wtorek, 30 września 2025

Od Lynn CD Ezry — „Przesyłka”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Drzwi na szczęście otwarły się i ktoś się nawet w nich pojawił. Lynn przebyła taką długą drogę, że nie uśmiechało się jej po prostu zostawienie paczki pod drzwiami i szybki odwrót. Prędzej zajęłaby się nią jakaś harpia, niżby trafiła do adresata. Jak już tu dotarła, musi dopilnować sprawy do końca. Mimo że blada postać w drzwiach wątpiła, czy kobieta trafiła z przesyłką dobrze, Lynn się nie podda.
— Tak, to na pewno tu — powiedziała na tyle zdecydowanie, ile mogła. Musiała też zachować trochę sił na trzymanie się futryny, żeby nie upaść. — Co prawda adresat nie podał dokładnego imienia, ale… jestem pewna, że to właśnie tu.
Wyciągnęła z kieszeni złożoną na parę części kartkę. Spisane były tu wymiary, kolory, adres, a nawet nieśmiałe bladoróżowe serduszko. Rozprostowała karteczkę delikatnie drżącymi palcami i pokazała dziecku Tanatosa. Nadal jednak nie dowierzało. Trzymało nadal sweter w ramionach, jednak odwróciło od niego wzrok, jakby różowy kolor miał właściwości rakotwórcze. Lynn spróbowała zajrzeć przez jeno ramię, by zobaczyć, czy nie ma może kogoś innego w środku, kto odebrałby sweter. Wnętrze domku Tanatosa jednak — pewnie przez światło słoneczne za jej plecami — było tak przenikliwie ciemne, że aż czarne. Ponad ramieniem półboga Lynn nie widziała już nic. Może była tam zasłona? Nie przypominała sobie jednak, by przed wynurzeniem się z ciemności heros coś odsuwał. Po prostu… wysunął się z ciemności, jakoś tak nagle. Wyglądał, jakby bardzo chciał wrócić tam, skąd przyszedł, pozbywszy się uprzednio swetra. Pewnie półbożę nie zdziwiłoby się, gdyby na dłoniach trzymających różowy wyrób pojawiłaby się wysypka lub trąd.
— Wie pani, jakoś nie przypominam sobie, ale mogłobym spytać…
— Byłabym bardzo wdzięczna. — Przerwała mu Lynn, która już się obawiała, że heros rzuci w nią swetrem i zatrzaśnie drzwi przed nosem.
Zakaszlała, nieco głębiej i dłużej niż się spodziewała. Przełknęła ślinę, czując w ustach smak krwi i żółci. Odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się do półbożęcia, żeby pokazać, że nic jej nie jest. 

  WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 2.03.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[313 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 28 września 2025

