niedziela, 13 września 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wydając puszki energetyka kolejnym i kolejnym dzieciakom, Erin zaczęła czuć się jak cooking_for_my_family_of_ten amerykańska matka, z tym że to, co im sprzedawała, mogło mieć nawet bardziej chemiczny skład niż ser wyklęty w kamień zaklęty wrzucany do chicken tea czy innej buldak soup. Niketas zdążył w tym czasie niezwykle performatywnie zebrać wszystkie ulotki z Recepturą™, zanim któraś znowu dostała się w ręce jakiegoś wścibskiego dzieciaka. No bo, jakby, czemu kogokolwiek miałoby obchodzić, co kupują? Pierwszą kryjówką na ulotki miała być kieszeń Ashtona, jednak okazała się dziurawa (nie wytrzymała napięcia trzymanych tam niegdyś przedmiotów), więc Niketas wepchnął ulotki w kij od flagi Ulferta.
— Kto właściwie pisał te ulotki? — spytała Erin, gdy ostatni dzieciak w kolejce po dekadzie nieudanych negocjacji wysypał Niketasowi na rękę 4 dolary w jednocentówkach. Dziewczyna była serio ciekawa, co w ogóle jest zawarte w Recepturze™, skoro ona sama nie była pewna (a była odpowiedzialna za większość tego, co przypadkowo wpadło do gara).
— Pomidor — odparł po dłuższej chwili ciszy Ulfert, machając flagą trochę wolniej, by przewiercić Erin na wylot spojrzeniem mówiącym wszystko, co dziewczyna chciała wiedzieć.
— Haaaaaalo — dzieciak, który najwidoczniej przegapił pierwszą turę sprzedaży, pojawił się przy stoisku (musiał się do niego skradać, bo nikt nawet nie usłyszał jego kroków). — Mogę jedną puszkę tego czegoś za eeeeeeee rurki z kremem? — rzeczywiście wyciągnął z kieszeni za dużej kurtki paczkę rurek z kremem.
— Przykro mi — odparł Niketas, któremu z pewnością nie było przykro — 4 dolce, albo, jak wolisz, 4 dolce i rurki z kremem.
— Dupa — odparł młody obozowicz najbardziej neutralnym z neutralnych tonów, przez co Erin nie mogła powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.
— Nie, nie dupa — kącik ust Niketasa zadrżał — 4. Cztery. Dolary.
— Życie to nie rurki z kremem — odpyskował dzieciak, przetrząsając swoje puste kieszenie.
— Co? — odparli jednocześnie Niketas, Erin i Ulfert. I Ashton po chwili, bo w sumie nie słuchał, co się dzieje.
— Tak się teraz mówi. To teraz w modzie. Co wy internetu nie macie? Bo ogólnie to jest taka grupa sme… — urwał na chwilę — ups, chyba nie powinienem tego mówić — powiedział, po czym odbiegł, a paczka rurek z kremem wypadła mu z kieszeni. Erin podniosła słodycze, zanim ich (były) właściciel się zorientował (nie zorientował się), że właśnie stracił prowiant, na który wydał pewnie wszystkie oszczędności.
Niketas opadł z głębokim westchnięciem na leżak plażowy w hawajskie wzorki, by przeliczyć pieniądze z pirackiej skrzynki skarbonki (Erin w życiu nie widziała tyle drobniaków). Gdy już to zrobił, cała czwórka sprawiedliwie podzieliła się rurkami z kremem (Ashton dostał jedną, a Niketas o jedną więcej niż Erin i Ulfert).
— Zamierzasz się pochwalić, ile zebraliśmy? — spytał Ashton niezwykle pretensjonalnym tonem, od którego Niketas aż wyprostował się na leżaku.
— Zebraliśmy? Ty zebrałeś co najwyżej wpierdol…
Hermesiak nie zdążył dokończyć wypowiedzi, gdy nagle salwa szyszek z procy wystrzeliwana przez grupkę niezidentyfikowanych dzieciaków zza drzewa zaczęła uderzać w trójkąt-bardzo-niepotagorejski.


Niketas?
────
[468 słów: Erin otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Cherry CD Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Oblepiona brokatem, czując, jak mokre od potu kosmyki włosów przyklejają jej się do czoła, Cherry czuła, że już wszystko jej jedno. Dla zdrowia psychicznego i Cherry i Arisu (oraz w zasadzie wszystkich w towarzystwie dziewczyn, bo prawdopodobnie na nich także miało się to odbić), pułapka z brokatem mogła otworzyć się wcześniej, na przykład od razu po ich wejściu do magazynu. Przynajmniej wtedy nie zmarnowałyby tyle czasu na przetrząsanie i wyrzucanie badziewnych dekoracji, skoro teraz i tak miały zamiar wziąć pierwsze lepsze pudło, które nie oberwało szczególnie mocno brokatem. Nie podobała jej się ta opcja. Nie lubiła marnować swojego czasu. Teraz ich cała wcześniejsza praca poszła na marne. Mogłaby ponownie zrobić selekcję rzeczy w nienaruszonych pudłach, ale wszyscy byli poirytowani i zmęczeni, a nie chciała w ten sposób fatygować dalej Arisu. Robiło się już późno, ślęczenie samemu nad tymi dekoracjami doprowadziłoby ją już do szewskiej pasji, nie mówiąc o tym, że czuła, że strasznie kusi los i gdzieś tu czaiła się na nią kolejna pułapka. Nie, trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić. Nawet najobrzydliwsze dekoracje mogły stać się piękną aranżacją, jeśli ktoś miał odpowiedni gust estetyczny i kreatywność. Tej myśli musiała kurczowo się trzymać, licząc, że odziedziczyła coś nie tylko po lekarskiej stronie ojca Apollina, ale także po stronie artystycznej jego i matki.
Poza tym czuła cholernie silną potrzebę umycia się. I rozpłakania pod prysznicem.
Westchnęła. Opuściła miotełkę i wpatrzyła się w świecącego brokatem Atlasa, zastanawiając, czy powinna zaufać jakkolwiek dziecku Merkurego, czy powinna jakkolwiek zaufać jemu.
