrok na Friedricha, tak jakby mu coś sugerowała, ale on kompletnie nie wiedział, czego od niego wymagała, więc po prostu posłał jej ten sam wzrok.
— Dziękujemy bardzo. Ratuje nas pani. — Powiedziała Cherry, od razu przejmując siatkę z jedzeniem.
— Cała przyjemność po mojej stronie. — Odpowiedziała z uśmiechem starsza. - Miłego dnia i powodzenia!
— Wzajemnie!
Gdy kobieta już zniknęła z pola widzenia Friedricha, dopiero podniósł wzrok na Cherry. Nie spodziewał się, że znajdzie jakąś osobę, która kupi im coś. Pewnie w środku znajdowały się jakieś bułki i butelka wody, ale to lepsze niż nic, prawda? Przez jakieś dobre pięć sekund nie odrywał od niej wzroku i w ciszy trzymał na niej zimny wzrok.
— Dziękuję. — Burknął pod nosem niewyraźnie, po czym wstał.
— Słucham? — Zapytała, pewnie zdziwiona tym, co usłyszała.
— Dziękuję. — Powtórzył wyraźniej. — Zapamiętaj te słowa, bo już nigdy ich nie powtórzę.


Cherry?
◇──◆──◇──◆
[1169 słów: Friedrich otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 17 stycznia 2023

Od Gaspara do Youngseo — „Akuku”

Tego dnia Gaspar nie miał niczego konkretnego do roboty. Pozajmował się trochę polem truskawek i wszystkimi innymi roślinkami. Przez chwilę pobawił się ze swoją ulubioną wiewiórką. Nic konkretnego się nie działo, a z jakiegoś powodu miał ochotę spędzić czas nie tylko z roślinami i zwierzętami.
Chłopak miał już w głowie ułożony plan. No dobra, tak naprawdę niczego nie przemyślał. Po prostu od jakiegoś czasu chciał wyruszyć na podróż do lasu. To nie tak, że jeszcze nigdy tego nie zrobił. W jego przypadku to nie byłoby nawet możliwe. Gaspar wpadł na to w ciągu kilku swoich kilku pierwszych dni w tym obozie, gdy miał 12 lat, ale chyba lepiej do tego nie wracać… Kiedyś chciał zrobić to w nocy, ale zrozumiał, że ciszy nocnej pilnują harpie.
W każdym razie nie robił tego dawno, a ten fakt niezwykle go bolał. Tym razem wolał zrobić to w towarzystwie. Przechadzał się po obozie, poszukując wzrokiem ofiary swojego debilizmu.
Skreślał wszystkich po kolei. W pewnym momencie był już na skraju załamania — czy naprawdę nikt tu się do tego nie nadawał? W akcie desperacji podszedł do niczego niespodziewającego się Youngseo. Gaspar nie miał pewności, czy to aby na pewno dobry pomysł, ale nie potrafił znaleźć żadnego konkretnego powodu, dla którego nie miałby go wybrać. Przede wszystkim nie miał zbyt wielu możliwości.
— Siema, siema, no jakoś tam masz na imię, ale nie pamiętam do końca — przywitał się Gaspar. To chyba nie brzmiało do końca przekonująco. Zwłaszcza że tak naprawdę znali się już dość długo. To on oprowadził Farkasa po obozie jakieś trzy lata temu. — Dobra tam, nieważne. Mam sprawę…
Chłopak mówił to tak szybko, że trudno było się w tym wszystkim połapać. Tryskał emocjami nawet na samą myśl o nocnej wyprawie.
— Marzysz o tym, żeby ze mną pójść za parę godzin do lasu, co nie? Super będzie! Byłem wiele razy, ja to już mam doświadczenie. Ale tym razem zamierzam zapuścić się dalej. Żaden z tych frajerów się nie nadaje, więc błagam, powiedz, że to twoje najskrytsze marzenie!
— Youngseo. Gaspar... Wiem, że mam skomplikowane, ale możesz sobie zapisać dla zapamiętania!
Gaspar tylko pokiwał głową. Ewidentnie nie miał pamięci do imion.
— Wiesz co, normalnie bym ci zabronił się tam wybierać, a nawet i powiedział Chejronowi... Jednakże, jako iż mi brakuje adrenaliny, pójdę wyjątkowo z tobą. Dla asysty i zabawy! Tylko cicho Chejronowi, sam nic nie powiem, ale po prostu milczysz jak grób!
Piętnastolatek od razu wyszczerzył się na tę odpowiedź.
— No to ustalone — ucieszył się. — Spotykamy się równo o piętnastej, tam no, przy granicy.
Gaspar tylko pomachał i ruszył w swoim kierunku. Zapowiadała się ciekawa noc.