Od Ishy CD Dahlii i Dantego — „Podróż przez kręgi piekieł"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Trzęsła się. I to cała, od czubka głowy aż po koniuszki palców u stóp, jej ciało drżało i nie było to spowodowane zimnem, zmęczeniem ani też choróbskiem, z którego ostatnio udało jej się wyleczyć a ile zużyła tabletek i chusteczek to tylko ona wiedziała. W każdym razie - jej ciało trzęsło się ze złości, wkurwiający dzień w pracy dawał jej się we znaki, że aż miło, mimo iż wyszła z tamtego kurwidołka ponad dobrą godzinę temu. Banda baranów z drącymi ryja bachorami wołającymi menagera, bo nie ma w sklepie stacjonarnym misia, który jest ekskluzywny TYLKO i wyłącznie dla strony internetowej. Co oni myśleli, że magią tęczy i przyjaźni oraz z dodatkiem brokatu, jak troskliwe misie, wyciągnie im tego pluszaka z dupy?
Jeszcze ten tekst, że Hunter teraz przez nią płacze.
Ta, akurat, przez nią. Cóż, ona też by płakała, jakby stara nazwała ją Hunter. Co to było tak właściwie za imię? Geez, ktoś naprawdę nienawidził swojego bombelka.
Spięła mięśnie, wchodząc do pobliskiej knajpy, którą nie tak dawno miała przyjemność odwiedzić na ostatniej randce z tindera. Cóż, randka była chujowa a relacja baaardzo szybko się posypała, jednak pamięć o knajpie i dobrych burgerach z szejkami została.
Wystrój tego miejsca był… cóż, specjalny. Jakby ktoś uznał, że zrobi amerykańską restaurację z amerykańskim jedzeniem, amerykańskim piciem i amerykańskim wystrojem dla amerykańskich amerykańców. W skrócie, jak to mówiła jej nonna, jeszcze tylko brakowało nasrać na środku z tego przepychu. Najbardziej chyba rzucały jej się w oczy fotele w budkach, obite czerwoną skają i te neony pokroju "drink beer" porozwieszane niemalże na każdym skrawku ściany. Brakowało jeszcze "Live Love Laugh Home", jak w tych tandetnych filmach z lat 90.
Isha naprawdę dziękowała w duchu, że jeszcze nie kazali jej śpiewać cudownego The Star-Spangled Banner" z ręką na sercu, stojąc sztywno niczym struna zaraz po wejściu, bądź też nie sprawdzali jej narodowości, choć wnioskując po minach niektórych kelnerek nie mogła być niczego pewna. Brakowało tylko rozdawania małych, plastikowych flag, które po wyjściu z knajpy zaczęłyby swoją misję zanieczyszczania środowiska.
Nie sądziła jednak, że w tym oto miejscu, ziści się jej koszmar i zobaczy jego - typa, którego najchętniej spaliłaby w kręgach piekieł, posypała siarką i nie wiem, zakopała siedem metrów pod ziemią. Szczerzył się jak głupi do sera, machając do niej a Isha? Isha była tylko w stanie złapać za sztywna kartkę i zasłonić twarz menu, udając, że go nie widzi i licząc, że widząc jej brak jakiegokolwiek zainteresowania - typ odpuści sobie i pójdzie. Zacisnęła palce na karcie, udając, że zastanawia się nad wyborem na co ma ochotę zjeść do swojego piwa korzennego. W głowie błagała, wręcz prosiła, żeby Dante sobie dał siana i odpuścił, widząc jej brak entuzjazmu. Prosiła po prostu o święty spokój, czy to było tak wiele? Serio, chyba nie była aż tak wymagająca.
— Kurwa — syknęła, słysząc głośny trzask i brzęczenie elektroniki, które dotychczas działały normalnie. Tak, świetnie, niech jeszcze jakiś potwór się pojawi i zacznie rozdawać autografy! Zajebiście. Jeszcze tego jej brakowało do szczęścia, szczególnie, gdy gastrafetes leżał sobie wesoło w zakurzonym kartonie pod łóżkiem. Może weźmie jakąś patelnię z kuchni albo naśle szwadron gołębi, żeby na potwora nasrały. Wszystkie jej pomysły aktualnie brzmiały równie sensownie.
Spięła mięśnie, próbując uspokoić oddech.
— Ściągasz na mnie potwory?! — zwróciła się w stronę Dantego. Jego towarzyszka również nie wyglądała na przeszczęśliwą z obrotu tej sytuacji. Czyżby również padła ofiarą jego nachalności?
I nagle - łomot. Tak, zdecydowanie coś było nie tak i półbogini chyba właśnie sobie tego potwora wymanifestowała.
Isha policzyła do dziesięciu, słysząc hałas dochodzący z kuchni; trzask garnków i patelni a następnie łomot przewracającej się, najpewniej, lodówki wywołał u niej nieprzyjemne dreszcze. No tak, o patelni jako broń mogła już zapomnieć.

Dante?
────
[604 słowa: Isha otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Czyżby przyszła pani bez szpady?"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline nie lubiła przegrywać; nie sądziła też, że ktokolwiek to lubi. Jeśli miała dobry dzień, umiała ugryźć się w język i chwilowo przejść ponad porażką, ale nigdy nie potrafiła na stałe obejść się smakiem. Co to za różnica, czy odegra się teraz, jutro, za miesiąc czy za dziesięć lat? Umiała poczekać, jeżeli miała pewność, że w końcu szala zwycięstwa przechyli się z korzyścią właśnie dla niej.
Posłała Weronice bardzo koślawy i bardzo fałszywy uśmiech, kiedy dziewczyna wygrała pojedynek. Tak cholernie mało brakowało jej do wygranej! Wygrałaby, gdyby popełniła mniejszą liczbę błędów. Wiedziała, że jej błędy wynikają w głównej mierze przez to, że daje ponieść się emocjom, bo słyszała to już zdecydowanie zbyt wiele razy. To, że nie umie nad tym panować nie oznacza od razu, że o tym nie wie. Przecież nie była głupia, tylko zbyt ubogo przeszkolona.
— Gratulacje.
Głos miała o ton niższy, a palce zaciskały się na rękojeści miecza tak mocno, że skóra jej zbielała. Miała ochotę zdrapać ten zadowolony z siebie uśmieszek z twarzy Weroniki, przyczepić go na jedną ze słomianych kukieł i pochlastać go na kawałki. Zamiast tego wierciła dziurę w plecach dziewczyny, kiedy ta odchodziła.
Córka Aresa cisnęła swój miecz na ziemię, kiedy tylko straciła dziewczynę z pola widzenia. I tak już dała jej satysfakcję, pokazując te liche ochłapy wkurwienia, które nawet nie umywały się do tego, jak bardzo wściekła była.
Co mówiła jej terapeutka o atakach złości? Coś o oddychaniu i liczeniu do dziesięciu. Szkoda, że Caroline miała ochotę liczyć co najwyżej głowy trupów nabite na pale, a o spokojnym, głębokim oddychaniu nawet nie było mowy.
Podniosła broń z trawy i zdmuchnęła z niego źdźbła nieco przyschniętej już trawy. Najwyraźniej dzieciaki Demeter skupiały się na dbaniu o truskawki, a resztę obozowej roślinności zwyczajnie olały. Odgarnęła sobie z czoła włosy, które kręciły się od zetknięcia z jej potem, co z pewnego powodu dodatkowo ją wkurwiło. Musiała się umyć, albo zrobić cokolwiek innego, jeżeli nie chciała eksplodować.
Była pewna, że kiedyś się zemści, albo chociaż zażąda rewanżu. Po prostu nie wiedziała jeszcze, gdzie i kiedy.

ZIMA

Ciężko planować zemstę, kiedy nie zna się zbyt dobrze osoby, wobec której jest skierowana. Szczególnie, jeśli w międzyczasie przebywa się gdzieś setki kilometrów dalej. Caroline cieszyło jedynie to, że dzięki temu może zachować czysty umysł; myślenie nad czymkolwiek bez kurwików w oczach naprawdę ułatwia sprawę. Więc kiedy znowu pojawiła się w Obozie Herosów, nieco ponad dwa miesiące później, miała wszystko poukładane w głowie. No, mniej więcej.
— Cześć. Masz chwilę? — zapytała z uśmiechem, stając przed Weroniką.
Znalazła dziewczynę w pobliżu pawilonu, choć nie miała pojęcia, co ona niby tam robiła. Powietrze było suche i chłodne. Może i nie była to mroźna zima, ale większość jednak preferowała zostanie w budynku i rozpalenie w kominku. Caroline też wolałaby teraz nie szwędać się po dworze, ale niestety czasami pewne sprawy były ważniejsze od komfortu.
Weronika uniosła brew i spojrzała na dziewczynę.
— O co chodzi? — spytała, unosząc kącik ust w uśmiechu.
Caroline z jakiegoś powodu znowu chciała jej przypierdolić, ale tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi.
— To nic ważnego. Tak się zastanawiałam… Skoro ostatnio mnie pokonałaś, może zechciałabyś mi pomóc w treningu? Na pewno przydałoby mi się kilka rad od… lepiej wyszkolonej koleżanki — dodała, chowając dumę do kieszeni.
To, że Weronika była lepiej wyszkolona od niej, to był oczywisty fakt, ale Ley czasami wolała nie przyjmować niektórych rzeczy zbyt głęboko do siebie. To była jedna z takich rzeczy.
— …o pomoc mnie prosisz? Serio?
Weronika patrzyła na koleżankę z może nie pogardliwym, ale z pewnością rozbawionym i trochę lekceważącym wyrazem twarzy. Caroline zaplotła dłonie za plecami, tak, żeby dziewczyna nie widziała, że ściska je zdecydowanie mocniej, niż jest to wskazane.
— Tak, no bo wiesz, mam braki. Mogę się wiele od ciebie nauczyć. — "I tak dalej", dodała w myślach i ponownie posłała jej jeden ze swoich najbardziej czarujących uśmiechów.
Niesamowicie irytował jej ton głosu dziewczyny, jakim ta się do niej zwracała, ale miała szczerą nadzieję, że pozbawi jej tej pewności siebie równie szybko, jak uśmiechu.

WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 2.03.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[656 słów: Caroline otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

sobota, 27 września 2025

Od Blanche — „The Giver”

CONTENT WARNING: NSFW

Od Ash CD Quinn — „Ding-Dong! The Sphynx Is Dead"

Poprzednie opowiadanie

CONTENT WARNING: MISGENDERING, NAWIĄZANIA DO DEADNAME

LATO IV

Ashley. To przeklęte imię, które parzyło jak ogień i sprawiało, że Ash miało ochotę zerwać z siebie własną skórę. Mamroczący głos matki znowu szumiał im w uszach. Fizycznie stało tu, w tylko jednym bucie i z labrysem leżącym u stóp, ale mentalnie znowu było w tym cuchnącym mieszkaniu, którego nigdy tak naprawdę nie nazywało domem. Czuło jeszcze bardziej śmierdzący oddech matki na twarzy i dotyk tego ohydnego ubrania, które na nich wcisnęła. Ashley, Ashley, Ashley…
Przez chwilę miało ochotę powiedzieć Quinn prawdę. Zrzucić chociaż odrobinę ciężaru z serca. Ale wtedy skupiło wzrok na ich sylwetce i ugryzło się w język. Wyprostowało się, odchyliło ramiona do tyłu. Wzięło głęboki wdech i wypuściło powolny wydech. A wtedy przykucnęło i chwyciło dłoń Quinn, rozprostowując ich palce.
— Ej, robisz sobie krzywdę — mruknęło karcąco. — Jak chcesz dać upust emocjom, to zaraz znajdziemy jakiegoś frajera i zaciągniemy go do kibla. Swoje łapska zostaw w spokoju.
Starało się brzmieć nonszalancko, ale nie dało rady ukryć głębi emocji, które czuło. Martwiło się o Quinn. Przez ostatnie kilka miesięcy stęskniło się za nimi jak cholera. Być może ta odrobina czułości w głosie nie było niczym złym, nie czyniła z nich słabeusza?
Z cichym westchnieniem opadło tyłkiem na trawę tuż obok pieńka, na którym siedział Quinn. Nie puściło dłoni przyjaciela. Oczywiście głównie po to, żeby nie zadawał sobie więcej bólu. No i też po to, żeby okazać wsparcie. Kumple mogą trzymać się za ręce, co nie?
— W niezłe bagno się wpierdoliłeś pod moją nieobecność — prychnęło po chwili milczenia, mając nadzieję, że uwaga ta rozprawi się choć z częścią wiszącego nad nimi napięcia. — Możesz mi przerwać w dowolnym momencie, bo tak naprawdę chuja wiem o miłości i związkach, ale mimo wszystko wydaje mi się, że nie tak to powinno wyglądać. Bez urazy, ale dosłownie rzuciłeś się na pierwszą lepszą okazję i…
— Ale ona… — zaczęło Quinn, a Ash wiedziało, co chce powiedzieć.
— Ona co? Nie dba o to, że śmierdzisz? — przerwało im Ash, nawet jeśli wiedziało, że to niezbyt miłe. No i że właśnie zaprzecza własnemu „możesz mi przerwać w dowolnym momencie”. — Quinn, to jest absolutne kurwa minimum. Naprawdę mi cholernie przykro, że tak wiele osób ocenia cię na podstawie czegoś, na co nie masz żadnego wpływu, ale to nie znaczy, że masz łapać się byle dziuni. Ja też nie dbam o to, jak pachniesz, a jakoś nie obściskujemy się po kątach… — Przerwało na chwilę. Ta myśl wywołała w nich dziwne uczucie, które postanowiło jednak zdusić w zarodku. Odchrząknęło, zanim zaczęło mówić dalej. — To, co chcę powiedzieć to… Nie wydaje mi się, że jesteś z nią ze względu na nią. Ani że ona jest z tobą ze względu na siebie. Uczepiliście się siebie z głupich powodów i teraz masz problem. To nie jest warte twojego samopoczucia, Quinn. Widziałom może z dwie minuty interakcji między wami, a już wiem, że coś tu jest nie tak. Nie mówię, że masz tu i teraz wstać i ją rzucić, bo domyślam się, że to nie jest takie proste. Ale proszę cię, jako twój kumpel, żebyś przemyślało swoją sytuację. Zasługujesz na coś lepszego. Na kogoś lepszego.