— Atlas — zaczęła, powoli artykułując jego imię i udając, że nie słyszał propozycji Arisu — czy możesz, proszę, zanieść te trzy pudła do koloseum?
Trzy pudła na całe koloseum. Musiały być naprawdę kreatywne i mieć naprawdę odpowiedni gust estetyczny, żeby to rozłożyć. Musiały też być naprawdę przekonujące, żeby namówić dzieci Ceres do sekretnego przygotowania większej ilości bukietów, niż była taka potrzeba. Resztkami swojego optymizmu wykrzesała z siebie grzeczne pytanie, zdolna nawet do powiedzenia proszę. Atlas nie mógł jej odmówić w tym stanie. W zasadzie nawet nie próbował się wymigać, przestępując tylko z nogi na nogę i opierając się o miotłę.
— …mogę — mruknął słabo, nieprzyzwyczajony do bezdyskusyjnych odpowiedzi.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się do niego bez przekonania.
Wymamrotał coś, co brzmiało jak „drobiazg” i schylił się po zamknięte pudełka. Uznał, że weźmie wszystkie na raz, więc Cherry musiała pomóc mu z wpakowaniem ostatniego kartonu na stos układający się w jego ramionach. Pakunki nie były ciężkie, ale ułożone w ten sposób stały się wieżą zasłaniającą widok Atlasowi. Musiał przytrzymywać kolubrynę czołem, żeby żadne pudełko nie zsunęło się na podłogę, a nawet w ten sposób miał problem, żeby wyjść z magazynu. Cherry przytrzymała mu drzwi, a on wybył chwiejnym krokiem.
Dziewczyna zamknęła za nim wejście i oparła się o ścianę. Jeśli Atlas miał zamiar wyglebić się z tymi pudłami po drodze do koloseum, ona na szczęście miała już tego nie zobaczyć, a w związku z tym — dopóki dekoracje prędzej czy później trafią na miejsce — nie będzie to jej problem.
Teraz jej problemem znowu był brokat na podłodze. Arisu wyciągnęła skądś worki na śmieci i zaczęła zmiotką wrzucać do nich drobinki świecącego plastiku. Jedna z nich musiała jeszcze przynieść z kuźni odkurzacz. Cherry nie była fanką tego… urządzenia. Wszyscy półbogowie zgodnie odmówili kupna prawowitego odkurzacza w sklepie z elektroniką, w związku z tym dzieci Wulkana musiały sklecić własny. Nigdy nie wiedziała, który przycisk odpowiada za sprzątanie, który jest odkurzaczem do liści, a który maszyną do lodów.
— Koniec na dzisiaj po sprzątaniu? — podsunęła Cherry. Sama nie była do końca zadowolona z tej propozycji, próbując zdusić w sobie uczucie, że naprawdę nic tego dnia nie zrobiły, a wręcz przeciwnie, tylko dołożyły sobie pracy. Kiedy jednak zawiesiła wzrok w szybie niewielkiego okienka magazynu, zauważyła, że słońce już prawie zaszło i powoli robiło się ciemno.
Arisu podążyła za nią wzrokiem i westchnęła.
— Tak. Tak, chyba tak.
— Jutro po porannym rozdaniu obowiązków możemy pójść do koloseum i podjąć drugą próbę. Zagadam dzieci Ceres, czy będą chciały nam pomóc.
Kiedy zaczęły odkurzać, idiotycznie łudziła się, że szybko im pójdzie. Źle. Bardzo źle. Głośny alarm nieprawidłowej odpowiedzi. Odkurzenie podłogi zajęło im kolejną godzinę, a nawet po wyłączeniu odkurzacza co chwilę znajdowały zagubione kupki brokatu ukryte w rogach, pod kartonami i pod proporcami. Cherry wróciła do baraku, popatrzyła na swoją nieskazitelnie białą pościel i resztkami sił powłóczyła nogami w stronę pryszniców. Rano na poduszce i tak znalazła pozostałości brokatu.

Następnego dnia dziwnie było widzieć Arisu niebłyszczącą. Miała (a w zasadzie to obie miały) podkrążone oczy z niewyspania. Cherry, z szacunku do siebie, nie nałożyła na twarz ani krztyny makijażu, obawiając się, że któryś z cieni okaże się brokatowy. Taki niecodzienny w jej wykonaniu image przynajmniej odstraszał wszystkich obozowiczów, którzy tego dnia planowali ją wkurzać.
Wchodząc na arenę, nagle poczuła, że koloseum jest dwa razy większe, niż je zapamiętała, a przecież widziała je już wielokrotnie w ciągu jej siedmioletniej męczarni na wzgórzach Oakland. Marne trzy pudła, które Atlas dostarczył — jakimś cudem — w jednym kawałku, nie pokryją w pełni pewnie nawet najbliższych toalet. Nawet jeśli więcej kartonów z dekoracjami przetrwało, Cherry nie miała zamiaru wracać do magazynu. Pomieszczenie za zamkniętymi drzwiami czekało na kolejnego naiwniaka, który wpadnie w jakąś pułapkę albo znajdzie pominięte resztki po brokacie.
Arisu kucnęła przy jednym z kartonów i odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, że zamknięty karton skutecznie uchronił dekoracje przed oberwaniem od brokatu. Materiały w środku były nieskazitelnie czyste… i cholernie różowe. Fuksja, magenta, amarant, barwy raczej kontrastujące z królewskim fioletem Obozu Jupiter. Cherry uklęknęła przy kolejnym pudle i zaczęła wyjmować różowe szarfy i papierowe serduszka.
— Dekoracje na walentynki? — zapytała retorycznie, ważąc w dłoni rekwizyt strzały Amora i pluszową atrapę dziecka w tetrowej pieluszce, za którą bóg pożądania miał pełne prawo się obrazić. — My w Obozie w ogóle obchodzimy walentynki?