***


Chłopak był na miejscu parę minut przed ustalonym czasem. To dlatego, że nie mógł się doczekać. Przez chwilę przeszło mu przez myśl, że to może być ryzykowne, ale to tylko zachęciło go do podróży. Gdy zobaczył Youngseo, zaczął się śmiać. Na szczęście nie długo.
— Dobra, idziemy. Mamy szanse na przeżycie — wypalił. Gaspar naprawdę miał nadzieje, że spotka ich coś niebezpiecznego. W lesie spędzał dużo czasu, ale głównie w tych częściach, gdzie jest spokojnie.
— Fajnie, gdybyśmy trafili na coś groźnego. To znaczy, oczywiście bez przesady — dodał pośpiesznie. Nie chciał wyjść na wariata na samym początku. Pewnie jeszcze będzie miał pole do popisu.


Youngseo?
◇──◆──◇──◆
[528 słów: Gaspar otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Heather — „Sacred time, eternal prayer”

Heroska wróciła do domku szesnastego długo po tym, jak zaszło słońce. Może była dopiero 23, a może już 3? Ach, kogo to w ogóle obchodzi?
Rzuciła się na swoje łóżko. Przeleżała chwilę, a kiedy w końcu zrozumiała, że nie może zasnąć, chwyciła za jakiś stary notatnik, który pewnie zapełnił się kilka lat temu. Zaczęła czytać.


„Wróciłam ze szkoły. Trochę zmarzłam, ale lubię zimno.
Mama Gabriela mnie przyłapała na próbie przejścia cicho do mojego pokoju. Zauważyła moją ranę. Nazwała mnie szpetną i nieuważną. Powiedziała też, że lepiej, żeby ojciec się nie dowiedział. Nie rozumiem jej”.


Nie pamiętała tego. Nawet teraz nie była pewna, co ma o tym sądzić. Była pewna, że to dotyczyło jej blizny na policzku. Ale… nie pamiętała, jak się czuła w tym momencie. Myślała i myślała… jak mogła się wtedy czuć? Nie wiedziała! Nie przypomni sobie. I to było powodem do smutku.
Czuła, jak w jej oczach pojawiają się łzy z jednego prostego zdania, które miało się przerodzić w wiele innych. „Nie pamiętam”. To zawsze było problemem. Czemu po prostu… nie może pamiętać?
Przewróciła się na bok na łóżku, podkulając nogi. Czemu nie może pamiętać prostych rzeczy? Przecież to nie może być takie trudne! Usłyszy się kilka razy, poczuje się silniejsze emocje…
Czy w tym jest cały problem? Czy to dlatego, że przez większość czasu czuje się taka… płytka? Bez większych, głębszych emocji? Czy to po prostu przykrywka tych wszystkich uczuć, które kiedyś wciągnęły ją w tarapaty? Może nauczyła się chować je ze strachu? Ale strachu przed czym? Przecież… boi się. Ale czego się do jasnej cholery boi?
Jej wizja zrobiła się zamazana przez łzy. Przetarła oczy, po czym wróciła do siadu. Chwyciła najnowszy notatnik, po czym zaczęła w nim coś notować.


„Czuję się okropnie. Nie chcę tego. Ale czego ja kurwa nie chcę? Moich własnych uczuć? Czy tego wszystkiego? Może i byłoby lepiej, gdybym nigdy się nie urodziła. … Nie powinnam tak myśleć. Życie to dar, który otrzymałam. Tak, tak mam myśleć i mówić. Ale… nie wierzę w to. Prezenty nie muszą się podobać. Można je komuś oddać, czy zniszczyć. Ale czy wtedy nie jest się samolubnym? Dali ci prezent, a ty tak po prostu go odrzucasz? To nie w porządku.
Chciałabym móc nie istnieć. Nie umrzeć, tylko po prostu… przestać istnieć. Boję się tego. Ale ciągle, pragnę tego. Pragnę tego najbardziej. Nie chcę niczego innego niż przestać istnieć. Śmierć byłaby tragicznym wydarzeniem. Ludzie na pewno czuliby się przygnębieni. Na pewno. A jakbym przestała istnieć… to tak jakby nigdy się w ogóle nie urodziłam. Ludzie by nie cierpieli, prawda? Wszystko, co moje by już nie istniało.
Chociaż, to też jest trochę smutne. … Chciałabym móc być otoczona niczym tylko ciemnością i jasnością jednocześnie, ciepłem i zimnem, czymś suchym, ale też czymś mokrym. Wszystko na raz. Albo… nic? Nie da się tak, prawda?”.


Zamknęła notatnik. Nie chce już więcej pisać. Ma tego dość. Napisała się wystarczająco w życiu. Teraz chce… tylko spokoju.