Przez chwilę milczeli, patrząc sobie w oczy. Ash nie nazwałoby tego niemą komunikacją — samo nie było zbyt pewne, co można wyczytać w ich oczach, ani w jaki sposób powinno interpretować to, co widziało w spojrzeniu Quinn. Ciszę przerwały jednak nie słowa wypowiedziane przez jednego z nich, a dobrze im znane pikanie.
Ash od razu przypomniało sobie słowa Ashley. „Serio? Mówiłam ci, żebyś w końcu wyrzuciła to cholerstwo” — jak Quinn mogło być z kimś, kto w taki sposób wypowiadał się o jego ukochanym Tamagotchi? Gdyby nie zamieszanie, jakie panowało w tamtym momencie, Ash pewnie wytargałoby tę niunię za te jej głupie kudły.
Teraz jednak ugryzło się w język. Pikselowy zwierzaczek odezwał się w samą porę, dostarczając im pretekst do zmiany tematu na coś lżejszego i przyjemniejszego.
— O, Śluzek znowu chce szamać — mruknęło, szturchając Quinn w nogę. — Powinieneś się tym zająć, zanim… — zaczęło, ale urwało w pół zdania, gdy tylko zauważyło minę Quinn. Wyglądało jak skopany szczeniaczek, któremu ktoś na dokładkę powiedział, że jest złym psem. — Ej, co jest? — spytało, zastanawiając się, komu jeszcze powinno wpierdolić za krzywdy wyrządzone dziecku Kloacyny.
— No bo… Ja… To serio niechcący, ale… — mamrotało Quinn, którego oczy z sekundy na sekundę lśniły coraz bardziej.
Aresiątko przez chwilę wpatrywało się w kumpla jak cielę na malowane wrota. Nie miało pojęcia, jakim cudem temat kilku pikseli był w stanie prawie doprowadzić ich przyjaciela do łez. Ale wtedy przyszło na nich olśnienie.
— Śluzek podzielił los Gluta Seniora i Juniora, prawda? — spytało. Powoli i spokojnie, jak saper rozbrajający bombę. Nie miało pojęcia, co by zrobiło, gdyby Quinn nagle zaczęło przy nich płakać.
— No… A po nim Śluzkowina… — przyznał zrozpaczony właściciel pikselowego gluta numer… Który to był już numer? Aha, okay, zrozpaczony właściciel pikselowego gluta numer pięć.
— No dobra. To kto tam teraz piszczy w twojej kieszeni? Pokazuj. — Ash wyczekująco wyciągnęło rękę w kierunku kumpla.
— Blastoise — odparł Quinn, pociągając nosem. Podał im małe jajowate urządzonko, na którym znajdował się pikselowy stworek. — Staram się dbać o niego lepiej niż o jego poprzedników. Już udało mu się pobić ich rekord długości życia.
— No i zajebiście. Daj mu żreć, żebyśmy zaraz nie musieli wymyślać imienia dla kolejnego zwierzaka. Chociaż jak już jesteśmy przy pokemonowych imionach, to jestem za tym, żeby następny nazywał się Gengar. To jest, za te sto tysięcy lat, przez które Blastoise będzie sobie szczęśliwie żył w twojej kieszeni — oznajmiło, oddając Tamagotchi jego właścicielowi. — A potem pójdziemy utopić komuś łeb w kiblu. Na poprawę humoru. No i żeby uczcić to, że ten cholerny Labirynt znowu jest otwarty — dodało, szczerząc japę.
Najlepiej utopmy łeb Ashley, dopowiedziało jeszcze w myślach. Wolało jednak nie zdradzać tych marzeń na głos.