Walentynki zawsze były raczej świętem na własną rękę. Okej, w kawiarni Bombilo w lutym zawsze można było kupić przesłodzone ciastka w kształcie serduszek, na rynku sprzedawali więcej kwiatów, a legioniści częściej podawali między sobą niezidentyfikowane liściki. Czasem zdarzało się, że ktoś otrzymywał zaproszenie na absurdalną walentynkową misję od któregoś z Erotes. Jako centurionka obserwowała zamieszania w relacjach między legionistami. Ale poza tym to był… dzień jak co dzień. Z pewnością nie taki, żeby gromadzić na niego specjalne dekoracje, bo centurionka dałaby sobie uciąć rękę, że nie organizowali nigdy żadnych walentynkowych imprez, do których takie materiały byłyby przydatne.
Wcześniej uparcie powtarzała sobie, że „nawet najobrzydliwsze dekoracje mogły stać się piękną aranżacją, jeśli ktoś miał odpowiedni gust estetyczny i kreatywność”. Teraz pomyślała, że walentynkowych dekoracji za nic w świecie nie dało się obronić. Mogły udawać, że nikt nie zorientuje się, jakie święto obchodzą we wrześniu, wmówić ludziom, że to także celebracja miłości, przygotować nowe dekoracje (co przeczyłoby ich pierwotnym założeniom) albo zostawić koloseum całkowicie łyse i uciec na Bahamy.


Arisu?
────
[1109 słów: Cherry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Jedną z tych nielicznych pozytywnych cech, które dostawało się w wyniku tego, że akurat twój ludzki rodzic postanowił spiknąć się z bogiem, był niesamowicie krótki czas reakcji. Mózg Is potrafił nie sprawdzać się na naprawdę wielu płaszczyznach, ale za to potrafił bardzo szybko zareagować w sytuacji, która wymagała dobrego refleksu. Ktoś tam jej kiedyś w obozie tłumaczył, że to właśnie dlatego większość półbogów rodzi się z ADHD, ale w tamtej konkretnej chwili była zbyt zajęta podkładaniem śmierdzącej bomby pod krzesełko grupowej domku Afrodyty, więc niewiele z tego pamiętała. Zresztą, kogo obchodziły przyczyny; najważniejsze, że to działało.
— Wiecie co, ja kiedyś trenowałam akrobatykę… — wypaliła nagle, ze wzrokiem wlepionym we wciąż tlącą się, stopioną lampę. — Tak właściwie to do końca liceum. Dalej dobrze się ruszam. Powinnam doskoczyć — dokończyła, wskazując jedną z tras do gniazdka; wymagała ryzykownego przejścia nad dwiema kałużami.
Isobel oczywiście z akrobatyką miała do czynienia co najwyżej w telewizji. Chyba że można by do niej zaliczyć lawirowanie po barze z tacą, na której stało pięć piw (co wbrew pozorom wcale nie było takie łatwe). Pewnie od razu skoczyłaby, żeby wyjąć wtyczkę z gniazdka, ale jakoś nie chciała, żeby nowo poznane koleżanki oskarżyły ją o bycie na sterydach.
Przeniosła wzrok z biednej pieczarki na Kalinę, która wyglądała, jakby już liczyła w głowie, ile pieniędzy zaoszczędziłyby z Amandą, gdyby od razu kupiły tę głupią lampę za więcej niż półtora dolca.
— To się zaraz znowu zapali — rzuciła z niepokojem Amanda, cofając się jeszcze o krok.
Wszystkie trzy niemal przytulały się do blatu, żeby znaleźć się jak najdalej od strefy katastrofy. Is postanowiła, że skoro znajdowała się na miejscu zbrodni, to w pewnym sensie jest współwinna, więc pora się wziąć za naprawianie szkód.
— Dobra, to—
— Nie, nie, nie, to nie jest dobry pomysł — przerwała jej Kalina, szybko kręcąc głową. — Może damy radę to jakoś powycierać.
— Gorsze rzeczy się robiło — powiedziała jedynie Isobel, szczerząc zęby w uśmiechu.
Potem podeszła do krawędzi pierwszej, mokrej plamy i na moment zmrużyła oczy, oceniając odległość. Kuchnia wcale nie była duża, więc przecież bez problemu powinno jej się udać.
Pech chciał, że czubek jej buta trafił na wciąż rozwinięty, mokry ręcznik papierowy. Gumowa podeszwa była na tyle dobrym izolatorem, że najnieprzyjemniejszym tego elementem był odgłos chlupotania wody, ale za to się poślizgnęła. Odruchowo próbowała złapać się stołu, ale ostatecznie to może i lepiej, że jej się nie udało; nie wyglądał, jakby był na tyle solidny, żeby nie przewrócić się razem z nią. Is wylądowała więc tyłkiem na twardej, ale za to suchej podłodze. Skrzywiła się lekko. Teraz pewnie przez najbliższe kilka dni nie będzie w stanie wysiedzieć jak człowiek na wykładach.
— Chryste panie, żyjesz? — zapytała Kalina, która zaledwie chwilę później znalazła się obok. Udało jej się to zdecydowanie dużo zgrabniej. Is zmarszczyła brwi.
— Też trenujesz akrobatykę, co? — zapytała głupio, przyjmując rękę dziewczyny, która chciała pomóc jej wstać.
— Nie, skoki w dal.
— To ciekawe, bo wiesz co—
— Czy wy możecie kurwa odłączyć w końcu ten kabel z gniazdka? — przerwała im Amanda niecierpliwie, wciąż z nieufnością spoglądając na lampę, z której nadal unosiła się cienka strużka dymu.
Is zamrugała.
— A, tak — bąknęła.
Kucnęła i wyciągnęła rękę w kierunku ściany. Na pewno nie zamierzała znowu skakać. Na szczęście ta odległość była zdecydowanie mniejsza. Zatrzymała się, zanim złapała za wtyczkę.
— Jeśli kopnie mnie prąd i się przekręcę, to zażądajcie w moim imieniu, żeby napisali mi na nagrobku „to wcale nie jest tak, że elektryka prąd nie tyka” — powiedziała tylko, a potem pociągnęła kabel.