◇──◆──◇──◆
[482 słowa: Heather otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Gaspara CD Kazue — „Spotkanie kryminalistów”

Poprzednie opowiadanie

W ciągu tych paru dni swojego pobytu w tym cudownym miejscu Gaspar zdążył narobić sobie wrogów. Wiadomo, że byli zwykłymi debilami, a niektórzy z nich byli nawet od niego młodsi, chociaż zapewne nie zdawali sobie z tego sprawy. Przy niskim wieśniaku czuli się bardzo pewnie. Oczywiście nie mieli pojęcia, kim jest ta wkurwiająca laska, i że gdyby chciała, to pewnie wyrzuciłaby ich na drugi koniec sali. Obecność policjantów mocno przeszkadzała Gasparowi w jego genialnym planie. No dobra, nie miał żadnego planu. Był po prostu strasznie zły. A tak właściwie, to policjanci mogliby mu się jeszcze przydać. Chłopak miał jeszcze cień nadziei, że tym razem jakoś zareagują. Przecież to nie on zaczął, tylko ci gówniarze. Z jakiegoś powodu bardzo rzadko mieli poważniejsze problemy.
Poza tym Farkas czuł się beznadziejnie. No bo w końcu był herosem, w dodatku starszym, a dawał im tak sobą pomiatać. Oni nie wiedzieli, kim tak naprawdę był, ale jego samoocena mocno na tym ucierpiała. Nie mógł wiecznie tego ignorować. To był idealny moment, aby pokazać im, że nie mogą wszystkiego. Zwłaszcza że Kazue była obok. Gaspar nie rozumiał do końca, dlaczego, ale chciał jej zaimponować. 
Na moment spojrzał na policjantów. Nie patrzyli na nich. Sytuacja była bardzo korzystna — po chwili poszli w swoją stronę, nie przejmując się generującymi się w głowie Gaspara pomysłami. 
— Ja pierdolę. — Chłopak wypowiedział te słowa z niesamowitym spokojem. — Odpierdolicie się wreszcie, czy mam wam coś zrobić? 
Banda idiotów nie wyglądała na wystraszonych, co niezbyt spodobało się Gasparowi. Musiał coś zrobić, koniecznie. Nie myślał nad tym długo — wziął nóż ze sztućców ze stołu i skierował go w kierunku jednego z dzieciaków. 
— Po pierwsze, ta wkurwiona laska w każdym momencie może wywalić cię przez okno. Jak już się tobą zajmiemy, to nie będziesz słuchał już żadnych wywodów, obiecuję. 
Samo gadanie nie wystarcza. Gaspar rzucił w bok nóż. Uznał, że to kiepski pomysł. Nóż nadawał się raczej do smarowania masła, zresztą, nie zwariował aż tak. Po prostu rzucił się na dzieciaka. To był jego sprawdzony sposób, który zastosował w swoim niespokojnym życiu już wiele razy. Zgodnie z zamierzeniami, wkurzający kretyn poleciał na podłogę, zmiażdżony pięćdziesięciokilowym ciężarem Gaspara. No, grunt, że wyrżnął dość mocno. Najwyraźniej nikt się tego nie spodziewał, bo wszyscy wokół wpatrywali się w milczeniu w tę dziwną walkę. Tylko Kazue zajęła się jakimś drugim chłopakiem. Zadowolony z sukcesu Gaspar nie pomyślał, że może powinien być odrobinę ostrożniejszy. Chwycił krzesło, i zaczął uderzać nim w przerażonego chłopaka. Piętnastolatek nie rozumiał, dlaczego tym razem jego wróg wcale nie reagował. Leżał wciąż w tej samej pozycji, dzielnie przyjmując wszystkie ciosy. 
Po chwili Gaspar niestety ogarnął, o co chodzi. Do pomieszczenia wszedł jeden z wychowawców. Oczywiście nie znał sytuacji, więc był pewny, że to Gaspar jest tu jedynym dręczycielem. Jednym mocnym ruchem odciągnął go, coś tam krzyknął i wyprowadził. 
Był zaskoczony, ale przecież to musiało się stać. Był w zakładzie karnym, tutaj nie mógł tak po prostu bić dzieci krzesłem i nie zostać przyłapanym. Mimo że w zasadzie to oni go dręczyli, a nie on ich. Spojrzał z załamaniem w psich oczach na Kazue, która w ostateczności też musiała z nim pójść. Wychowawca uznał, że też zachowywała się zbyt agresywnie i nieodpowiednio. Jeszcze nie wiedział, że ona wcale nie jest stąd. 
Szli korytarzem w całkowitej ciszy. To wszystko było gówno warte. Gaspar najpierw kłamał dla niej w sądzie, a teraz sam wpakował ją w kłopoty. I to w taki debilny sposób! Nie powinien dawać się tak łatwo sprowokować jakimś dzieciakom. A jeśli już, to lepiej byłoby wyładować swój gniew w jakiś ostrożniejszy sposób. Ale było już za późno nawet na jakiekolwiek przemyślenia. Gaspar zawsze będzie tylko Gasparem. Skoro problemy w sądzie niczego go nie nauczyły, to już chyba nic mu nie pomoże. 
Bardziej niż kary bał się jednak o Kazue. Nagle stała się dla niego miła, ale to dlatego, że jej nie wydał. Był przekonany, że teraz, kiedy wpakował ich obu, wszystko wróci do normalności. Albo jeszcze gorszej normalności. Przed wejściem do gabinetu obiecał sobie w myślach, że jeśli dziewczyna go za to znienawidzi, to postara się po prostu o tym zapomnieć. Nie może się tak przejmować jakąś laską, to nienormalne!

Kazue?
◇──◆──◇──◆
[683 słowa: Gaspar otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]