Quinn?
────
[942 słowa: Ash otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Lexi CD Dicka — „Stary Donald farmę miał”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA III

Pocałowała Dicka. Swojego najlepszego przyjaciela. Przez chwilę serce biło jej jak szalone. Przecież ona nawet nie wiedziała, jak się całować. Dick pewnie też nie (chyba że za jej plecami prowadził podwójne życie jako donżuan), ale…
Ale wtedy on odwzajemnił ten pocałunek. Krótko i słodko. Idealnie. Ich twarze pozostawały blisko, a ich oddechy ogrzewały niewielką przestrzeń między nimi. Czuła, jak kąciki jej ust unoszą się w głupkowatym uśmiechu.
— No narrreszcie! — zagruchał Grusław, przerywając ciszę, która zapadła również wśród zwierząt.
— Móóówiłam, że ta dwóóójka potrzebuuuje tylko małego popchnięcia — skwitowała zadowolona Pani Moo.
Kolejne zwierzęta dodawały swoje trzy grosze, wyraźnie zadowolone z tego obrotu spraw. Gwar na nowo wypełnił prowizoryczną oborę.
— Co one mówią? — spytał nagle Dick.
— Cieszą się. Kury już założyły fanklub i próbują wymyślić nazwę dla naszego shipu — odpowiedziała, chichocząc pod nosem.
Otworzyła oczy. Od razu napotkała spojrzenie tych należących do niego. Ciemny odcień brązu, który zdobił jego tęczówki, jeszcze nigdy nie zdawał jej się tak ciepły jak teraz, w środku zimy.
— To… Co teraz? — spytała po chwili milczenia. Pierwsze emocje opadły, a wątpliwości zaczęły powoli krążyć po jej umyśle jak natrętna chmara much.
Co, jeśli Dick zaczynał teraz żałować tego, co się właśnie między nimi wydarzyło? Co jeśli uzna ją za wariatkę? Co jeśli właśnie zniszczyła ich przyjaźń? Co jeśli-
— Teraz… — zaczął Dick, wyraźnie zmieszany, ale również zdeterminowany. — Teraz powinienem ci zadać pewne pytanie. — Wziął głęboki oddech i rozejrzał się nerwowo, jak gdyby spodziewał się, że właśnie w tym momencie jedna z belek spadnie mu na głowę i przerwie jego wypowiedź. No cóż, to by było w stylu jego „szczęścia”. — Lexi, czy zostaniesz moją dziewczyną? — spytał, a zwierzęta znowu zamilkły, oczekując na jej odpowiedź.
Gdyby usłyszała takie pytanie od kogokolwiek innego, uznałaby je za naprawdę kiczowate. Jej samej nie przychodził jednak na myśl żaden nie-kiczowaty sposób na rozpoczęcie związku. Poza tym, to był Dick. Słyszała z jego ust już setki głupkowatych tekstów. A ten… Ten był również uroczy. Wypełniał jej brzuch chmarą motylków.
— Tak, Dick, zostanę twoją dziewczyną — odpowiedziała, a wyszczerz na jej twarzy sięgał od ucha do ucha.

ZIMA IV

Pierwszy rok jej związku z Dickiem był pełen przygód i wizyt w infirmerii. Wiosną i latem często po treningu wybierali się na piknikowe randki. Syn Fortuny zdołał dostać podczas nich nagłej reakcji alergicznej, zostać dość dotkliwie pożądlony przez chmarę os i cały poparzony pokrzywami. Latem doszły do tego oczywiście oparzenia słoneczne i przegrzania. Jesienne skakanie w liście zakończyło się skręconą kostką, a wielka dynia, którą wspólnie żłobili, upadła mu na stopę. Ta na szczęście została jedynie boleśnie stłuczona.
Poza trzymaniem się za rączki, przytulaniem, buziakami i nazywaniem części wspólnie spędzanego czasu randkami, zmiana ze statusu „tylko przyjaciele” na „związek” nie była zbyt drastyczna. Wciąż pozostawali najlepszymi przyjaciółmi. To, że byli parą, dodawało tylko nowej głębi do ich relacji.
Teraz jednak, kiedy zbliżała się ich rocznica, Lexi zaczęły wypełniać nerwy. Rocznice były ważne. Nadciągająca data była jak kamień milowy w ich relacji. Ten dzień powinien być wyjątkowy. Powinni zorganizować jakąś wielką randkę i wymienić się prezentami… I tu zaczynały się schody.
Nie miała pojęcia, jak powinna wyglądać ta wielka randka. Większość typowych zimowych aktywności wiązała się z jeszcze większym ryzykiem urazów niż podczas innych pór roku. Narty, łyżwy, sanki… Nawet robienie aniołków na śniegu zdawało się stanowić pułapkę czyhającą na chłopaka. Lexi zaś zdecydowanie nie zamierzała zakończyć swojej pierwszej rocznicy w infirmerii.
Prezent również stanowił dla niej jedną wielką zagwozdkę. To nie tak, że nigdy nie dawała mu prezentów. Czy to w jego urodziny, czy z jakiejkolwiek innej okazji, zazwyczaj stawiała jednak na samodzielnie upieczone ciasto i jakiś drobiazg od serca, często własnoręcznie wykonany. Okazja taka jak ta aż prosiła się o coś wielkiego, coś z rozmachem…
Krótko mówiąc — Lexi była w kropce. Zanim jednak wpędziła sama siebie w załamanie nerwowe, tuż po treningu (na którym Dick się pośliznął i stłukł kolana) złapała Dicka za rękę i zaciągnęła go do obórki, w której rozpoczął się ich związek.
— Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? — zapytał, siadając na prostym drewnianym stołku. Zdawał się być lekko rozbawiony jej niecodziennym zachowaniem.
— Chodzi o to, że za tydzień mija rok, odkąd zostaliśmy parą, a ja nie mam pojęcia, jak powinniśmy to uczcić. Dlatego też zarządzam naradę, w której uczestniczyć będziemy ty, ja i wszystkie zebrane tu zwierzęta, która pozwoli nam opracować plan działania — oznajmiła, stojąc przed nim niczym generał szykujący się na wojnę.