Wtyczka wyskoczyła z gniazdka wraz z paroma iskrami i pewnie gdyby izolacja kabla była w którymś fragmencie nieszczelna, to Isobel skończyłaby w konwulsjach na podłodze, ale na szczęście jego wykonanie było zdecydowanie lepsze, niż samej lampy, więc kabel spokojnie dyndał w jej dłoni. Wstała, na wszelki wypadek trzymając winowajcę w pewnej odległości.
— Po krzyku. Myślicie, że można już ją całkiem zgasić? — zapytała, zerkając na lampę.
Kalina pokręciła głową.
— Lepiej chwilę poczekajmy. Nie stać mnie na to, żeby to mieszkanie poszło z dymem.
— Nigdy więcej elektroniki z drugiej ręki — mruknęła pod nosem Amanda, ostrożnie przechodząc nad małą kałużą w progu kuchni. Musiała jakoś przetransportować tu mopa z łazienki.
Is zerknęła najpierw na zwisający z jej dłoni kabel, a potem na Kalinę.
— No, ale przynajmniej teraz już wiem, że nigdy w życiu nie spojrzę na lampę w kształcie grzyba — powiedziała, zdmuchując sobie grzywkę z oczu.


Kalina?
────
[712 słów: Isobel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Nie po to zbierałem je cały ranek, żeby teraz dać im- Ej! Zostaw to!
Weronika obserwowała z boku, jak Mikołaj, mocno trzymając rączkę koszyka, siłuje się z rozbawioną najadą. Walczył dzielnie i zawzięcie, ale kiedy już wydawało mu się, że zwyciężył, wodna nimfa zawołała koleżankę. Chłopak chlusnął w wodę, a pływające truskawki otoczyły go wesoło. On, gdy wstał, taki wesoły już nie był. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem.
— Kurwa… mać — przeklął po polsku, odkasłując wodę między słowami.
— Twoja wina — wzruszyła ramionami. — Tak to jest, jak człowiek zajmuje się głupotami, kiedy świat się wali.
Mikołaj przerwał wykręcanie wody z koszulki i westchnął z irytacją.
— Twoja stara się wali — prychnął.
— Nie obrażaj bogini Ateny, z łaski swojej — założyła ręce na piersi. — Nie masz prawa tak mó-
— Z łaski swojej, zamknij w końcu mordę — przerwał jej. Weronika mimowolnie posłuchała polecenia i spojrzała na niego, zaskoczona nagłym przypływem agresji.
Mikołaj trzymał koszulkę u dołu, próbując ograniczyć powierzchnię, którą mokry materiał dotykał jego ciała. Bogowie — myślał — jeśli chcecie wysłać mnie do piekła, niech chociaż będzie suche. Mokra szmata nieprzyjemnie kleiła się do jego klatki piersiowej i pleców sprawiając, że nie tylko było mu zimno, ale też czuł się okropnie nieprzyjemnie. Z każdą kolejną sekundą irytacja wzrastała w nim coraz bardziej, a komentarze Weroniki zdecydowanie nie poprawiały sytuacji. Jakby tego było mało, niepokoił go ciągle podnoszący się poziom wody. Przed chwilą ocean ledwo dotykał jego kolan, a obecnie sięgał połowy ud.
— Przepraszam, ja… — odezwał się chwilę później, gdy trochę ochłonął.
Nie zdążył dokończyć. Kolejna fala, większa niż poprzednie, ochlapała ich z góry do dołu. Weronika, której do tej pory udało się pozostać względnie suchą, teraz również ociekała wodą. Z jej ust wydobyło się kilka przekleństw, tym razem rosyjskich. Woda sięgała im do pasa.
— Wracając do twojej matki — odważył się Mikołaj, unikając jej spojrzenia.
— Nie — urwała.
— Na pewno nie macie jakiejś zasady, w której pisze, że dzieci Ateny nie mogą zbliżać się do oceanów?
— Jest napisane — poprawiła. — Nie.
— To dlaczego, na bogów, tylko twoi toną?!
Weronika przerażona spojrzała w stronę zbiornika, zapominając o chęci odpyskowania. Gdzieś w oddali wypatrzyła dwójkę jej rodzeństwa, zanurzonych po szyję w wodzie. Przeklęła zdenerwowana. Po chwili przeklęli oboje, widząc jak Maur spada z hippokampa.
— Cholera jasna…
— Myślę, że jako grupowa, do tego świetna pływaczka, powinnaś ich uratować — Mikołaj na wszelki wypadek cofnął się o kilka kroków, wychodząc z pola rażenia Weroniki.
— Są mądrzy, poradzą sobie — odparła bez przekonania.
— Tchórz.
— Nie, mój drogi, Dostojewski pisał, że tchórzem jest ten, kto ucieka. A ja nie uciekam.
— Nie, ty stoisz. Jak tyka przy pomidorze.
— Przynajmniej nie truskawkach.
— A propo truskawek, patrz tam — Mikołaj ze śmiechem wskazał miejsce, w którym dwa hippokampy oraz Sony przerzucały między sobą owoc, niczym piłkę. — Chyba się polubili.
— Obraz nędzy i rozpaczy — podsumowała zrezygnowanym tonem. — Jedni się bawią, drudzy walczą o życie.
— To prawie jak w twoich książkach — zauważył Mikołaj.
Po chwili stali się naocznymi świadkami przestępstwa. Do wesołej gromadki podpłynęła jedna z najad. Hippokampy, zadowolone z nowego towarzysza zabawy, zaprosiły ją do kółeczka. kiedy jednak truskawka trafiła w ręce nimfy, ta z uśmiechem na twarzy odrzuciła ją daleko, kilkanaście metrów wgłąb oceanu. Następnie, jakby nigdy nic, podpłynęła do jednego z obozowiczów (o dziwo, tym razem nie dziecka Ateny) i wciągnęła go pod wodę.
Mikołaj i Weronika spojrzeli po sobie z przerażeniem. Całą uwagę skupili na biednym herosie, próbującym wyrwać się z mokrych objęć najady. Zignorowali też ostrzegawcze krzyki Sony. Szukające nowego zajęcia hippokampy płynęły w ich stronę.
Nagle poczuli, że coś ich unosi, a sekundę później w szybkim tempie oddalali się od miłego, suchego brzegu. Wodne koniki urządziły sobie wyścig do bliżej nieokreślonego celu, a przerażeni nastolatkowie na ich grzbietach mocno trzymali się szyi zwierząt. Mikołaj modlił się w duchu do wszystkich bogów świata, nie ważne, czy w nich wierzył, aby nagle nie wpadły na pomysł popisywania się nurkowaniem lub skakaniem salt.


Weronika?
────
[630 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Lucasa — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Co? — Lucas zamrugał kilkukrotnie, próbując przetrawić to, co usłyszał od nastolatka. Spojrzał na Mię, jakby chciał upewnić się, że nie ma omamów, ale ta jedynie zachichotała.
— Pytałem, czy pojechałbyś ze mną-
— Wiem, o co pytałeś — przerwał mu, nadal lekko zaskoczony. — Ty wiesz, jak daleko to jest, nie?
— Wiem — wzruszył ramionami.
— Wiesz, ile taka podróż zajmuje? — Lucas mówił tonem, którym normalnie tłumaczyłby pięciolatkowi, dlaczego przytulenie jeżozwierza nie jest dobrym pomysłem.
— Sam mówiłeś, że kilka dni, wiem — starał się brzmieć poważnie. — Aż za dobrze — zaśmiał się.
— Wiesz, chciałbym… ale mam dziecko, studia… nie mogę od tak wyjechać na tydzień…
Mikołaj wymamrotał coś o nudnych dorosłych i mając przed oczami wizję jeszcze nudniejszych, samotnych dni w pociągu, zajął się jedzeniem ciasta. Mia podparła głowę na ręce i z przebiegłym uśmiechem patrzyła na Lucasa.
— Sprytnie — zaśmiała się. — Szkoda, że w tym tygodniu nie masz zajęć.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Mia w tej chwili by umarła. Lucas nerwowo wciągnął powietrze, a wyglądał przy tym tak komicznie, że Mia żałowała, że nie zdążyła zrobić mu zdjęcia. Mikołaj przeniósł spojrzenie z talerzyka najpierw na nią, później na Lucasa, a ostatecznie zawiesił je na Ruby, która trzymała w ręce widelczyk Lukasa, niebezpiecznie zbliżając go do oka.
— Zostaw to! — wyrwał dziecku widelczyk i położył na stole, daleko poza zasięgiem krótkich rączek dziewczynki, które teraz zajęły się uchem Lucasa.
— A Ruby? — mężczyzna zaczął przyglądać się leżącym sztućcom. — Sam widzisz, sekunda nieuwagi…
— Ja z nią zostanę — uśmiechnęła się Mia zachęcająco. Lucas westchnął. — No co? Od dawna mówisz, że chciałbyś odwiedzić Obóz. To świetna okazja, masz pretekst!
— Ale-
— Nie ma ale. Widzę, że chcesz.
— No dobra… — westchnął ponownie, jednocześnie unikając palców Ruby, której bardzo spodobały się dziurki w nosie ojca.
— Czyli jedziemy? — ożywił się Mikołaj.
— Jedziemy — przytaknął.
— Damn, poszło łatwiej niż ostatnio — zadowolony z siebie wrócił do jedzenia ciasta. Mia i Lucas wymienili zaskoczone spojrzenia, ale Mikołaj nie wyjaśnił, co takiego miał na myśli.

— Czyli najpierw dwa dni do Chicago, potem przesiadka do Pittsburga, a potem prosto do Nowego Jorku… — powtarzał na głos Lucas instrukcje Mii, przeglądającej strony z połączeniami kolejowymi.
— Tak, wyjazd o szesnastej pięćdziesiąt pięć z… tamtego peronu — wskazała tabliczkę z numerem. — Za pół godziny, idealnie.
— Dzięki, słyszałeś? — zwrócił się do Mikołaja.
— Tak, tak — chłopak nie oderwał wzroku od ekranu telefonu. — Na reddicie piszą, że w Stanach nie ma mandatów za brak biletu? Naprawdę?
— O ile się nie awanturujesz… — zgodziła się Mia. — Po prostu cię wyrzucają.
— I o ile nie trafisz na służbistę — Lucas poprawił Ruby, która zaślizgiwała mu się z rąk.
— Ale super, czyli nie musimy nawet kupować biletów!
— Musimy zarezerwować miejsca… — mężczyzna nie wyglądał na przekonanego. — Nie chcemy mieć problemów.
— Zarezerwować miejsca pół godziny przed? — Mia uniosła brew, zaskoczona pomysłem. — No, powodzenia.
— Ale-
— Nawet jak każą nam zapłacić, mandat będzie niższy niż te bilety. Widziałeś te ceny? — zauważył Mikołaj, ciesząc się ze wsparcia Mii.
— Rób jak chcesz — Mia wzruszyła ramionami. — Ale ja na twoim miejscu schowałabym się w toalecie, przynajmniej do tego Chicago.
— Idę zapytać o te bilety — powiedział stanowczo, po czym zniknął w budynku dworca.
— Nudziarz.
Kilka minut później wrócił, a wnioskując z jego miny, misja nie przebiegła pomyślnie.
— I co? — zaciekawił się Mikołaj.
— Nie ma wolnych miejsc — westchnął. — A cena… miałeś rację.
— A to ostatni pociąg dzisiaj — zauważyła Mia. — Przemyśl to.
— Mamy dziesięć minut — dodał Mikołaj.
Lucas zawiesił wzrok na torowisku, w myślach analizując wszystkie plusy i minusy decyzji, którą zamierzał podjąć. Wziął głęboki oddech, a z zamyślenia wyrwał go komentarz Mii.
— Masz dwadzieścia lat, czy pięćdziesiąt, że jesteś taki sztywny?
— Nienawidzę was — mruknął i przekazał Ruby w ręce przyjaciółki. — Oprócz ciebie, ciebie kocham — pożegnał się z córeczką.
— I nawzajem — zaśmiała się Mia.
— Dzięki.
— Super jesteś! — rzucił Mikołaj, machając Mii na pożegnanie.
Chwilę później wchodzili do pociągu. Kilka minut krążyli po wagonach, próbując znaleźć dogodne miejsce. W końcu Mikołaj powiedział, że w ich sytuacji najbezpieczniej będzie zamknąć się w toalecie, a Lucas niechętnie się zgodził. Zapowiadało się czterdzieści godzin pełnych wrażeń i smrodu z kibla. Oby bez robaków.
— A tak w ogóle… — odezwał się Mikołaj, kiedy wygodnie usadowili się na, bogom dzięki, suchej podłodze. Musiała być sprzątana maksymalnie kilka minut wcześniej. — Kim jest ten cały Sebastian Wilder? Jakiś Dziki Seba z dżungli?


Lucas?
────
[686 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Arisu już dawno powinna przestać mieć jakiekolwiek oczekiwania, a już na pewno oczekiwania na temat jakości i legalności pomysłów Atlasa. Niestety, nie potrafiła kompletnie się ich pozbyć, więc nawet teraz czuła rozczarowanie – nie jakieś duże, szanujmy się, dalej chodziło o Walkera, ale jednak jakieś. Takie kłujące gdzieś z tyłu głowy jak prawie każde inne nieprzyjemne uczucie. Nieważne jak bardzo by chciała, nie mogła nic na to poradzić. Nie w tej chwili.
Gdyby nie musiała być skupiona na pilnowaniu dzieci (i Atlasa), to pewnie już teraz planowałaby słowo po słowie to, jak zamierzała tego idiotę zwyzywać, kiedy już stąd wyjdą. I kiedy znajdą się w odpowiedniej odległości od tych dzieciaków i od podsłuchujących legionistów, bo ostatecznie też właśnie łamała zasady, a przecież nie zamierzała pogrążać też samej siebie. Przynajmniej na razie, bo była pewna, że kiedyś osiągnie ten poziom desperacji. Albo obojętności. Czasami wydawało jej się, że w to jedno i to samo.
Westchnęła. Ucisnęła nasadę nosa palcami, jakby to miało jej pomóc się skupić. Nie pomogło.
Wchodzenie z grupą dzieci po drabinie brzmiało jak przepis na katastrofę. Jeszcze większy, niż przyjście z nimi do Obozu Jupiter i poruszanie się po tajemnych przejściach, o których nie powinny wiedzieć jeszcze przynajmniej kilka lat. Już samo to musiało sugerować, że mówią o naprawdę tragicznym pomyśle.
Zresztą, mieli nie rzucać się w oczy. I działać sprawnie. Prowadzenie bandy smarkaczy z tunelu i do tunelu z definicji nie było ani dyskretne, ani sprawne. Widziała, jak Hailey niepewnym wzrokiem patrzy na drabinę. Jeszcze tylko brakowało tego, by któryś z tych dzieciaków miał lęk wysokości. Znając ich szczęście (lub – jego brak), to dowiedzieliby się o tym, kiedy już będą prawie na górze. Nie, to był bardzo zły pomysł.
Arisu nie była pewna, czy istnieje jakiś pomysł, który nie będzie zły. Prawdopodobnie nie. Jakie były jej inne opcje?
– Nie wejdziemy tam wszyscy – mruknęła, chyba bardziej do siebie, niż do Atlasa, a już na pewno nie do dzieci.
Zabrali ich tu pod pretekstem wycieczki. Musieli udawać, że to wycieczka. Jak, do cholery jasnej, mieli udawać, że coś jest wycieczką, kiedy planowali cały czas trzymać ich w ciemności?
Co najgorsze, była uzależniona od Atlasa. To on otwierał zamki. To on wiedział, jak poruszać się po tunelach i po obozie tak, by unikać wzroku innych. Dopiero teraz dotarło do niej, że z własnej woli postawiła się w tej dokładnej sytuacji.
– Dobra, teraz posłuchajcie – zaczęła w końcu, na szczęście od razu zwracając na siebie uwagę dzieci. I Atlasa. – Teraz Atlas wejdzie na górę, bo zanim zostaniemy tam wpuszczeni i zobaczycie, jak to wszystko wygląda, musimy upewnić się, że nie będziemy przeszkadzać, dobra?
Kilka dzieci mruknęło coś smętnie, Zebulon zdążył podskoczyć w miejscu, ale Arisu kontynuowała, zanim zdążył jej przerwać:
– Na pewno wiecie, że legioniści bardzo ciężko pracują. Dlatego ważne jest, by im w tym nie przeszkadzać – podkreśliła.
Brian i Jessica pokiwali głowami, jakby doskonale wiedzieli, o czym mówi. Hailey i Bailey nie wyglądały na przekonane, a Zebulon zaczął podskakiwać jeszcze bardziej. I tylko Kalel wyglądał, jakby nie uwierzył w ani jedno wypowiedziane przez nią słowo. Arisu przez chwilę przeszło przez myśl, że może dzieciak domyśla się prawdy, ale zaraz odrzuciła ten pomysł. Nie, nie mógł się domyślać. Nawet nie dlatego, że był tylko dziewięcioletnim chłopcem. Nie mógł się domyślać, bo jeśli się domyślał, to mógł wygadać się dorosłym, kiedy już wróci do domu. Wiedziała, że i tak będą chwalić się wycieczką – bo nawet jeśli kazaliby im trzymać to w sekrecie, to dzieci nie potrafią dotrzymać tajemnicy – i zdecydowanie nie chciała, by któryś rodzic jeszcze dodatkowo usłyszał, że była to wycieczka w poszukiwaniu zaginionego dziecka.
– Arisu na pewno odpowie na wasze pytania, jak będziecie czekać – rzucił Atlas. Arisu posłała mu jedno krótkie, mordercze spojrzenie, ale nie zaprzeczyła. Jeśli odpowiadanie na ich pytania pomoże w udawaniu, że wszystko jest w porządku, to mogła się poświęcić. Ten ostatni raz.
Jeszcze przez chwilę patrzyła, jak chłopak zbiera się do wejścia na górę i otwarcia zamka, ignorując znów trochę bardziej podekscytowane dzieci.
– Pani Arisu?
W końcu odwróciła wzrok. Brian patrzył na nią wielkimi oczami, nerwowo przestępując z nogi na nogę.
– Tak?
Przysięgła sobie, że jeśli zaraz usłyszy, że chłopiec musi do toalety, to zostawi ich wszystkich samych sobie i wyjdzie z obozu, i nigdy już nie wróci.
– A jeśli nie uda nam się zobaczyć teraz, to będziemy mogli przyjść jeszcze kiedyś?
Powstrzymała grymas.
– Och, no… na pewno będzie można o czymś pomyśleć – odpowiedziała zdawkowo.
Reszta dzieci ożywiła się i przez chwilę zajęli się rozmawianiem między sobą o tym, że koniecznie muszą pomyśleć, jakie miejsca w obozie jeszcze chcą zwiedzić. Arisu prawie zdążyła odetchnąć z ulgą, bo tak długo, jak nie musiała angażować się w ich rozmowy, to może jednak miała szansę to znieść.
– Pani Arisu?
Tym razem odezwał się Zebulon. Spojrzała na niego pytająco, więc kontynuował:
– Dlaczego wybrała pani kuszę? Wszyscy wiedzą, że miecz jest lepszy.
Otworzyła usta, gotowa go opieprzyć, ale od dalszej rozmowy uratował ich otwierający się właz.
Patrzyła, jak Atlas schodzi do nich na dół i kręci głową. Westchnęła. Dzieci też zrozumiały, co to oznacza. Kilka wydało z siebie bardzo smutne i zawiedzione jęki.
– Musimy próbować dalej – mruknęła cicho, kiedy chłopak stanął z powrotem obok niej. Skinął głową. – Nie wiem, jak długo uda nam się wmawiać im, że to tylko wycieczka.
– Postaram się pospieszyć.
Dalej irytowało ją to, że musi mu ufać, ale pozwoliła mu sprawdzić kolejny właz.
A potem kolejny.
I jeszcze jeden.
Po drugim już nie słuchała pytań, które zadawały jej dzieciaki. Myślała tylko o tym, że Kailey nigdzie nie ma i że kończą im się miejsca, w których mogą jej szukać. Nie miała pojęcia, co dalej, ani gdzie jeszcze dziewczynka mogła pójść. Czy coś jej się stało po drodze? Nie, nie mogła tak myśleć.
Atlas sprawdził ostatnie miejsce. Wrócił sam, już nawet nic nie mówiąc.
– Co teraz? – zapytał ściszonym głosem.
Arisu pokręciła głową.
– Musimy się zastanowić nad dalszym planem, ale na pewno nie możemy zostać w obozie. – Nie zamierzała przyznać, że nie ma pojęcia co robić. Nie mogła. Przecież musiała wiedzieć. – Wróćmy na Pole Marsowe. Tam nikogo nie zdziwi nasza obecność.


Atlas?
────
[1000 słów: Arisu otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 12 września 2026

Od Arisu CD Cherry — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu nie była pewna, czy cieszy się z tego, że Atlas faktycznie przyszedł pomóc. Z jednej strony znaczyło to, że posłuchał tego, co mówiła. Z drugiej jednak mógł przyjść tylko dlatego, że chciał osobiście zobaczyć tragedię, do której doszło w magazynie. Nie spodziewała się po nim żadnej dobroci serca, więc zdecydowanie bardziej stawiała na tę opcję.
Tym bardziej że nigdy nie zakładała, że naprawdę przyjdzie. Miał idealną okazję do bezpiecznej ucieczki – przecież wiedział, że Cherry i Arisu są w magazynie. Nikt by go nie powstrzymał. A to znaczyło, że tym bardziej musiał przyjść z czystej ciekawości. I jeszcze cały czas gadał, i gadał i je rozpraszał. I nawet teraz próbował tych durnych sztuczek. Nie zmienił się ani trochę, od kiedy zostali zmuszeni do współpracy, a minęło już tak wiele czasu. Och, dlaczego nie mógł być odpowiedzialny za ten durny brokat? Wtedy Cherry na pewno pozwoliłaby w końcu go zabić!
Nagle zapragnęła podejść do Atlasa i kopnąć go za samo to, że na pewno miał złe intencje. Bo zawsze je miał.
Ale nie mogła tego zrobić. Nie przy Cherry, w końcu przy centurionce nie wypadało, nieważne, jak bardzo Arisu miała na to ochotę. Na szczęście na pewno będzie miała okazję zrobić to później.
– Tylko tego nam brakuje. Żeby to cholerstwo jeszcze bardziej rozniosło się po całym obozie – syknęła wściekle, bo propozycja Atlasa była zbyt głupia, by ją przemilczeć, nawet jeśli milczenie było najlepszą taktyką. Nie chciała wierzyć, że naprawdę o to pytał. – Ominąłeś fragment, więc może skup się na jednej czynności.
Jeśli Atlas chociaż przez chwilę myślał o kłóceniu się, to nie dał tego po sobie poznać. Skrzywił się, unosząc dłoń z miotłą, jakby to miało w czymkolwiek mu pomóc i wcale nie było tylko dodatkowym pretekstem do ataku.
– Dobra, dobra. Rany…
Arisu postanowiła zignorować wzrok Cherry, który poczuła na swoich plecach. Tylko sapnęła z irytacją i spojrzała krytycznie na wyższe półki, te bezpośrednio nad nią, na których też osiadł brokat i na których dalej pozostawało go zdecydowanie zbyt dużo. Nie sięgała do nich, oczywiście, że do nich nie sięgała. Może powinna zlecić sprzątanie ich Atlasowi, ale spodziewała się, że ten specjalnie zacznie zmiatać je akurat na jej głowę.
