JESIEŃ, ROK TEMU
Aye był czasem samolubny, a już na pewno wtedy, kiedy w grę wchodziło rozwiązanie jakiejś popieprzonej sprawy mitologicznej, bo przecież zwykły człowiek nie zwróciłby szczególnej uwagi na podejrzanie wyglądającego starca na wózku inwalidzkim. Aye czuł, że coś jest nie tak i czuł też, że chciałby zająć się tym sam; widząc jednak powagę Chaita, pomyślał o możliwości współpracy. I tak mu pomagał. Z własnej, nieprzymuszonej woli.
— Dziadka na wózku.
Widząc wzrok Chaita i to jak zabawnie zaczynają unosić się jego kąciki ust, zwątpił w jakąkolwiek współpracę.
— Dziadka na wózku — powtórzył, próbując powstrzymać śmiech.
Aye napiął już chyba wszystkie mięśnie na swojej twarzy. Wyglądał zapewne bardzo podobnie do tego starca: tak samo pomarszczony i zmizerniały, jakby przez całe życie smażył się na słońcu, bo nie chciał sobie wmówić, że spf hamuje procesy starzenia.
Dzieciak Hefajstosa najpierw się rozejrzał. I to nie dlatego, bo bał się, że ktoś ich podsłuchuje — przecież i tak nikt by nic nie zrozumiał z tej rozmowy — ale dlatego, bo potrzebował jakoś rozładować swoją rosnącą frustrację na Chaita.
— To nie jest zabawne — powiedział stanowczo, ale na Chaita te słowa chyba nie działały. — Mogę załatwić to sam, jeśli nie chcesz pomagać.
Wtedy Chait się uspokoił. Z twarzy zszedł mu zadziorny uśmieszek, a na jego miejsce wpełzła dziwna maska poważniaka. Aye się trochę przestraszył.
— Dobra, spokojnie, chcę to szybko załatwić, żeby kierownik się nie zorientował i żeby…
— To mnie posłuchaj — Aye trochę wciął się mu w słowo. Zawsze czekał, aż ktoś skończy mówić, ale tym razem wolał się pospieszyć. Chait i tak wydawał się zbyt powolny, jak na to, że ucieka im dziadek na cholernym wózku. — Musimy znaleźć tego starca. Podejrzewam, że to on jest winny tej całej sytuacji.
Chait podrapał się po brodzie w taki sam zabawny sposób, w jaki robią to bohaterowie filmów, zanim powiedzą coś olśniewającego. Chait jednak w przeciwieństwie do tych bohaterów nie wymyślił żadnego planu. Bardziej trzymał się myśli, by załatwić to szybko i by nie wplątać niepotrzebnie Aye w kłopoty. Aye za to gorączkowo myślał, bo cholera, przecież to zwykły starzec, po co miałby robić takie zamieszanie wokół siebie?
Kiedy tak stali zagubieni we własnych myślach obok nich, praktycznie przejeżdżając po stopach, przemknęły koła wózka inwalidzkiego. Aye od razu się otrząsnęło. Spojrzało w tamtym kierunku i wbiło wzrok w plecy śmiejącego się starca.
Chaitowi nie trzeba było dwa razy mówić. Właściwie nie trzeba było nic mówić. Od razu rzucili się biegiem za wózkiem, udając w tłumie ludzi, że się baardzo gdzieś spieszą i ten pośpiech nie wynika z jakiegoś głupiego powodu, którego i tak nikt nie zrozumie, ale bardziej z chęci, by zdążyć na jakąś atrakcję (tak jakby Chait nie był tutejszym pracownikiem).
Aye wpadł przypadkiem na jakąś panią, ale kobieta okazała się bardzo miła i tylko poprosiła, by na siebie uważali. Aye oczywiście jej podziękowało i przeprosiło, a Chait szeroko się uśmiechnął, jak te wszystkie biegające w koło dzieciaki. Najgorsze, że Aye nawet uznało to za urocze. Matko święta.
— Stój! — krzyknęło Aye. — Niech pan poczeka!
Głupio było myśleć, że się zatrzyma. Starzec miał dużo siły w rękach. Jechał na pełnym gazie i nawet nie myślał, że posłuchać jakiegoś smarkacza.
— Nie możesz tego jakoś zatrzymać? Wiesz maszyny i te rzeczy…
— Ty myślisz, że ja mam telekinezę?
— No, a nie?