Dick?
────
[716 słów: Lexi otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

piątek, 26 września 2025

Od Ishy CD Dantego — „The less I know the better"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Powieka prawego oka półbogini drgnęła, może to przez niedobór magnezu, który swoją drogą powinna zbadać w najbliższym czasie, bądź głos tego bęcwała działał jej zwyczajnie na nerwy. Naprawdę, kurwa, naprawdę się starała i wręcz stawała na głowie, by nie zwinąć się w pół i nie dostać pierdolca z jego durnymi pomysłami; próbowała być miła choć świadomość, że typ najpewniej ją stalkuje była niepokojąca.
Może powinna zadzwonić na policję? Tylko co ona im powie, że jakiś typ przyszedł do sklepu z misiami i zemdlał jej na zapleczu? Też coś, nie miała twardych dowodów, że Dante ją nachodzi, więc opcja z policją odpadała.
W głowie miała już cały plan: otworzyć, przejść przez próg, iść się przebrać, zmyć z siebie ten dzień i wreszcie uwalić się na kanapie, owinąć kocem i przez kilka godzin nie robić absolutnie nic. Czyste marzenie. Niestety, rzeczywistość postanowiła jeszcze raz z niej zakpić. Dante był szybszy. To on złapał za klamkę od drugiej strony, skutecznie blokując jej ucieczkę. Z trudem powstrzymała się od głośnego westchnienia z irytacji. Zamiast tego ugryzła się w język tak mocno, że niemal poczuła metaliczny posmak krwi. Spojrzała na niego spode łba, mrużąc oczy, podczas gdy on zaczynał swoje kolejne ględzenie o jakimś cholernym losie, przeznaczeniu i magicznym splocie dróg, który niby miał ich prowadzić ku sobie. Cokolwiek to miało znaczyć. Słowa wylewały się z jego ust jak rozrzedzony syrop, lepkie i męczące, a ona coraz bardziej czuła, jak napięcie wspina się po jej kręgosłupie. Cóż, przynajmniej tym razem zaproponował kawę a nie kolejne chlanie, mówiąc szczerze to po ostatnim razie powinna przystopować i wrócić może do tindera, żeby poznawać jakieś gorące mamuśki niczym z tych wyskakujących reklam na stronach porno. Wzdrygnęła się, nie bardzo miała ochotę zostać zachlejmordą a do uzależnienia bliska droga.
— Dobra, zgoda — mruknęła w końcu, pocierając skronie palcami, jakby chciała rozmasować napięcie zbierające się w jej głowie. — Ale ja wybieram miejsce.
Dante klasnął uradowany w dłonie z takim entuzjazmem, jakby naprawdę świętował wygranie miliona na loterii. Nim zdążyła odsunąć się choćby o krok, otworzył przed Ishą drzwi z teatralnym gestem, niemalże jak w tych starych filmach z lat 80, a potem bezceremonialnie objął ją ramieniem, przyciągając do siebie z ekscytacją, której ona ani trochę nie podzielała.
— Wiedziałem, że się nareszcie zgodzisz! — zaświergotał, jego głos kipiał przesadną radością, zupełnie tak, jakby Isha ją podzielała a nie wymusiła z siebie mizerne „dobra, zgoda”. — Zobaczysz, spodoba ci się!
Isha zesztywniała w jego objęciu, czując, jak jej bark niemal wbija się w żebra Dantego. Zamiast ciepła bliskości, uderzyła ją fala irytacji - jego dłoń była zbyt ciężka, zbyt pewna siebie, a oddech stanowczo za blisko ucha. Miała ochotę go odepchnąć, najlepiej łokciem w żołądek. Po drodze zdążyła złapać swoją szmaciankę i tylko zacisnęła palce na pasku torby, jakby ten kawałek materiału był jedyną rzeczą trzymającą ją w ryzach.
Przewróciła oczami tak ostentacyjnie, że przypominało to scenę z jakiejś aż za bardzo brutalnej kreskówki. W głowie miała jedną myśl: "ja pierdole, zabije się". Z każdą sekundą entuzjazm Dantego sprawiał, że jej zgoda brzmiała coraz bardziej jak wyrok, a nie zwykła propozycja kawy.
Kawiarnia, którą wybrała, była jedną z tych przytulnych miejscówek, gdzie śniadania serwowano do osiemnastej, jakby właściciele doskonale rozumieli, że nie każdy ma ochotę na jajecznicę i kawę o siódmej rano. Zapach świeżo mielonej kawy mieszał się tu z aromatem wanilii i ciepłego ciasta, a w gablotach błyszczały przeróżne słodkości - od klasycznych pączków, przez kremowe tarty, aż po cynamonki, które wyglądały jak ucieleśnienie domowego, babcinego ciepła. Isha jednak zawsze podchodziła do nich z rezerwą. Może jeszcze nie trafiła na tę jedyną, która podbiłaby jej serce, a może po prostu wizja zaklejającego usta, przesłodzonego ciasta nie była jej bajką.
Kelnerka, która pojawiła się przy ich stoliku, była tak słodka i uprzejma, że Isha momentami miała ochotę parsknąć śmiechem. Aż miała wrażenie, że zaraz wejdzie im obu po palcu w dupę i to bez wazeliny. Niby wiedziała, że kobieta robi to po to, by dostać solidny napiwek (chujowe płace dla kelnerów nie były dla niej niczym nowym), jednak niesmak trochę pozostał…
Gdy jednak na stole wylądował talerzyk z jej zamówieniem, Isha od razu zmiękła. Ukochany serniczek z malinami i kruszonką, oczywiście bez rodzynek (bo kto normalny dodaje kurwa rodzynki do czegokolwiek?), wyglądał jak małe dzieło sztuki. Cienka warstwa malin błyszczała od syropu, a chrupiąca kruszonka złociła się kusząco idealnie przyrumieniona. Do tego mięta do dekoracji… Na sam widok jej brzuch zaprotestował głośnym burczeniem, przypominając, że od rana nie zjadła niczego sensownego poza byle jakim, cholernie drogim preclem z serem, kupionym w pośpiechu w drodze do pracy. Teraz, gdy aromat sernika otulał ją jak ciepły koc, miała ochotę rzucić wszystko i pożreć go jednym kęsem. Do szczęścia brakowało jej tylko herbatki z imbirem, na którą musiała jeszcze moment poczekać i wtedy mogła umierać szczęśliwa.
— Czyli już będziesz dla mnie miła? — Dante oparł głowę na wierzchu swojej dłoni, wpatrując się we włoszkę, która w odpowiedzi zmarszczyła (ponownie) nos, ignorując jego uśmieszek.
— Zobaczymy — odburknęła, jednak faktycznie - brzmiała mniej wściekle aniżeli wcześniej. Wzrok Ishy zawiesił się ponownie na jej ukochanym serniczku, był cudowny, idealny, sprawiał, że ślinka jej ciekła. Walić to, herbatę może wypić później; wzięła widelczyk w dłoń. Ukradkiem zerknęła na Dante, który popijał coś co przypominało jej shake'a bądź słodką kawę z bitą śmietaną. — Boże, kurwa, kocham sernik — szepnęła bardziej do siebie, aniżeli do swojego kompana, rozkoszując się aksamitną konsystencją ciasta. Był idealny. Taki nie za słodki. Kwaskowatość malin idealnie współgrała ze słodkością ciasta. Coś wspaniałego…
Cholera… czy ona sprzedała się właśnie za kawałek sernika, za który i tak sama zapłaci?
Przodkowie przenajświętsi.
Westchnęła ciężko, z bólem serca odkładając zjedzenie serniczka na później
— Słuchaj, nie chcę być niemiła ale dlaczego? Dlaczego tak bardzo się mnie uczepiłeś? Jakby serio, gościu, to trochę dziwne. Okej, pomogłeś mi uratować gołębia, zajebiście, dziękuję ślicznie ale buzi ci za to nie dam. Przyczepiłeś się do mnie, przychodzisz do miejsca gdzie pracuje… jakby o co ci chodzi? Co, masz wizje przyszłości i zobaczyłeś, jak pożera mnie jakiś sfinks? — pod koniec parsknęła śmiechem, choć zaraz przybrała bardziej poważną minę. Potarła twarz dłonią. — Słuchaj, jeśli chcesz się zaprzyjaźnić bo uznałeś, że tak i koniec, to trochę chujowo nam to idzie. Sama nie jestem turbo przyjacielska i te sprawy ale no, weź mi nie mdlej w robocie, błagam — skrzywiła się na samo wspomnienie Dantego, który wyglądał jak trup na tym magazynie.

WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 2.05.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[1043 słowa: Isha otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]