Mogła wskazać to miejsce Cherry, która i tak zajmowała się wyższymi punktami magazynu, ale centurionka wyglądała, jakby i bez tego miała już dość egzystencji. Nieważne, jak napięta relacja była między nimi na co dzień – Arisu nie była potworem, który dręczy psychicznie już i tak udręczonych ludzi (chyba że tym człowiekiem był Atlas. Jakim w ogóle cudem on pojawiał się w każdym jej rozważaniu?). Ostatecznie westchnęła i przesunęła drabinę, dalej tak samo niestabilną, jak kilka minut temu.
– Uważaj—
Arisu spojrzała na Cherry i machnęła ręką, by ja uspokoić.
– Tylko kilka stopni. Chcę sięgnąć do tych wyższych półek.
Spodziewała się, że usłyszy jakiś złośliwy komentarz od Atlasa, ale ten siedział dziwnie cicho. Wiedziała, że na nią patrzy i że w tym celu przerwał zamiatanie, ale tym razem nie zaczęła od razu na niego krzyczeć. Liczyła, że wróci do roboty po dobroci.
I wrócił. W końcu nie miał innego wyjścia. Po chwili obserwowania, czy Arisu na pewno zaraz nie spadnie z drabiny, w procesie skręcając sobie kark, Cherry też wróciła do sprzątania. A Arisu naprawdę nie miałaby nic przeciwko temu, by skręcić sobie kark.
Przez sekundę myślała o tym, czy może celowo rzucić się z drabiny, ale miała resztki szacunku do samej siebie. Chyba. Chwilowo.
Cała trójka milczała niemal całkowicie zgodnie. Arisu kątem oka obserwowała, jak Atlas kilka razy przerywa zamiatanie i otwiera usta, odwracając się do nich, ale ostatecznie tylko potulnie wraca do pracy po tym, jak potraktowany zostaje bardzo wściekłym spojrzeniem. Nie zawsze było to spojrzenie Arisu, Cherry czasem była szybsza. Arisu nie była pewna, czy jej spojrzenia też są tak wściekłe, czy tylko krytyczne, ale i tak była to w jakiś sposób miła odmiana. Dobrze było widzieć, jak ktoś inny też cierpi przez towarzystwo tego idioty.
Nie była pewna, ile już siedzą w tym magazynie. Czas okropnie się dłużył, a brokatu dalej wszędzie było tak samo dużo. Momentami Arisu miała wręcz wrażenie, że jest go jeszcze więcej, chociaż nie miało to kompletnie żadnego sensu. Udało im się zejść już na niższe partie i prawie skończyć zamiatanie półek. Kiedy chwilę temu Arisu próbowała ostrożnie zsunąć się z drabiny, ta zachybotała się niebezpiecznie i stuknęła o półki, podnosząc w powietrze jeszcze jakąś zbłąkaną chmurę brokatu, której jakimś cudem nikt nie zauważył.
Cherry i Arisu bez słowa wskazały to miejsce Atlasowi, a Arisu zajęła się zgarnianiem brokatu z najniższych półek. Prawie cieszyła się, że już blisko końca. Niestety tylko prawie.
Patrzyła na zamiecioną w róg kupkę świecącego badziewia, a potem na wszystko wokół – też dalej tak samo świecące. Atlas też już zaczął się świecić, ale ze wszystkich rzeczy, które wydarzyły się tego dnia, ta była akurat niesamowicie satysfakcjonująca.
Przynajmniej nie tylko ona i Cherry będą przez najbliższe miesiące się tego pozbywać. A on zdecydowanie zasłużył na jakąkolwiek formę prześladującej go karmy za istnienie. Mogła być to forma mniej szkodliwa dla środowiska, ale hej, przecież nie można w życiu mieć wszystkiego.
W końcu wyprostowała się i spojrzała na Cherry.
– To chyba wszystko – powiedziała, chociaż w jej głosie nie było nawet odrobiny przekonania. – To… zostało odkurzyć podłogę?
Dziewczyna westchnęła w odpowiedzi, ale skinęła głową.
– Przynajmniej tyle, żeby dało się korzystać z magazynu.
Tym razem to Arisu skinęła głową. Żałowała, że to nie będzie koniec wszystkich ich problemów.
– I dalej musimy wybrać dekoracje. Są jakieś pudła, które nie ucierpiały?
Rozejrzały się po magazynie, ignorując Atlasa, który znowu przerwał zamiatanie, by posłuchać, o czym rozmawiają. Teraz już i tak był właściwie bezużyteczny.
– Powinno wystarczyć.
Znowu sięgnęły po miotły. Arisu odsunęła kilka zamkniętych pudeł w bezpieczniejsze miejsce, to jest, jak najdalej od zebranej kupki brokatu, z kilku strzepując jeszcze jakieś zbłąkane resztki, które później pewnie sprawiłyby im dodatkowy problem.
Ta część poszła im wyjątkowo sprawnie, mimo obijającego się Atlasa.
– Poproszę kogoś, żeby wziął dekoracje i przeniósł je na miejsce – odezwała się Cherry, kiedy udało im się uprzątnąć wszystko przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Arisu przyjęła to z ulgą. Opłukała dłonie w resztce wody z wiadra i wycierając je w papier. Dało to minimalnie lepszy efekt od strzepywania wszystkiego na podłogę. Czuła, że jeszcze chwila w towarzystwie brokatu i zacznie strzelać z gastrafetes do przypadkowych legionistów, których spotka na swojej drodze. Zerknęła kątem oka na Atlasa.
– Zawsze możesz wykorzystać, że już tu jest i wie o incydencie – rzuciła, wzruszając obojętnie ramionami.
Chociaż chyba nawet nie zależało jej, by ukryć całą tę sprawę. Może sprawcy tego niesamowitego dowcipu wtedy szybciej by wpadli. A jak już wpadną (bo na pewno wpadną) to lepiej dla nich, by od razu zaczęli żałować, że się urodzili.


Cherry?
────
[1100 słów: Arisu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]