Aye postanowiło nie odpowiadać. Zabrakło jejmu nawet słów, by to jakoś skomentować. Na dodatek cały czas było w biegu, więc wolał nie ryzykować, że rozproszone znowu na kogoś wpadnie.
Chait się uśmiechnął, delikatnie, pod nosem i bez słowa… zrobił coś rękoma, po czym dmuchnął w powietrze. Parę metrów przed nimi i trochę bliżej pędzącego dziadka pojawiła się iluzja. Aye wiedział, że to iluzja, bo Chait świetnie skopiował samego siebie oraz jejgo. Dwie iluzje stały i czekały, aż dziadek w nie wjedzie; a nieświadomy niczego starzec trochę zwolnił, co umożliwiło półbogom złapanie za uchwyty na tyle wózka.
Aye nacisnął jeden hamulec, a drugi ścisnął Chait. Wózek stanął w miejscu.
— Co pan wyprawia? — sapnęło Aye. Pot zaczął wpływać jejmu z czoła do oczu. Nie lubił, kiedy zaczynał się kleić. W ogóle nie przepadał za bieganiem, a ten nieznośny starzec jejgo do tego zmusił. — Wiem, że pan coś… dosypywał do lemoniady.
Starzec nie odpowiedział. Położył dłonie na kołach i spróbował ruszyć, ale Aye nie było takie głupie i przez cały czas zaciskało dłoń na hamulcu.
— No… no nie, co pan wyrabia.
Aye pomyślało, że nie chciałoby pracować w domu spokojnej starości. Starzy ludzie są nieznośni i ten dziadek to dodatkowo udowadniał.
— Spokojnie — wtrącił się Chait. Puścił jeden hamulec, który też zaciskał i stanął przed dziadkiem. — Dlaczego pan coś dosypywał do lemoniad?
— Nudziło mi się! — zaczął rżeć. I to dosłownie rżeć, bo brzmiał jak koń.
Aye zaczęło rozumieć. Ten dziadek, ten wózek i ten koc na kolanach. To był centaur. Taki sam jak Chejron.
— Wy dzieciaki nigdy nic nie rozumiecie! — oburzył się. — Zero zabawy.
— Popsuł pan zabawę dzieciom. To nie fair.
On chyba sam jest dzieckiem, pomyślało Aye.
— Daj spokój. Daj mi się bawić. Puścicie mnie?
— Chyba pan oszalał.
Aye westchnęło. Najchętniej wróciłoby do domu i udawało, że nie ma z tym nic wspólnego. Dlaczego ten dziad jest taki nieznośny? Wyszłoby mu na dobre, gdyby przestał się upierać i skończył gadać o dobrej zabawie. Dobra zabawa się już dawno skończyła. Ono i Chait zmarnowali chyba godzinę, by zrozumieć, co się stało przy budce z lemoniadami. Chait na dodatek mógł zostać wyrzucony z pracy za niepotrzebny zamęt.
— Wywieziemy go stąd, okej?
Teraz Chait mówił do Aye.
— Z wielką chęcią.
Wzięli i wywieźli dziadka poza teren festiwalu. Nawet się nie opierał, a mijani ludzie wzruszali się, że pomagają schorowanemu dziadkowi. Na dodatek mieli ich wszystkich za rodzinę, co było dziwne, zważywszy na fakt, że Aye miało bardzo azjatyckie rysy twarzy, Chait wyglądał jak przeciętny Amerykański dzieciak, a dziadek… cóż, wyglądał, jakby dobijał do setki.
Centaura zostawili w parku, a sami wrócili na festiwal. Aye tak naprawdę mogło wrócić do domu, ale uznało, że suszy jejgo w gardle i chciałoby się czegoś napić.
— Mam nadzieję, że tam niczego już nikt nie dosypie — zażartował, a Chait parsknął śmiechem.
— Możesz mi zaufać. Przypilnuję, by się tak nie stało.
Aye pokusiło się o delikatny uśmiech. Taki szczery, bo jednak nie miał teraz powodu, by być złe na niego.
Pożegnali się pod jakąś budką ze słodkimi napojami i lodami. Aye przyrzekło sobie w myślach, że nie chciałoby znowu go spotykać, a Chait pewnie z wielką chęcią znów by poganiał starych dziadków na wózkach inwalidzkich w towarzystwie dziecka Hefajstosa. Aż Aye poczuł dreszcze na tę myśl.
KONIEC WĄTKU AYE I CHAITA
────
[1068 słów: Aye otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz